Jerez de la Frontera to urzekający splot rzewnego flamenco, znakomitej cherry, mnichów, przepięknych koni i obłąkańczych prędkości. Nigel Mansell do dziś pamięta porywający finisz na Circuito de Velocidad z Ayrtonem Senną w 1986 roku. Jak można przegrać wyścig F1 o czternaście tysięcznych sekundy! W tym sennym, aczkolwiek urokliwym mieście artyści są wielbieni na równi z gwiazdami sportów motorowych. Ledwo nasze ciała przykleiły się do wytwornej kanapy, a już w foyer hotelu pojawiła się Brytyjka Emma Bristow, wielokrotna mistrzyni świata w trialu motocyklowym. Dotknęliśmy z Torbenem Olsenem tematu GP Argentyny i GP Słowacji, a w lobby las rąk przytulił się do Taddy’ego Błażusiaka – fenomenalnego jegomościa z Nowego Targu z prośbą o wspólną fotkę czy autograf. Umoczyliśmy herbatniki w skrawku wyśmienitej kawy, a przez próg hotelu przeprawiali się dwaj mistrzowie: Ryan Dungey (supercross) i Bartek Zmarzlik (speedway). I jak tu nie oszaleć z szaleństwa od nadmiaru spalin, prawda Torben…? 

 

Tomasz Lorek: To prawdziwa przyjemność rozmawiać z wyjątkowym dżentelmenem z Danii, Torbenem Olsenem. Zarządzasz cyklem Speedway Grand Prix, odkąd Brytyjczyk Paul Bellamy przefrunął do mistrzostw świata w rallycrossie. Przyjemność to czy męka być synem trzykrotnego indywidualnego mistrza świata na żużlu, Ole Olsena (1971, 1975, 1978)? Z perspektywy domowego fotela Ole prezentuje się zapewne inaczej…


Torben Olsen: Często jestem indagowany w tej kwestii. To drugie najczęściej zadawane pytanie. Pierwsze brzmi: czy siedziałeś kiedykolwiek na motocyklu żużlowym? Przyznaję, że życie syna Ole Olsena obfituje w wiele wyzwań, ale w ogólnym rozrachunku jest to bardzo pozytywne doznanie. Nie jest to czystej krwi przyjemność, ale to bardzo miłe uczucie. Zawsze byłem bardzo pozytywnie nastawiony do faktu, że noszę to samo nazwisko co mój sławny tata. Jego zaangażowanie w speedway i wszystko to co uczynił dla żużla napawa mnie dumą. To zaszczyt mieć takiego tatę. Darzę go ogromnym szacunkiem, bo dokonał wielu niezwykłych rzeczy na żużlowym torze. W pracy nie jest już tak różowo, bo gdy tata pracuje z synem czasami człowiek napotyka na gigantyczne problemy. Negocjacje z własnym ojcem nie należą do łatwych kąsków. Ach, te zażarte dyskusje z Ole… Myślę, że świat jest tak skonstruowany, że syn wymaga więcej od taty aniżeli od obcych. Jestem bardzo wymagający względem mojego taty, kiedy zasiadamy do biznesowych rozmów. Jestem bardziej łaskawy względem partnerów cyklu Speedway Grand Prix czy ludzi, którzy wykonują dla nas usługi. Z tatą miewam trudne rozmowy, ale wynika to z faktu, że chcę, aby wszystko było wykonane perfekcyjnie. Dbam o czystość i nie chcę, aby ktoś powiedział, że faworyzuję tatę, bo tylko Ole Olsen potrafi budować czasowe tory. Każdy kto orientuje się w speedwayu, wie, że Ole zaczął budować czasowe tory długo przedtem zanim ja podjąłem pracę w IMG/BSI. Jestem bardzo świadomy niebezpieczeństw wynikających z podejrzeń, że pracujemy w jednej firmie, bo łączą nas bliskie relacje na linii: tata – syn.


