Kandydatów było 30, a w tym gronie obok Michalczewskiego między innymi Duńczyk Mikkel Kessler, Indonezyjczyk Chris John, czy Meksykanin Rafael Marquez , rodzony brat Juana Manuela Marqueza, którzy znaleźli się na tej liście po raz pierwszy.

 

Każdy w dokonujących wyboru dziennikarzy piszących o boksie mógł wybrać pięciu kandydatów. Do International Boxing Hall of Fame wybranych zostanie trzech z największą ilością głosów. Dan Rafael, znany ekspert amerykański przyznał, że tym razem postawił na „Tygrysa” Michalczewskiego.


Dla mnie jego kandydatura też spełniała wszystkie wymagania. Pięściarzem był świetnym. Miał zaledwie 19 lat, gdy w Krakowie zdobył tytuł mistrza Polski seniorów w wadze lekkośredniej (71 kg). Był jednym trzech młodych wilków (rocznik 1968), obok Andrzeja Gołoty i Jana Dydaka, którzy stali wtedy na najwyższym stopniu podium.


Miał już za sobą medal (brązowy) mistrzostw Europy juniorów (1986) i miejsce w reprezentacji Polski. Gdyby nie został w RFN wraz z Dariuszem Kosedowskim (młodszym bratem Leszka i Krzysztofa, medalistów olimpijskich) podczas turnieju w Karlsruhe, w 1988 roku, prawdopodobnie walczyłby podobnie jak Gołota i Dydak na igrzyskach w Seulu. Oni wrócili z Korei Południowej z olimpijskim brązem, a on mógł tylko marzyć o lepszej przyszłości.


W 1991 roku w Goeteborgu gratulowałem mu tytułu mistrza Europy w wadze półciężkiej, który zdobył dla Niemiec. W tym samym roku podpisał zawodowy kontrakt i oddał walkowerem kolejną wielką imprezę, MŚ w Sydney, gdzie mógł powalczyć o złoty medal. Igrzyska w Barcelonie (1992) też obejrzał w telewizji, podobnie jak znakomity pięściarz rosyjski Kostia Cziu, który wygrał w Sydney i został w Australii.


I on i Michalczewski szybko sięgnęli po zawodowe mistrzostwo świata. Kostia (już dawno jest w Hall of Fame) zdobywał je jako Australijczyk. Zwycięski pojedynek Darka z Leeonzerem Barberem komentowałem w Hamburgu we wrześniu 1994 roku. „Tygrys” przystępował do starcia z Amerykaninem, któremu odebrał pas pas WBO w wadze półciężkiej słuchając niemieckiego hymnu. Mało kto już pamięta, że Barber był jednym z ulubionych zawodników legendarnego trenera mistrzów, Emanuela Stewarda.


Tamten pojedynek w Hamburgu był pierwszym pokazywanym przez polską telewizję z miejsca zawodów. W sumie komentowałem spod ringu 16 mistrzowskich walk „Tygrysa, na kilku innych byłem, pojedynek z nieżyjącym Graziano Rocchigiannim (ten pierwszy) komentowaliśmy z Jerzym Kulejem dla telewizji Wisła (była też taka) ze studia pod Krakowem.


Walki Michalczewskiego w Niemczech były wydarzenie towarzyskim i sportowym jednocześnie, był tam bardzo popularny. I zawsze był w porządku dla polskich dziennikarzy. Dla nas przerywał konferencję i odpowiadał na pytania po polsku, a Niemcy traktowali to ze zrozumieniem.

– Świat był wtedy dla mnie piękny. Po wygranej z Barberem Kanclerz Helmut Kohl nadesłał list z gratulacjami, legendarny Max Schmeling przysłał depeszę, prezydent Aleksander Kwaśniewski też mnie pochwalił – wspominał w jednym z wywiadów, których przeprowadziłem z nim dziesiątki.

 

Po zejściu ze sceny Henry’ego Maskego, wielkiego mistrza zjednoczonych Niemiec, tylko "Tygrys" przyciągał za Odrą wielkie pieniądze. Gdy w 1997 roku pokonał w Oberhausen Amerykanina Virgila Hilla i odebrał mu dwa mistrzowskie pasy skapitulowali jego najwięksi oponenci.

 

Michalczewski był bogaty, nawet jak na niemieckie warunki. Miał piękny dom w najbogatszej dzielnicy Hamburga, zmieniał luksusowe samochody jak rękawiczki, bywał bohaterem skandali o których rozpisywała się niemiecka, nie tylko bulwarowa prasa. Dla tamtejszych dziennikarzy w takich sytuacja był „Deutsch-Pole”, przyszywanym Niemcem z polskim rodowodem. Gdy wygrywał i bił kolejne rekordy, już tylko niemieckim mistrzem pięści.

 

Na jego walkach miejsca w pierwszych rzędach, kosztujące po kilka tysięcy marek zajmowali znani aktorzy, gwiazdy estrady, rekiny finansjery, ale nie brakowało tam też budzących grozę postaci z półświatka.

 

W gronie tych, z którymi zwiedzał najmodniejsze, nocne lokale Hamburga był też młody, amerykański raper Marky Mark, dziś bardziej znany jako Mark Wahlberg, jeden z najbardziej wziętych aktorów Hollywoodu.


Polskich gwiazd też przy nim nie brakowało. Czarek Pazura i Janek Borysewicz z Lady Pank przylatywali do niego najczęściej.

 

Bokserską karierę Michalczewski zakończył z bilansem 48 zwycięstw i dwóch porażek. Dziewięć lat był mistrzem świata wagi półciężkiej, 23 razy skutecznie bronił tytułu. Sam ocenia, że zarobił w tym czasie ok. 30 mln euro netto. Ci, którzy widzieli go w akcji nie mają wątpliwości: miał jeden z najlepszych lewych prostych w historii tej dyscypliny i żelazną kondycję.

 

Gdy pokonał w Oberhausen (1987) Virgila Hilla i odebrał mu pasy WBA, IBF prestiżowy The Ring uznał go pięściarzem miesiąca. Tenże The Ring pisał też, że walka Michalczewskiego z Royem Jonesem Jr, mistrzem WBC, jest marzeniem matchmakerów, i nie tylko. Niestety nigdy do niej nie doszło

 

Michalczewski był też krótko mistrzem wagi junior ciężkiej, po wygranej przez nokaut z Argentyńczykiem Nestorem Hipolito Giovanninim w Hamburgu (grudzień 1994 r), któremu odebrał pas WBO i szybko z niego zrezygnował zostając w kategorii półciężkiej.


Chciał walczyć w Polsce i dopiął swego, a ostatnie pojedynki w Niemczech toczył pod polską flagą.


Świetnie też dał sobie radę po zakończeniu kariery, jest biznesmenem, który nie stracił pieniędzy zarobionych w ringu tylko je pomnożył. Teraz chce spróbować swych sił jako promotor. Pierwszą galę planuje w marcu w Gdańsku, tam gdzie się urodził, i gdzie mieszka po powrocie z Niemiec. To prawdziwie filmowa historia, ale przy wyborach do Hall of Fame nie była najważniejsza.