W Lesznie mają szczęście do utalentowanej młodzieży. Krzysztof Kasprzak, bracia Przemysław i Piotr Pawliccy czy wreszcie tegoroczny mistrz świata juniorów Bartosz Smektała to wizytówki szkółki żużlowej Unii. Niemal co roku klub może pochwalić się kolejnym talentem. Zresztą obok Smektały w Unii z powodzeniem rywalizuje 19-letni Dominik Kubera, czwarty zawodnik tegorocznych IMŚJ. Znakomitych wychowanków Unia w przeszłości miała wielu, choćby ojcowie wspomnianych zawodników - Zenon Kasprzak, Piotr Pawlicki senior, ale też Roman Jankowski czy Henryk Żyto.

 

Historia w przypadku klubu z Wielkopolski nie jest bez znaczenia.

 

- Musimy się do niej cofnąć, bo Unia od zawsze słynęła z pracy z młodzieżą, a my właściwie kontynuujemy to dzieło, strategię, która bardzo dawno została nakreślona. Mocno inwestujemy w naszą szkółkę żużlową, w zawody młodzieżowe. Dbamy o tych chłopaków przede wszystkim na początkowym etapie ich karier. Staramy się na tyle, na ile możemy, pomagać tym młodym, czasami bardzo młodym zawodnikom, zarażać ich żużlem. Po to, by w późniejszych latach zbierać tego owoce - powiedział PAP Igielski.

 

Jak dodał, klub nie żałuje środków na szkolenie, ale jak zapewnił, to są zwykle dobrze zainwestowane pieniądze.

 

- Łożymy dużo więcej pieniędzy na młodzież niż inne kluby. Ale mamy z tego korzyści, to się po prostu opłaca. Jesteśmy stawiani za wzór, jeśli chodzi o szkolenie, a co za tym idzie - za wyniki. Mieliśmy mnóstwo młodzieżowych indywidualnych mistrzów Polski, mistrzów świata, nasi zawodnicy regularnie zasilają młodzieżowe reprezentacje - wyliczył.

 

Smektała potwierdza jego słowa. Jego zdaniem w Lesznie czuje się, że klub bardzo poważnie podchodzi do młodych adeptów speedwaya.

 

- To szkolenie w każdym klubie jest na dobrym poziomie, ale powiem nieskromnie, że w Lesznie jest najlepsze. Nie chodzi o nazwiska, które wywodzą się z Leszna, ale też zainteresowanie samego klubu tą kwestią. Akurat Unia dba o swoich najlepszych żużlowców, dostajemy ogromne wsparcie. Na sukces, tytuł składa się wiele czynników. Podobnie jest ze szkoleniem. Na to wpływ mają trenerzy, sam klub, sprzęt plus szczęście. W Lesznie te wszystkie rzeczy funkcjonują bardzo dobrze - powiedział żużlowiec.

 

Trenerem, który ma wyjątkowo dobrą ręki do młodzieży, jest znakomity przed laty zawodnik Roman Jankowski. Jak przyznał, tajemnica sukcesu tkwi m.in. w bogatej tradycji klubu. Zainteresowanie żużlem w Lesznie jest ogromne, to od zawsze był sport numer jeden w mieście. Co za tym idzie, chętnych do uprawiania tej dyscypliny nigdy nie brakowało.

 

- Na pewno w regionie leszczyńskim trochę młodzieży garnie się do żużla. Myślę, że dużo więcej niż w innych miastach. Nasza szkółka jest dosyć liczna, mamy więc większą możliwość selekcji. Łatwiej jest wyłowić tych najzdolniejszych z grupy kilkudziesięciu chłopaków niż kilkunastu - tłumaczył Jankowski.

 

Jak dodał, właśnie odpowiednia selekcja jest kluczem do sukcesu, ale nie można też zapominać o systematycznej pracy.

 

- Nauczyć jeździć na motocyklu żużlowym można każdego. Trzeba jednak wychwycić ten diamencik, który rokuje nadzieje na wynik sportowy. W tej dyscyplinie sukcesy nie przychodzą od razu. Żeby doprowadzić zawodnika do poziomu polskiej czołówki, trzeba się poświecić. Należy przejechać tysiące okrążeń na torze, zaliczyć wiele zawodów - podkreślił szkoleniowiec.

 

Nie wszyscy zawodnicy po ukończeniu szkółki zostają mistrzami czy choćby czołowymi jeźdźcami ekstraligi. W klubie jest ograniczona liczba miejsc, a konkurencja zwykle mocna. Z pracy trenerów w Lesznie korzystają też inne zespoły.

 

- Nie wszyscy mają szansę wskoczyć do składu naszej drużyny ekstraligowej, dlatego dostają możliwość jazdy w innych klubach. Czasami "idą na wypożyczenie", czasami są to kontrakty definitywne. Bywają sytuacje, że dobrze zapowiadający się zawodnicy gdzieś giną, zatrzymują się w rozwoju, a czasami się nawet cofają. Bo to jest tylko sport, a każdy jest człowiekiem - stwierdził Jankowski.

 

Jego dwaj synowie - Marcin i Łukasz - również przez wiele lat ścigali się na żużlu, ale tak imponującej kariery jak ojciec nie zrobili. Obecnie są mechanikami leszczyńskich zawodników - Marcin pomaga Piotrowi Pawlickiemu, a Łukasz - Australijczykowi Brady'emu Kurztowi. A przecież mieli blisko siebie znakomitego zawodnika i trenera.

 

- Były jakieś kontuzje po drodze, ale też trudno mi odpowiedzieć na to pytanie, dlaczego im się nie do końca udało. To trudno jednoznacznie wyjaśnić - przyznał Jankowski senior.

 

To jednak rodzice często mają istotny, a czasami wręcz największy wpływ na rozwój sportowy dziecka. Nie inaczej jest w żużlu, nie inaczej było też w przypadku Smektały. Mistrz świata juniorów pochodzi ze Śremu i na treningi do Leszna jako nastolatek musiał dojeżdżać 40 kilometrów w jedną stronę. Czasami nawet codziennie.

 

- Jestem wdzięczny moim sponsorom, klubowi, ale gdyby nie rodzice, to dzisiaj nie byłbym w tym miejscu, w którym jestem. Pewnie bym na żużlu w ogóle nie jeździł. To oni zapoczątkowali moją karierę, to oni zawozili mnie na pierwsze treningi. Dzisiaj jestem już starszy i wszystko w moich rękach, ale rodzina była, jest i będzie zawsze najważniejsza - podsumował utalentowany żużlowiec Unii.