Rozumiem twoje obawy. Trochę przypomina mi to sytuację w rodzinie komentatora sportowego. Najbliżsi są twoim najlepszym krytykiem. Rodzina zna cię na wylot, wiedzą, kiedy jesteś spięty, a kiedy tryskasz energią i luzem, dlatego najbliżsi pozwalają sobie na ostrze krytyki i wytkną tobie najmniejszy błąd. Publiczność może być zachwycona twoim występem, ale domownicy nie pozostawią na tobie suchej nitki.

 

Racja. Od najbliższych usłyszysz najprawdziwszą opinię.

 

Wszystko po to, aby cię nie zepsuć i abyś nie udławił się sławą…

 

Zgadza się. Trzymają cię blisko gruntu, abyś nie odfrunął w przestworza. Czasami, gdy ja i Ole mamy bardzo odmienne zdanie na pewien temat, kłócimy się aż lecą iskry. Myślę, że potrafimy wykrzyczeć sobie obelgi i obstawać przy swoim zdaniu, bo zarówno mój ojciec jak i ja jesteśmy przesiąknięci pasją do sportu. Nie odkryję tajemnicy mówiąc, że mój tata oddycha speedwayem. On kocha sporty motorowe, a żużel w szczególności. Kiedy przedstawiam mu nowatorski pomysł dotyczący Speedway Grand Prix, a tata nie zgadza się z moją opinią, wiem, że za chwilę wytoczy najcięższe działa i będzie mnie atakował zalewając morzem energii. Taki już jest Ole… Także nie brakuje tarć na linii: tata – syn, ale generalnie odczuwam niezwykłą dumę, że jestem synem człowieka, który nosi w sobie autentyczną pasję do sportu.

 

Jaki prezent sprawisz tacie na 72 urodziny? (16 listopada Ole Olsen będzie świętował…)

 

Kupiłem wino mojemu tacie. Ojciec jest bardzo wymagający, trudno mu dogodzić. Trafiłbym w jego gusta, gdybym sprezentował mu sprzęt myśliwski, fachową odzież na łowy albo strzelbę, ale to już przerabiałem. Postanowiłem przenieść się w inny sektor prezentów. Kupiłem wino dla Ole.

 

Bierzecie też udział w Vasaloppet (Biegu Wazów)?

 

Nie, to zbyt ekstremalne przeżycie. 90 km na nartach to nie dla nas…

 

Pytam, bo Wasz dobry kolega, Peter Karlsson, bierze udział w Biegu Wazów. Twardziel co się zowie.

 

Szacunek dla Pikeja, ale my z tatą nie podołalibyśmy takiemu wysiłkowi.

 

Rozumiem, że na łowach zażywacie kąpieli w rwącym potoku i lodowatej wodzie?

 

Nie. Rozczaruję cię. Mamy bardzo skromny, wręcz spartański, ale jednak prysznic. Korzystamy z niego w przerwach pomiędzy wymarszami do lasu. Nie ma mowy o totalnie ekstremalnych warunkach.

 

Z jednej strony myślistwo to diametralnie inna twarz Ole Olsena, ale przyglądając się temu z drugiej strony, zakrawa to na zastępczą rozrywkę. Skoro nie może już ścigać rywali na torze, to goni za zwierzyną w lesie… Zapotrzebowanie na adrenalinę nie maleje.

 

