Poprzedni sezon miał dla niej słodko-gorzki smak. Na początku osiągnęła rewelacyjną dyspozycję - błysnęła podczas mityngów Diamentowej Ligi, a w Białogardzie osiągnęła 66,53 m. Dalej w historii polskiego oszczepu rzuciła tylko Maria Andrejczyk (LUKS Hańcza Suwałki) w Rio de Janeiro w 2016 roku - 67,11. Potem przyplątała się długa i niewdzięczna kontuzja barku, przepychanka z Polskim Związkiem Lekkiej Atletyki w sprawie wyjazdu na mistrzostwa Europy do Berlina, gdzie jej ostatecznie zabrakło, i słabsza dyspozycja rzuty w drugiej części sezonu. Teraz w jej głowie są nowe ambicje, chęci, a wola walki - co sama podkreśla - jak zawsze olbrzymia.

 

- Jesteśmy na pierwszym obozie w Cetniewie. Kończymy go w sobotę 22 grudnia. Nie oszczędzamy się. Nie ma już specjalnych problemów, jeżeli chodzi o zdrowie. Uważam na wszystko, bo nie ma się co od razu porywać na jakieś kolosalne obciążenia. Wszystkie ćwiczenia wykonuję jednak tak, jak powinnam, starając się je udoskonalać - powiedziała PAP zawodniczka AML Słupsk.

 

 1 stycznia wróci do tego ośrodka. W lutym także. Na pierwszy obóz klimatyczny wyjedzie pod koniec marca.

 

- Bardzo cenimy sobie COS OPO Cetniewo, ponieważ panuje tu rodzinna atmosfera i niczego nam nie brakuje - dodała.

 

Jak przyznała, na tę chwilę wszystko jest w porządku.

 

- Z tatą i trenerem jednocześnie ustaliliśmy, że sama będę wiedziała i czuła, gdy będzie czas na jeszcze większe obciążenia. Patrząc na wszystkie lata moich treningów, a było ich już 10, najlepsze wyniki pojawiały się prawie zawsze na koniec sezonu. W każdej kategorii wiekowej walczyłam o rekord kraju i w każdej się udało. Mam silną motywację i ciężko pracuję. W 2017 roku były cztery ważne dla mnie imprezy - drużynowe mistrzostwa Europy, mistrzostwa Polski, świata i Uniwersjada, a forma zwyżkowała wtedy, gdy miała być. To zasługa mądrej głowy taty-trenera, więc wierzymy, że teraz też tak uda się wszystko zaplanować, żeby świetna dyspozycja była podczas mistrzostw świata 2019, które odbędą się na przełomie września i października - tłumaczyła oszczepniczka.

 

Podkreśliła, że decyzja PZLA o pominięciu jej w składzie reprezentacji na tegoroczne mistrzostwa Europy w Berlinie, pomimo wypełnienia minimum, była dla niej bardzo trudna do "przetrawienia", ale wieczne rozpamiętywanie i rozdrapywanie tej sprawy uważa za niepotrzebne.

 

- Czas leczy rany. Patrzę i idę do przodu. Jestem szkolona przez PZLA. Tata ma kontrakt do końca roku, w przyszłym się okaże, czy będzie kontynuacja - dodała.

 

Witek pochodzi z rodziny przywiązującej dużą wagę do tradycji. Zbliżające się święta Bożego Narodzenia są dla niej i jej bliskich niezwykle istotne.

 

- Rodzina jest u nas na pierwszym miejscu. Ona zawsze wspiera i jest blisko nawet w najgorszych momentach. Jesteśmy tradycjonalistami i bardzo chcemy to pielęgnować. Będąc w domu nie przestanę jednak trenować. Będę w Wigilię mam zaplanowane zajęcia, a pewnie i w oba dni świąt. Tata chce, żeby były to dni wolne, ale ja chcę iść zawsze na trening. Pamiętamy o odpoczynku i zasadzie - jedz, śpij,trenuj - powiedziała.

 

Przyznała, że do niej oraz jej brata Mariusza zawsze należało w domu ubieranie choinki i bardzo to lubi.

 

- Mama wykazuje się od strony kulinarnej. Jest w tym najlepsza. Ona głównie dba o świąteczny porządek, a my jej w tym pomagamy jak najlepiej potrafimy. Jednak wiele rzeczy staramy się robić wspólnie. O prezenty musiałam zadbać już przed obozem. Wszystko jest już przygotowane i popakowane. Od kiedy pamiętam, zawsze był u nas św. Mikołaj, który dawał często śmieszne prezenty. Musieliśmy się przy tym wykazać sportowo bądź np. recytując wierszyk bądź śpiewając. Mikołajem na początku był dziadek, potem brat, a potem znów dziadek. Marzenia na kolejny rok? Największym jest to, żebyśmy nadal spotykali się w tym samym gronie, żeby ono się nie zmniejszało - podsumowała Witek.