Bożydar Iwanow: Jak twoje zdrowie? 

 

Przemysław Płacheta: Powoli dochodzę do siebie, z dnia na dzień jest coraz lepiej, opuchlizna zaczyna schodzić. Czekam na ściągnięcie szwów. Na razie cały czas noszę opatrunek, który staram się codziennie zmieniać w klubie. W domu przykładam w to miejsce lód. Chcę jak najszybciej wrócić do pełnego treningu.

 

Podobnie jak Maciej Rybus pochodzisz z Łowicza, ale jest taka opinia, że najwięcej dał ci pobyt w juniorach Polonii Warszawa..

 

Tak naprawdę zaczynałem w ŁKS-ie. Mój tata przeczytał w gazecie, że jest nabór do mojego rocznika i stwierdził, że zabierze mnie tam trening. Do dziś pamiętam ten dzień i jak bardzo się wtedy ucieszyłem. To było wyjątkowe przeżycie. Ale początkowo spędziłem w Łodzi tylko rok, bo pojawiły się problemy z dojazdami. Wróciłem do Pelikana, w którym grałem ze starszymi rocznikami, ale gimnazjum zacząłem już przy łódzkim SMS-ie. I dopiero stamtąd, po półtora roku trafiłem do Polonii do rocznika 1998. Zajmował się nim trener Michał Maliszewski. Mocno związany z tym klubem, bardzo dobrze go wspominam, potrafił świetnie wszystko wytłumaczyć, do dziś mamy kontakt.

 

Dlaczego więc tak szybko trafiłeś do Niemiec?

 

Chciałem iść w górę. To zawsze było i jest moim celem. Poza możliwość spróbowania swoich sił i szkolenia się w kraju ówczesnych mistrzów świata była dla mnie zaszczytem. Pod koniec sezonu dostałem informację, że jestem obserwowany i po półfinale Mistrzostw Polski rocznika 1996, który przegraliśmy dopiero po karnych z Lechem sprawa zaczęła przybierać realny kształt.

 

Miałeś zaledwie 17 lat i diametralnie zmieniłeś swoje życie. Akademię Polonii zamieniłeś na RB Lipsk. Przeskok?

 

Na pewno. Jak tam przychodziłem kończyli jej budowę. Z chłopakami z drużyny mieszkaliśmy w hotelu, szatnie mieściły się jeszcze w kontenerach. Natomiast później przenieśliśmy się już do świeżo oddanego budynku, który poziomem powalał na kolana. Mieliśmy w jednym miejscu wszystko, czego tylko piłkarz może potrzebować. Ale największe wrażenie zrobiły na mnie boiska. Ich liczba i to w jaki sposób były przygotowane. Coś takiego widziałem pierwszy raz w życiu. To jest dokładnie to, czego piłkarz najbardziej potrzebuje.

 

W Akademii natknąłeś na tygiel narodowościowy?

 

Tak. Bośniacy, Turcy, nawet Francuzi… Był też Kamil Wojtkowski, grający dziś w Wiśle Kraków.

 

Dość szybko przeniosłeś się jednak do Grossaspach. Dlaczego?

 

Bo miałem tam możliwość gry w seniorach. To klub współpracujący z Lipskiem, mieszczący się pod Stuttgartem. W sparingach prezentowałem się dobrze, miałem bramkę i asystę. Myślałem, że idzie to w dobrym kierunku ale trener przesuwał mnie na lewą obronę. Nie czułem się tam dobrze. Zawsze ciągnęło mnie do przodu. I wchodziłem na skrzydło albo na „10”. Ale grałem mało. Wszedłem z ławki w dwóch meczach gdy już przegrywaliśmy. Z występami było więc „cienko”. Ale nie poddawałem się, dawałem z siebie wszystko podczas zajęć w tygodniu, zostawałem aby popracować jeszcze po treningach. Wiedziałem, że tylko takim podejściem dojdę do tego, co sobie zaplanowałem.

 

A jaki był wtedy plan?

 

Musiałem zacząć grać. Odbudować się. Zbierać minuty. Dlatego wiosnę tego roku spędziłem już w Pogonii Siedlce. U trenera Dariusza Banasika grałem sporo, i to na skrzydle gdzie czuję się najlepiej. Żałuję tylko, że spadliśmy z 1.ligi.

 

I znowu trzeba było zmieniać barwy klubowe. Ale na razie wydaje się, że Podbeskidzie to właściwy adres.

 

Zawsze takie sprawy analizujemy z moim menedżerem…

 

A to, że jest tam większa liczba młodzieżowców, z apetytami na grę pierwszym składzie? Wiesz, że bardzo często w klubach 1.Ligi gra tylko jeden, bo taki jest wymóg.

 

Nie. Nie brałem tego pod uwagę. To nawet lepiej, że jest taka rywalizacja, można poprawić się piłkarsko, starać się zawsze być w najlepszej dyspozycji, przyspieszyć swoją karierę.

 

Co jest twoim największym atutem?

 

Myślę, że przygotowanie techniczne, na to zwracano dużą uwagę gdy się szkoliłem. I to, co powinien mieć każdy skrzydłowy czyli szybkość, dobry drybling….

 

Uderzenie też masz niczego sobie…

 

(śmiech) Pracuje na treningach nad tym, aby było z tym znacznie lepiej.

 

Każdemu w tym cyklu zadaje pytanie na kim się wzoruje?

 

Na kilku piłkarzach. Jeden z nich to Neymar. Podziwiam też Mbappe, Hazarda.

 

A jeśli chodzi o twoją charakterystyczną fryzurę?

 

(Śmiech). To już bardziej rada mojej dziewczyny. Miałem długie włosy, nie wiedziałem co z nimi zrobić. Ustaliliśmy więc, że będą nosił „kitkę”.