Można tak to ująć, ale zaręczam cię, że w myślistwie nie chodzi o to, aby kogokolwiek ścigać. Nie chodzi o wynik czy o wytropienie wielkiego jelenia. Bardziej o frajdę z przebywania na powietrzu, z dala od codziennego świata. Oderwać myśli od obowiązków, odpocząć od zgiełku. Nie chodzi o oddawanie strzałów do dzikiej zwierzyny. Bardziej zależy nam na podziwianiu wschodu słońca. Pewnie, że tropienie, czytanie śladów jest fascynujące, bo zmagasz się z zagadkami, ale to nie jest tak, że wyjmujesz broń palną na widok łosia i oddajesz strzał w jego kierunku. To złożony proces, karmisz się każdym elementem. Tropienie, włóczenie się, zaduma… To nie ma nic wspólnego z pasją do zabijania zwierząt. To rodzaj przyjemności w odstrzeliwaniu gatunku, którego jest za dużo. Regulacja liczby osobników, gdy Matka Natura za bardzo obrodzi. Rodzaj selekcji. Te zwierzęta, które padają łupem myśliwych i tak nie przeżyłyby, więc nie jesteśmy zawistnymi typkami, których fascynuje widok zabitego zwierzęcia. Ojciec wędruje po lasach, aby mieć kontrast w stosunku do pracy zawodowej. Las jest przeciwwagą dla speedwaya.

 

Zaczynam rozumieć czym Ole zauroczył swoją małżonkę Ullę. Musiał być szalenie romantyczny jako człowiek kochający przyrodę. Sentymentalista, a nie tylko mistrz na żużlowym torze…

 

(przeciągły śmiech Torbena). Tego nie słyszałem, ale podoba mi się ta interpretacja! Należałoby o to kiedyś zapytać mamę Ullę…
Wiele kobiet byłoby zauroczonych mężczyzną, który wyczekuje wschodu słońca w głębokiej kniei. To prawda. Wyjawię tylko tyle: mama nigdy nie wybrała się z nami na łowy. Nie lubi wstawać o świcie. 

 

Przygotowuje kanapki dla kochanego synka…

 

Racja. Przygotowuje. Są wyjątkowe i przepyszne. Mama uwielbia gotować mięso, które uda nam się zdobyć. To co ustrzelimy z tatą, ląduje w matczynej kuchni.

 

Urocza kooperacja. W małżeństwie chodzi o to, aby się uzupełniać…

 

Święte słowa.

 

Pozwolisz, że przemieścimy się z lasu na motocykl. Nigdy nie wszedłeś w wiraż ślizgiem kontrolowanym?

 

Spróbowałem swoich sił na motocyklu. Zaraz, niech sobie przypomnę: byłem bardzo młody, miałem wówczas osiem lat (Torben szperał w pamięci uroczo sobie pogwizdując). Mój brat szalał na motocrossie, a mnie bardziej kręcił motocross aniżeli speedway. Musiałem dokonywać cudów, aby ubłagać mamę i tatę, żeby pozwolili mi przejechać się na crossówce. Zaczęło się od nieśmiałych prób w przydomowym ogrodzie na pożyczonym sprzęcie. Zapragnąłem mieć swój własny motocykl, ale rodzice zamiast crossówki kupili mi… komputer. Stopniowo zafascynowałem się komputerami. Nie tyle gierkami, bo dostałem IBM-a, a nie Commodore 64, o którym marzyłem ja i moi rówieśnicy... Większość moich kumpli używała komputera, aby wyżyć się grając do upadłego. Na IBM-ie nauczyłem się pisać na klawiaturze w oszalałym tempie. Poznawałem tajniki pracy na komputerze, ale w ten sposób oddalałem się od sportów motorowych. Nie miałem kontaktu z motocyklem aż do czasu, gdy zacząłem pracować w firmie BSI/IMG. Koledzy z pracy zaczęli wypytywać mnie czy kiedykolwiek jeździłem na motocyklu żużlowym. Wywarli na mnie taką presję, że pomyślałem sobie: nie dadzą mi spokoju, więc będzie lepiej, jeśli spróbuję przejechać się na bike’u. Postanowiłem uczynić to w tajemnicy przed mamą. Przyleciałem do Danii, a tata przygotował mi motocykl. Miał w warsztacie kilka Jaw… Pojechaliśmy na tor w Vojens. Spróbowałem czym to się je, miałem niezły ubaw, ale dwa razy upadłem na tor. Pamiętam, że tata nie miał rękawiczek, więc jechałem bez pełnego ekwipunku. Miałem kask, ochraniacz na kręgosłup, kombinezon, ale jechałem bez rękawiczek.

