Trzy tygodnie mistrzostw. Jaki to był czas dla pana, dla redakcji sportowej Polsatu ?

 

Marian Kmita: To była ciężka praca, ale z fantastycznym finałem. Dlatego choć dzisiaj, jak to się mówi kolokwialnie, ryjemy nosami, to mamy fantastyczne samopoczucie.

 

A kiedy Pan zaczął wierzyć w to, że to złoto jest osiągalne ? Sami siatkarze mówią, że ten turniej to doskonały materiał na scenariusz. Oni się powoli odblokowywali, a później szli jak burza.


To był bardzo dziwny turniej. Ten mecz z Argentyną mógł podkopać fundamenty optymizmu, to było fatalne spotkanie. Ale tym bardziej jest to cenny sukces, że od meczu z Serbią, wygranego 3:0, ta drużyna budowała się z meczu na mecz, była coraz bardziej pewna swoich umiejętności. Swoją postawę zmienił też trener, z takiej ekstrawertycznej do bardziej stonowanej, wycofanej. Myślę, że to wszystko dało doskonałe efekty. A kiedy ja uwierzyłem? Przyznam, że dopiero po meczu z Amerykanami. To był taki prawdziwy finał tych mistrzostw, właśnie mecz z Amerykanami. Tak wysokiego poziomu siatkówki w wykonaniu naszej reprezentacji można szukać wśród meczów sprzed czterech lat, z mistrzostw świata 2014 roku.


O finałowym spotkaniu o złoto mówi się, że to był najspokojniejszy mecz. To niesamowite.

 

Ci, którzy widzieli ten mecz w telewizji, czy też na żywo w Turynie, potwierdzą to. W porównaniu do finału sprzed czterech lat ten mecz miał zupełnie inną temperaturę. O ile cztery lata temu mieliśmy kilka znaków zapytania w poszczególnych setach o to, co się może zdarzyć, to teraz finał nijak się miał nawet do półfinału z Amerykanami. Ten półfinał miał swoją temperaturę, zwroty wypadków, tie break. A w finale takie patataj, patataj... pod pełną kontrolą.


Co dalej z siatkówką na antenach Polsatu ?

 

Serwujemy potężną ilość siatkówki i będziemy ją serwować aż do 2024 roku. Są przy nas całe turnieje Ligi Narodów, mistrzostw Europy. Co najważniejsze, jesteśmy jedyną w Polsce stacją telewizyjną, która pokazuje całe turnieje, wszystkie mecze.

 

Cała rozmowa w załączonym meteriale wideo.