Igor Marczak: Gdy pojawiła się oferta walki z kimś takim, jak Szymon Kołecki – mistrz olimpijski w podnoszeniu ciężarów – chyba nie mogłeś odmówić?

 

Mariusz Pudzianowski: Fajne wyzwanie będzie. Dwóch chłopów z tej samej branży, z podnoszenia ciężarów. Ja trenuję trochę dłużej od Szymona sporty walki. Szymon dźwigał ciężary w dyscyplinie olimpijskiej, ja w strongmanach. On był mistrzem olimpijskim, ja mistrzem świata. Spotka się więc dwóch silnych chłopów.

 

Szymon Kołecki przechodzi z kategorii półciężkiej – bo do tej pory walczył w limicie do 93 kg, a więc szybkość może być po jego stronie. Siła i kilogramy będą Twoim atutem.

 

Waga ciężka w MMA jest nieprzewidywalna. Czasami ktoś, kto jest skazany na porażkę, wygrywa. Chwila nieuwagi w tej kategorii wagowej i można być znokautowanym.  Ja przypuszczalnie będę miał wagę ok. 115-116 kg. Szymon ze 105 kg. A więc nie będzie to wielka różnica. W kategorii ciężkiej bardzo często takie występują. Tutaj jednak nie waga i ciężary będą rządzić w klatce.

 

Jakie wnioski wyciągnąłeś po przegranej walce z Karolem Bedorfem?

 

Za mocny dla słabych, za słaby dla mocnych. Ja przez te sześć miesięcy nie leżałem. Może i brak mi talentu do MMA, ale na pewno nie pracowitości i systematyczności. Cały czas trenujemy i idziemy do przodu.

 

Ile jeszcze potrwa Twoja przygoda z MMA?

 

Żadnych kontuzji nie mam, chęci wciąż są. Na pewno jeszcze się pobawię. Kilka walk stoczę, ale nie będzie to trwało zbyt długo. Chcę skorzystać trochę z życia. Bo życie to nie tylko sport. Ja zawsze powtarzam, że jest dokładnie odwrotnie. To sport jest dodatkiem do życia. Na pewno jednak jeszcze kilka gęb poobijam, albo mi obiją.

 

Jakie masz zatem plany na przyszłość po zakończeniu kariery?


Niczego nowego nie zamierzam rozwijać, bo już prowadzę dużą, prężną firmę transportową, mam kilka lokali. W biznesie radzę sobie doskonale. Sport jest odskocznią od tych codziennych problemów.