Kiedy Wilder - Fury 2?!

 

Ciągle nie opadają emocje po dramatycznej walce Deontaya Wildera z Tysonem Furym w Los Angeles. Sędziowie orzekli remis, większość dziennikarzy i kibiców widziała, pomimo dwóch nokdaunów w wykonaniu Wildera, punktowe zwycięstwo “Króla Cyganów”. Po takiej walce, wszyscy chcą rewanżu, a teamy obu pięściarzy - i oni sami - myślą jak na tym najlepiej zarobić. Już na konferencji prasowej, godzinę po walce w “Staples Center”, temat rewanżu pojawiał się wielokrotnie, ale już następnego dnia zaczęły się spekulacje… że “może nie tak szybko”.

 

Dla jednego i drugiego, oprócz walki z Anthony Joshua, mistrzem świata WBA/WBO/IBF nie będzie propozycji bardziej lukratywnej, więc trzeba podbić cenę. Fury, w rozmowie z angielskimi dziennikarzami, zaczął już mówić, że “Wilder będzie unikał rewanżu jak ognia”, a ten drugi po raz nie wiadomo przyznaje, że “rewanż jest OK, ale najlepiej, żeby była walka z Joshuą”. Anthony oczywiście dołączył się do gry, gratulując Tysonowi Fury, i śmiejąc się z postawy Wildera. Tak naprawdę, jak zawsze, kiedy nie wiadomo o co chodzi, chodzi o pieniądze.

 

W sobotniej walce podział pieniędzy był procentowo 60 do 40 na korzyść Fury, ale teraz, ciągle niepokonany Brytyjczyk, chce dostać tyle samo, co jego amerykański przeciwnik. Frank Warren, promotor Fury, uważa, że można zorganizować walkę w Wielkiej Brytanii, na stadionie piłkarskim (pada nazwa Arsenalu Londyn), ale rzeczywistość finansowa jest po stronie amerykańskiej,

 

Nawet zrobienie gali na mieszczącym 50,000 widzów stadionie nie zrównoważy przychodów z amerykańskiego PPV oraz milionów, które są w stanie zapłacić kasyna w Las Vegas. Dodajmy do tego fakt, że za PPV w USA (możliwe tylko w amerykańskiej strefie czasowej) trzeba zapłacić trzy razy więcej niż na Wyspach i wyliczanka finansowa jest po stronie Wildera. Fury'emu to nie przeszkadza. - Wygrałem z Władymirem Kliczko w Dusseldorfie, wszyscy widzieli, że wygrałem z Wilderem w Los Angeles. Ja mogę walczyć wszędzie - mówił Tyson. Zgadzam się z Frankiem Warrenem, że negocjacje trzeba rozpocząć już teraz, bo ponad dwumiesięczna promocja to konieczność przy samych wydatkach na gażę pieściarzy, która pewnie dojdzie do 40 milionów dolarów.

 

Radość i dramat w Kanadzie

 

Ołeksandr Gwozdyk, jeden z trójki ukraińskich medalistów olimpijskich 2012 roku w Londynie (obok Usyka i Łomaczenki), dokonał tego, co się nie udało nikomu od pięciu lat - odebrał mistrzowski tytuł Adonisowi Stevensonowi. Haitańczyk mieszkający w Kanadzie miał za sobą potężnego Al’a Haymona, który zawsze dbał o to by suma przetargu decydująca o tym, gdzie będzie walka, przeważała na korzyść pojedynku bliżej domu “Supermana”. Patrząc na karty punktowe walki Gwozdyk - Stevenson, łatwo zrozumieć dlaczego - do jedenastej rundy, kiedy serią ciosów Ukrainiec znokautował Adonisa, na każdej z nich prowadził Kanadyjczyk… choć rzeczywistość ringowa była inna.

 

Zdobycie mistrzostwa WBC wagi półciężkiej przez Gwozdyka zostało natychmiast przyćmione przez to, co stało się zaraz po walce. Stevenson zszedł z ringu o własnych siłach, ale już w szatni zaczął narzekać na zawroty głowy, miał problemy z utrzymaniem równowagi. Błyskawicznie został przewieziony do szpitala, gdzie jego stan zdrowie pogorszył się na tyle, że lekarze zdecydowali się wprowadzić go w stan śpiączki, życiu pięściarza zaczęło zagrażać niebezpieczeństwo.

 

Obawy były uzasadnione - chodziło o to, by uniknąć sytuacji z 2013 roku, kiedy Magomed Abdusalamow, po walce z Mike Perezem w Madison Square Garden doznał obrzęku mózgu i do dziś pozostaje inwalidą. Ostatnie informacje są pocieszające - według lekarzy, życiu 41-letniego Adonisa Stevensona nie zagraża już niebezpieczeństwo. Czy wróci do pełnego zdrowia - tego jeszcze nie wiemy.