Często można o panu usłyszeć "nad wyraz dojrzały jak na swój wiek". Sam też pan by tak siebie opisał?

 

Jakub Kochanowski: Raczej nie, bo człowiek wyrażający opinię o samym sobie nigdy nie jest obiektywny. Tak więc inni muszą mi powiedzieć, czy jestem dojrzały czy nie.

 

Od nerwów i emocji przybywa podobno siwych włosów. U pana jako blondyna nawet nie byłoby ich widać, ale czuje pan, że trochę przeżył w ostatnich dwóch tygodniach, biorąc pod uwagę zawiłą drogę reprezentacji Polski do czołowej "szóstki" mistrzostw świata?

 

Zdecydowanie było trochę stresu, bo byliśmy w różnych sytuacjach w poszczególnych meczach i w całym turnieju, tak jak po tych dwóch porażkach z Argentyną i Francją. Tak więc stresu trochę było, ale na szczęście nie był on paraliżujący, a motywujący i to najważniejsze.

 

Pan i inny kadrowicz Bartosz Kwolek stanowicie niecodzienny duet...

 

Tak, Bartek to mój astrologiczny bliźniak.

 

Są panowie w jednej grupie czy każdy ma swoje odrębne grono?

 

Bardzo dobrze się dogadujemy i ogólnie dużo czasu spędzamy razem. Znamy się już długo, tyle już meczów zagraliśmy razem, że znamy się właściwie na wylot. Podejrzewam, że jeszcze długi czas będziemy razem ze sobą jakoś obcować i bardzo dobrze się rozumieć.

 

Jako 21-latek należy pan do grona młodszych kadrowiczów, ale pokój dzieli pan ze starszym o dziewięć lat Bartoszem Kurkiem. Czy pod kątem zainteresowań i tematów do rozmów bliżej panu do rówieśników czy raczej do starszych kolegów?

 

Jeśli mam być szczery, to nie czuję żadnej różnicy w spędzaniu czasu czy rozmowie między starszymi i młodszymi zawodnikami. Tak jak powtarzamy od początku, mamy naprawdę fantastyczną atmosferę i nie ma to znaczenia, kto z kim spędza czas, bo wszyscy się dogadują.

 

Mówiło się także wiele o tym, że kadra na mundial to wyrównana czternastka, ale kiedy wypadł ze składu chory Michał Kubiak, to budowla zadrżała mocno w posadach...

 

Tak, Michał przede wszystkim działa bardzo dobrze mentalnie na drużynę na boisku. Wprowadza dużo spokoju i takiej inteligentnej gry. Oczywiście, dokłada też swoimi umiejętnościami, bo zdecydowanie jak jest na parkiecie, to się wyróżnia. Daje poczucie bezpieczeństwa.

 

Rok temu brał pan udział w MŚ juniorów, teraz rywalizuje w imprezie tej samej rangi, ale seniorów. Te turnieje mają coś wspólnego ze sobą poza nazwą czy to dwa zupełnie różne światy?

 

To zupełnie co innego. Tu jest 100 razy ciężej, każdy punkt jest na wagę złota.

 

Mówimy o aspekcie czysto sportowym czy bardziej psychologicznym?

 

O obu. W juniorach rok temu mieliśmy o tyle przewagę psychologiczną, kontynuując serię zwycięstw, że byliśmy bardzo pewni siebie i rywale też czuli, że bardzo ciężko nas pokonać. Od razu wchodziliśmy na mecz z przewagę mentalną. Tutaj nie ma czegoś takiego.

 

Zaliczył pan w tych MŚ mecze, w których po drugiej stronie stali znani i utytułowani rywale. Któryś z nich zrobił na panu szczególne wrażenie?

 

Nie, raczej nie. My wychodząc na boisko, patrzymy na poszczególnych zawodników drużyny przeciwnej jako na kogoś, kogo trzeba podejść, przewyższyć, boiskowo oszukać. Nie ma czegoś takiego, że widzę nazwisko na koszulce i się od razu poddaję, bo wiem, że nie mam szans. To tak nie działa.

 

Popisy charyzmatycznego Earvina Ngapetha też pana nie ruszyły?

 

Nie. To jest często dużo bardziej show niż się może wydawać.