O tym, że boks się kończy, mówi się i pisze od lat. Ale na razie, to tylko słowa. Pieniędzy w boksie jest coraz więcej, oczywiście korzystają z tej hossy najlepsi, ale i ci znacznie słabsi też mają szansę się przy tym dobrze pożywić.

 

Pięcioletni kontrakt, który z platformą streamingową DAZN podpisał Saul Alvarez, mistrz wagi średniej (365 mln za 11 walk) musi robić wrażenie na każdej gwieździe zawodowego sportu. Tak jak robiły sumy, które za swoje ostatnie walki, z Mannym Pacquiao i Conorem McGregorem, gwiazdą MMA, zgarniał Floyd Mayweatjer Jr., co tylko potwierdzała lista najbogatszych sportowców globu sporządzana tradycyjnie przez Forbesa.

 

Za chwilę kolejne rekordy może pobić Anthony Joshua, posiadacz trzech mistrzowskich pasów w wadze ciężkiej. O tym, że potrafi zapełnić największe stadiony na Wyspach Brytyjskich już wiemy, nie wiemy tylko jakie pieniądze będą wchodzić w grę, gdy dojdzie do jego walk z Deontayem Wilderem i Tysonem Furym.

 

Właściwie w każdej z 17 kategorii wagowych jest ciekawie. W ciężkiej po nudnej erze braci Witalija i Władimira Kliczków zrobił się duży ruch, teraz dojdzie jeszcze Ołeksandr Usyk, król wagi junior ciężkiej, a wkrótce do elity dołączą medaliści ostatnich igrzysk w Rio de Janeiro, tacy jak  mistrz wagi superciężkiej, Francuz Tony Yoka, czy brązowy medalista, Chorwat Filip Hrgović.

 

Zobaczymy też kto zapełni pustkę po Usyku w wadze junior ciężkiej, zęby na zwycięstwo w drugiej edycji turnieju WBSS (World Boxing Super Series) ostrzą sobie byli mistrzowie: Łotysz Mairis Briedis, Kubańczyk Yunier Dorticos i nasz Krzysztof Głowacki.

 

Kategoria półciężka już prawie cała mówi po rosyjsku. Pasy IBF i WBA należą do Rosjan, Artura Bietierbijewa i Dmitrija Biwoła, a WBC do Ukraińca Ołeksandra Gwozdyka. Jeśli jeszcze kolejny z Rosjan, Siergiej Kowaliow wygra rewanż z Kolumbijczykiem  Eleiderem Alvarezem i odzyska pas WBO, spotkamy się z  sytuacją nienotowaną wcześniej w zawodowym boksie.

 

Cieszy dopływ najlepszych amatorów: medaliści igrzysk olimpijskich z Kazachstanu, Uzbekistanu, Rosji i Ukrainy jak nigdy licznie podpisywali zawodowe kontrakty. I wielu z nich, o czym jestem przekonany, szybko pójdzie w ślady tych, którzy mają już zawodowe pasy. Z Kuby znów uciekł wybitny mistrz, tym razem Robeisy Ramirez, dwukrotny złoty medalista olimpijski, którego zapewne wkrótce też zobaczymy wśród profesjonałów.

 

Bardzo dobrze, że w USA boks olimpijski wraca wreszcie na wysoki poziom, bo to znak, że takich jak Shakur Stevenson, srebrny medalista z Rio de Janeiro (przegrał w finale z Robeisy Ramirezem), będzie więcej. Choć stare czasy chyba już się nie powtórzą, takich drużyn, pełnych późniejszych zawodowych mistrzów świata, jak w Montrealu (1976) czy Los Angeles (1984),  Amerykanie raczej już mieć nie będą.

 

Jest tylko jeden warunek: boks musi pozostać w programie igrzysk olimpijskich. A dziś jest poważnie zagrożony. MKOL wydał przecież oświadczenie, że nie planuje turnieju bokserskiego na najbliższych igrzyskach w Tokio (2020). Dziwi brak reakcji środowiska sportowego na takie zagrożenie. Kiedy zamierzano wyrzucić z programu olimpijskiego zapasy, rwetes był niesamowity. A teraz cisza. Tak jakby nikt nie dopuszczał myśli, że to możliwe. A jest możliwe. Owszem, jestem pewny, że – Boks był, jest i będzie – ale niekoniecznie w wydaniu olimpijskim. Dalej będą rozgrywane mistrzostwa świata, Europy i być może innych kontynentów, ale kurek z dopływem pieniędzy dla krajowych federacji zostanie zamknięty tam, gdzie w cenie są medale olimpijskie, i to one dla kierujących sportem są najważniejsze.

 

Skutki będą opłakane, dla boksu zawodowego również. Nie będzie  Łomaczenków, Usyków, Gwozdyków, że wymienię tylko ukraińskich mistrzów, którzy najważniejsze nauki pobierali w swojej rodzimej reprezentacji za państwowe środki.

 

Ten problem dotknie wtedy zdecydowaną większość krajów,  a boks zawodowy, który do tej pory żerował na amatorstwie pozyskując częstokroć ukształtowanych, wybitnych pięściarzy za darmo, obudzi się w innym świecie.

 

Można mieć jedynie nadzieję, że ten czarny scenariusz się nie spełni, i wierzyć w lepszą przyszłość tej dyscypliny, bo są takie przesłanki. To, że boks staje się coraz bardziej dostępny w USA, nie mówiąc o Wlk. Brytanii (mam na myśli jego telewizyjny przekaz) w efekcie tylko zwiększy jego popularność.

 

Dziś  dobry boks w internecie, na platformie streamingowej DAZN, to już rzeczywistość. Świat nowych, wielkich możliwości właśnie się otworzył. Trzeba tylko zapłacić  kilka dolarów i oglądać.

 

Wchodzi nowe, wycofuje się stare, taka jest kolej rzeczy. Telewizja HBO po 45 latach wycofała się z pokazywania zawodowego boksu. Z HBO wiązać nas będą już tylko wspomnienia wielkich walk i największych wydarzeń w świecie tej dyscypliny. Komentowałem  w USA walki Andrzeja Gołoty z Riddickiem Bowe i Mikiem Tysonem, widziałem siedząc przy ringu jak „Bestia” odgryzała ucho Evanderowi Holyfieldowi, a Lennox Lewis wygrywał znakomity rewanż z Holyfieldem w Las Vegas. Takich wydarzeń przekazywanych przez HBO, a pokazywanych w Polsce przez różne telewizje miałem przyjemność nie tylko komentować, ale i opisywać znacznie więcej. Dziś boks i HBO, to już tylko historia. Dodajmy od razu – piękna historia.

 

I oby takich pięknych historii jak najwięcej, bo dobry boks się nie starzeje. I choć nie ulega modom, dalej są chętni, by go oglądać. Ten kończący się rok wyraźnie pokazał, że wciąż jest na niego popyt, a jestem przekonany, że będzie jeszcze większy.