Wygrana 1:0 w prestiżowym starciu wlała kibicom mistrza Polski nadzieję, że nawet ta ewidentnie źle dobrana personalnie drużyna może zacząć normalnie grać w piłkę, choćby na naszym ligowym poziomie i jakoś ratować sezon. A nie tylko spacerować po boisku, co dotychczas było normą.

 

Nagle się okazało, że zespół jest w stanie w sumie przebiec więcej kilometrów od rywali, zawodnicy wykonują więcej sprintów, w ogóle szybciej uwijają się na boisku, co zostało szczegółowo przedstawione zaraz po meczu. Oczywiście to nie było nic specjalnego. Ot, walka na całego, bardzo dobra organizacja w defensywie, dobry pomysł taktyczny polegający na skutecznym odłączeniu najbardziej kreatywnych zawodników Lecha. No i kilka akcji do przodu, z których jedna przyniosła skutek, w tym ogólnie bardzo przeciętnym meczu, nazywanym z przyzwyczajenia hitem.

 

Trudno jednoznacznie powiedzieć jakim trenerem jest Sa Pinto, ale już w momencie jego przyjazdu do Warszawy, patrząc na CV można było zauważyć, że jest to prawdziwy trener. Mający lepsze okresy i słabsze, żaden piłkarski czarodziej, nikogo jego osiągnięcia nie miały prawa powalić na kolana, może trochę furiat, ale jednak trener pełną gębą. A to w Legii przyjemna odmiana, bo od czasów Jacka Magiery kogoś takiego na tym stanowisku nie zatrudniano.

 

Romeo Jozak miał doświadczenie tylko w pracy z młodzieżą, ale do tego taki urok osobisty i łatwość sportowo-biznesowego uwodzenia, że dziś kasjer Legii wciąż jęczy z bólu. A właściciel zastanawia się pewnie jak mógł dać sobie wcisnąć ten cały bałkański zaciąg z gwiazdorem Eduardo na czele. Kiedy wydawało się, że prysł czar Serbów, którzy mieli zrobić w Legii rewolucję jakiej tu nigdy nie widziano, prezes zostawił na stanowisku asystenta Jozaka, czyli specjalistę od futbolu kobiecego Deana Klafurica. Bo ten w roli tymczasowego w końcówce poprzedniego sezonu, choć pewnie sam nie wiedział dlaczego, wygrał ostatnie mecze i zdobył dublet.

 

Facet od piłki kobiecej familiarnie nazywany „Klafem” też miał niezły „bajer”, prezes go lubił, ale... zapomniał jednak latem przygotować drużynę do sezonu. I efekt był taki, że z eliminacji Ligi Mistrzów Legię wyrzucił Spartak Trnava, który malował swoje łysawe boisko zieloną farbą. Kiedy widmo bankructwa i sportowego i przede wszystkim finansowego zajrzało głęboko w oczy, ster powierzono kolejnemu człowiekowi bez doświadczenia, czyli Aleksandrowi Vukovicovi, który kiedyś w Legii świetnie grał, ale później trenerom asystował i odpowiadał za atmosferę, ucząc m.in nowych graczy legijnych przyśpiewek. „Vuko” zanim poprowadził mistrza Polski do jednej z największych kompromitacji w dziejach polskiej piłki (porażka u siebie z mistrzem Luksemburga), błysnął jeszcze medialną awanturą, którą wytoczył... białostockiemu reporterowi i byłemu zawodnikowi Legii, którzy coś tam burczeli, że Legia jest słaba.

 

Czyli w ciągu pół roku najważniejszy polski zespół, prowadził trzech ludzi, którzy nie mieli kompetencji, aby zajmować takie stanowisku. Jak mawiał Franciszek Smuda: trenerskich prawdziwków. Fanaberia prezesa chyba nawet większa od Petera Lima z Valencii, który w roli trenera dwa lata temu obsadził komentatora telewizyjnego Garego Nevillea, bo bardzo podobały mu się jego felietony (zanotował najgorszy bilans w historii klubu).

 

Jasne, że Sa Pinto jeszcze dokończył w rewanżu fiasko z Luksemburgiem, poniósł też kompromitującą porażkę u siebie z Wisłą Płock 1:4, ale tu śmiało winę można było zrzucić na poprzedników. Na swój rachunek dał po prostu piłkarzom w kość w przerwie na mecze reprezentacji, odsunął kilku nietykalnych, nieco przewietrzył szatnię i... wystarczyło.

 

O niczym nie można jeszcze przesądzać, ale wydaje się, że tej europejskiej katastrofy można było uniknąć w bardzo prosty sposób. Zamiast wyważać otwarte drzwi, ot przed sezonem zatrudnić w Legii zwykłego trenera.