Igor Marczak: Polska pokonała Portoryko 3:0. Chyba nikt się nie spodziewał tak łatwego zwycięstwa, bo rywale nie wyszli nawet z 15 punktów.

Marek Magiera: To jest przedziwna sytuacja dla mnie, że takie drużyny jak Portoryko w ogóle grają na mistrzostwach świata. Wiem, że to wynika z pewnych  obligacji, które obowiązują na kontynentach, że tacy przedstawiciele muszą się znaleźć na tej imprezie. Natomiast, nie przypominam sobie, żebym na piłkarskim mundialu widział tak słaby zespół jak Portoryko. To co oni dzisiaj grali to po prostu, aż nie przystoi. Tak jak zebrałoby się paru kolegów, którzy dawno się ze sobą nie widzieli. Najpierw zrobili sobie fajną imprezę, a później postanowili sobie pograć. Widać też po atletyce tych zawodników, nie wiem czy oni są do końca przygotowani, czy mają za małe stroje, bo tak to niestety wygląda. To wyglądało jak pojedynek zawodowców z amatorami i tak to się skończyło – 3:0, bez echa zwycięstwo i o tym meczu też nie ma co za dużo mówić, tylko tyle, że się odbył. Nie było nawet możliwości posprawdzania niektórych elementów gry, bo przeciwnik był tak słaby, że na jego tle, czego byśmy nie zrobili to i tak wyglądałoby dobrze.

Czyli żadnych wniosków nie można po tym meczu wyciągnąć z gry reprezentacji Polski, bo wiadomo, że z Kubą w kilku elementach coś nie grało, a tutaj jednak nie miało co grać, bo rywale pozwalali na wszystko.

Po meczu z Kubą też nie ma co wyciągać wiążących wniosków. Umówmy się, graliśmy tak naprawdę z dzieciakami, których nasi juniorzy w ich wieku, w zeszłym roku zlali niemiłosiernie podczas finału mistrzostw świata juniorów i jakby przez ten pryzmat trzeba patrzeć na to, co wydarzyło się w meczu z Kubańczykami. Było też w stu procentach pewne, że jeżeli Kubańczycy wstrzelą się na zagrywce, to jest to jedyny element, w którym mogą zrobić nam krzywdę i tak się stało. Natomiast, czy jeszcze w tym turnieju będą w stanie powtórzyć takiego seta, tak zagrywając, to czas pokaże. Po tych dwóch meczach nie wiemy zbyt wiele.

 

Nie mam pojęcia jak patrzy na to nasz sztab szkoleniowy. Czy Vital Heynen coś więcej wie, aczkolwiek w jego przypadku możemy być zadowoleni, że jest konsekwentny i dalej miesza w tym garnku tak, że nikt za bardzo nie wie o co chodzi. Zobaczymy jak to się skończy, bo jeżeli uda się tutaj wygrać medal na tych mistrzostwach to będzie trzeba nową siatkarską książkę napisać od początku, bo on na razie zaprzecza wszystkim standardom, z którymi mieliśmy do czynienia przez ostatnie 90 lat.

Zapewne chodzi o tę sytuację zmiany przyjmującego i libero – Kwolka i Wojtaszka w pierwszym meczu z Kubą?

Właśnie to się zdarza. Przyznam, że wczoraj  na początku byłem zaskoczony, zaniemówiłem wręcz, kiedy dowiedziałem się, że taka zmiana zostanie dokonana, bo pytanie czemu ona właściwie miała służyć. Jeżeli chodziło wyłącznie o wzmocnienie przyjęcia, to o czym my tutaj mówimy, zwłaszcza w dwóch ustawieniach czy trzech. Natomiast takie sytuacje, znam z doświadczenia innych ludzi - był kiedyś w naszej lidze taki magik Harrry Brokking, który teraz pracuje w Tunezji. Wcześniej prowadził reprezentacje Wielkiej Brytanii na igrzyskach olimpijskich w Londynie. To on wpadł na taki "genialny" pomysł, prowadząc drużynę AZS-u Częstochowa, że na pozycje nominalnego przyjmującego wystawił Roberta Szczerbaniuka, który był środkowym. Pewnie, że on w młodzieżowych kategoriach grał na innych pozycjach, ale w kwadracie dla rezerwowych zostawił wtedy wchodzącego do dorosłej gry Marcina Wikę, który też po jakimś czasie był reprezentantem Polski, ale tym manewrem zmroził sobie Marcina na parę następnych spotkań i nie chciałbym, aby tak było z Bartkiem. Może on do tego inaczej podchodzi. Obawiałem się tego, że ta zmiana może bardziej zaszkodzić Kwolkowi mentalnie i psychicznie, niż pomóc naszej drużynie, wprowadzając Damiana Wojtaszka na boisko, jako tego nominalnego przyjmującego.

Cała rozmowa w załączonym materiale wideo.