 

Jeździłeś na pełnometrażowej wersji, czyli 500 cm sześciennych…

 

Tak. Pięćsetka... Tata wyszperał nawet fachowe buty do jazdy na żużlówce, ale nie mogliśmy znaleźć rękawiczek. Po dwóch dzwonach moje ręce były w opłakanym stanie: zdarta skóra, ślady krwi… Tata tylko spojrzał na mnie wymownie i powiedział: myślę, że to wystarczy i w zasadzie to by było na tyle. Tak zakończyła się moja kariera na żużlu…

 

Torben, upadłeś dwukrotnie na tym samym wirażu?

 

Nie, leżałem na obu. Musiałem ochrzcić oba łuki.

 

Tata wykazał się czułością? Podbiegł do ciebie, gdy leżałeś i spytał troskliwie: czy wszystko z tobą w porządku?

 

Nic podobnego. Nie był zdenerwowany, ale pozwolił mi leżeć do woli na wirażu. Nie panikował, ale też nie pomógł mi podnieść się z toru.

 

Nie zachował się jak uczynna pielęgniarka. Oczekiwał, że sam wstaniesz i odprowadzisz motocykl do parku maszyn.

 

To prawda. Przechowuję w pamięci te chwile. Pamiętam ten upadek jakby zdarzył się wczoraj.

 

Surowy nauczyciel. Przypomina mi to czasy, gdy papa Władysław Gollob kształtował charaktery Tomasza i Jacka.

 

Istnieje prawdopodobieństwo pomiędzy gangiem Olsena a teamem Gollobów? – uśmiech pojawił się na obliczu Torbena.

 

Tak. Papa troszczył się o synów jak przystało na ojca, ale nie działała technologia płaczu i użalania się nad sobą. Dlatego wychował mistrzów.

 

Na torze w Vojens też nikt mnie nie niańczył. Żadnych czułych pytań. To speedway. Sport ekstremalny.

 

Czy mama miała w zwyczaju jeździć na zawody żużlowe, kiedy Ole ścigał się na motocyklu?

 

Tak. Bardzo często włóczyła się z tatą. Rzadko zostawała sama w domu, wolała być blisko Ole. Zabawne, ale ja nigdy nie widziałem mojego taty na żywo w akcji. Tata zakończył karierę w 1983 roku, a ja urodziłem się w 1982 roku. Widziałem go siedzącego na motocyklu jak chociażby podczas jubileuszu startów w Vojens, zabierał mnie ze sobą na tory czasowe, aby zobaczyć, jak buduje się jednodniowe tory, ale nigdy nie widziałem taty w akcji.

 

Przyszedłeś na świat rok przed zakończeniem kariery Ole. Tata jest zodiakalnym Skorpionem, niezwykle energicznym człowiekiem, wiecznie poszukującym wyzwań. Ty mieszkasz na przeciwległym biegunie?

 

Można tak to ująć, gdyż jestem Wodnikiem. Jestem przeciwieństwem taty. Zgadzam się w całej rozciągłości.

 

Wodnik, a więc reprezentujesz ten sam znak co Valentino Rossi i Marc Marquez – ikony Moto GP.

 

Naprawdę? Nie wiedziałem, że Vale jest Wodnikiem. Urodziłem się 28 stycznia, a Valentino?

 

16 lutego.

 

Brawo.

 

Mieszkasz blisko znakomitego rosyjskiego tenisisty, dwukrotnego mistrza Wielkiego Szlema (US Open’2000 i Australian Open’2005) – Marata Safina. Wodnik… Mnóstwo wolności, swobody, kreatywności, ale nade wszystko lojalność, prawda?

 

Wodnik w telegraficznym skrócie.

 

Dalsza część rozmowy na kolejnej stronie.