Piąty mecz i piąte zwycięstwo. Iran i Bułgaria, teoretycznie najgroźniejsi rywale nie stawili Polakom takiego oporu jak się spodziewano. Przed meczem z gospodarzami wiedzieliśmy, że wystarczy wygrać dwa sety, by zająć pierwsze miejsce w grupie, ale takie rozwiązanie mnie mogło oczywiście zadowalać drużyny Vitala Heynena. Tym bardziej, że w drugiej fazie liczą się wszystkie wyniki z pierwszej części turnieju, każde zwycięstwo, ale też każdy stracony punkt. A tam do finałowej szóstki, podzielonej w wyniku losowania na dwie grupy awansują tylko zwycięzcy czterech grup i dwie najlepsze drużyny z drugich miejsc.

 

Kiedy przed rozpoczęciem spotkania z Bułgarią zapytałem Roberta Kaźmierczaka, statystyka naszej ekipy, czego najbardziej należy się obawiać ze strony gospodarzy, chwilę się zastanowił i odpowiedział, że serwisu, który może być ich groźną bronią, i napędzić do skutecznych ofensywnych działań.


I tak właśnie było w drugiej partii, Bułgarzy na pierwszą przerwę techniczną schodzili wprawdzie z niewielkim prowadzeniem (8:7), ale nie oddali go do końca. Polacy rzucili się wprawdzie do odrabiania strat w czym pomagały dobre, mocne zagrywki Jakuba Kochanowskiego, ze stanu 17:22 doprowadzili do wyniku 23:24 po ataku Bartosza Kurka, ale ostatnie słowo w tej partii należało jednak do gospodarzy.


Vital Heynen tym razem swoimi personalnymi decyzjami nie zaskoczył. Fabian Drzyzga na rozegraniu, Michał Kubiak i Artur Szalpuk na przyjęciu, Piotr Nowakowski i Kochanowski na środku bloku, do tego żelazny libero Paweł Zatorski i wspomniany wcześniej Kurek – ten zestaw już znamy.No i tradycyjnie podwójna zmiana, gdy wchodzą Grzegorz Łomacz i Damian Schulz.


Biletów na to spotkanie nie było od dawna. 3200 wykupili polscy kibice, pozostałe Bułgarzy. Pałac Sportu w Warnie mieści 5500 widzów. Było więc bardzo głośno, kolorowo i nie zabrakło emocji. Z Bułgarami nie gra nam się łatwo, i nie wszystkie wspomnienia są przyjemne, ale w tym roku w Lidze Narodów, to my byliśmy górą.


Bułgarski trener Płamen Konstantinow przed meczem nie szczędził nam komplementów twierdząc, że Polacy są zespołem światowej klasy. Po ostatnim gwizdku znów mógł nas chwalić, choć sam mecz, jak i nasza gra, miał różne oblicza.


Heynen uczulał zawodników, by byli gotowi na wszystko. Na to, że nagle zgaśnie światło, że stanie się coś nieprzewidzianego itd. I byli gotowi. Na szczęście „cudów” nie było, a do sędziów nie można mieć pretensji. W trzecim secie Polacy prowadzili 20:14, ale przy 22:20 zrobiło się niepotrzebnie nerwowo. W samej końcówce Bułgarzy przyszli nam jednak z pomocą, z pięciu ostatnich zagrywek zepsuli cztery, i raz wpadli w siatkę.


Wydawało się, że kolejny set będzie formalnością, ale tak nie było, Bułgarzy walczyli twardo do końca, a nasi siatkarze, choć gotowi na wszystko, popełniali proste błędy. Najważniejsze jednak, że wszystko dobrze się skończyło. Na zagrywkę wszedł Kochanowski, który ma nerwy z żelaza i mistrzowskie umiejętności i dwa razy zaserwował tak, że tylko bić brawo. Za pierwszym razem wykorzystali to Kubiak i Nowakowski popisując się efektownym blokiem, za drugim kapitan Kubiak kończąc mecz sprytnym atakiem.

 

Na razie wszystko idzie więc zgodnie z planem, choć słabsze momenty Polakom się zdarzają i budzą pewien niepokój. Ale bronią ich wyniki, wygrali wszystkie pięć spotkań, zajęli pierwsze miejsce i w drugiej fazie mistrzostw, to będzie mocna karta przetargowa. Zagramy z Francją, Argentyną i Serbią.


Nasi siatkarze zostają w Warnie i to chyba też jest dobra wiadomość. W piątek już nowe rozdanie i kolejny mecz Polaków, oby równie udany jak te poprzednie.