Przez lata Khalidov zapewniał rozrywkę, emocje i poziom sportowy na najwyższym poziomie. Gdy kibice coraz liczniej zasiadali przed telewizorami, aby obejrzeć kolejny występ w KSW Mariusza Pudzianowskiego, Khalidov zarażał fanów swoją wirtuozerią. Szybkie poddania w walkach z Jessem Taylorem oraz Melvinem Manhoefem czy nokaut z Rodneyem Wallacem - te chwile przekonały polskiego widza, że w MMA o ostatecznym rezultacie decydować może coś więcej niż tylko brutalna siła.
 
Mamed wygrywał, czarował i przy okazji przyzwyczajał do tego fanów. W oczach kibica był nieosiągalny dla pozostałych, można powiedzieć nadczłowiek. Nikt nie wyobrażał sobie jego słabszego występu, kłopotów w ringu czy klatce. Z poważną kontuzją wyszedł na konfrontację z Brettem Cooperem, a walkę pełną emocji z Michałem Materlą zakończył przy pierwszej okazji, by jak najszybciej wyjść z niezręcznej roli.
 
Przyszła w końcu gala KSW 35 w trójmiejskiej Ergo Arenie. Po trudnym boju Khalidov pokonał decyzją sędziów Aziza Karaoglu. Widownia nie podzielała jednak optyki sędziów. Nie było igrzysk, a taktyczna postawa Mameda - delikatnie mówiąc - nie przypadła do gustu kibicom. Buczenie, gwizdy i okrzyki nienawiści w kierunku zwycięzcy. Już wtedy niewiele brakowało i Khalidova nie zobaczylibyśmy w klatce KSW ponownie.
 
Odbudował się wygraną poza organizacją z Lukiem Barnattem i dał sobie kolejną szansę w KSW. Po dokładnie rocznej przerwie na historycznej gali KSW 39: Colosseum pokonał mistrza kategorii półśredniej Borysa Mańkowskiego, choć kibice i tak od Mameda oczekiwali znacznie więcej.
 
Przyszedł moment na ostatni rozdział w karierze. Pierwsza walka z Tomaszem Narkunem toczona pod dyktando Khalidova, ostatecznie zakończyła się dziecinnym błędem i porażką olsztynianina. Już po wyjściu z klatki Mamed zdał sobie sprawę, że w ten sposób tego zostawić nie można, że trzeba dać sobie szansę na rehabilitację. Na taką szansę zasłużył jak nikt inny.
 
Już przed galą KSW 46 Khalidov zapewniał, że przyszłość w tym sporcie zależy od wyniku walki rewanżowej z Narkunem. Było podrażnione sportowe ego, były świetne przygotowania, wrócił głód walki i powróciły wielkie nadzieje kibiców. W klatce zabrakło jednak siły starego ognia. Zabrakło magii, która towarzyszyła mu przez lata. Drugie starcie z Narkunem pokazało, że to nie było przypadek, że coś się po prostu wypaliło.
 
- Czasami przestaje pracować mi mózg. Mam problem z głową. Czasami nie wiem, gdzie jestem. Wchodzę do klatki i się zawieszam, blokuję, zero kombinacji. Nie mogę robić tego na siłę. Decyzja nie została podjęta pod wpłwem impulsu. Już na mnie czas. Muszę odpocząć - powiedział Khalidov w rozmowie z mma.pl kilkadziesiąt minut po zakończonej walce.
 
Kilka dni po walce, w towarzystwie żony Ewy i syna, podtrzymuje swoje stanowisko i chyba powoli godzi się ze słusznością i skutkami podjętej decyzji. - Czuję się tak samo jak po walce. Nic się nie zmieniło, czas na mnie. Zakończyłem karierę - mówi w rozmowie z naszym portalem.
 
I choć w środku każdego fana sportu w naszym kraju tli się nadzieja, że Mamed powróci, to pora powoli tę nadzieję zacząć gasić. Może zabrzmi brutalnie, ale lepszy moment na rozstanie się z KSW może po prostu nie przyjść. W Arenie Gliwice z wielką klasą pogodził się z decyzją sędziów, symbolicznie zostawił rękawice w klatce i podziękował za lata kariery.
 
Klatkę opuszczał przy wiwatującym tłumie, a co najważniejsze - w pełni zdrowy. Odłóżcie na chwilę egoistyczne, kibicowskie postulaty na bok. Przed Mamedem lata kolejnych wyzwań w sferach zawodowej, prywatnej i więcej czasu dla rodziny. Jak często mawia Mateusz Borek: "sport nie jest dla starych ludzi". Lepiej zakończyć krok wcześniej, niż po prostu jeden krok za późno.
 
Nie odrodzą się atuty, które uciekają z wiekiem, a będzie ich coraz mniej z każdym, kolejnym dniem. Przeszłość nie może trwać wiecznie. Tęsknota za starym rodzi złudzenia, że te czasy może jeszcze powrócą. To złudzenie nazwijmy po imieniu -  nostalgia i sentyment do Mameda, na które ciężko zapracował latami...