Po raz pierwszy w historii Plebiscytu wygrał w nim siatkarz. Spodziewał się Pan triumfu Bartosza Kurka?

 

Marzyłem o tym, by Bartosz wygrał Plebiscyt. Choćby dlatego, że od 20 lat bardzo mocno pracujemy w Polsacie nad rozwojem siatkówki, nad jej potęgą, sukcesami. Z tych powodów jest to dyscyplina nam bardzo bliska, niemal rodzinna. Znamy to środowisko.

 

Do końca nie było jednak wiadomo czy wygra Bartosz, czy Kamil. Denerwował się Pan?

 

Zacznę od tego, że Stoch jest olbrzymiej klasy sportowcem, mówiłem to zresztą na scenie, że zarówno Kamil, jak i Bartosz podążają drogą Ireny Szewińskiej. Kiedy na zapleczu otworzyłem kopertę z miejscem drugim, bo to ja miałem ogłosić, kto jej zajął i chciałem się przygotować, żeby nie popełnić żadnego faux pas, okazało się, że wygra jednak Bartosz, to wycałowaliśmy się z Małgorzatą Glinką. Bo to jest spełnienie naszych marzeń. Spełnienie długiej drogi, która jest za nami. Czasów „złotek” Niemczyka, wspomnienia o Wagnerze, czasów Lozano, Castellaniego, Anastasiego, ale też Mazura i Rysia. Tego wszystkiego co przez ostatnie 20 lat robiliśmy wspólnie, wierząc, że kiedyś doczekamy się zwycięstwa w Plebiscycie Przeglądu Sportowego i tym razem Polsatu.

 

Warto przypomnieć, że w zamierzchłych czasach, w roku 1974 kiedy zdobywaliśmy pierwsze mistrzostwo świata, Edward Skorek zajął 10. miejsce. Dwa lata później, kiedy siatkarze sięgnęli po największy sukces w historii, złoty medal olimpijski w Montrealu, Skorek był ósmy.

 

Po gali zaczyna się bal, czy lubi Pan spędzać czas na parkiecie?

 

Owszem lubię, tylko ja jestem człowiekiem, który lubi rock and roll. W zależności więc co będzie dominować, jeśli disco polo, to pójdziemy szybko do domu (wywiad został nagrywany po gali, a przed rozpoczęciem balu – przyp. red). Natomiast lubię te chwile w czasie balu, bo jest okazja by porozmawiać z wieloma ludźmi sportu bez patosu i filtra oficjalności.

 

Im dalej w las, im bliżej rana, tym te rozmowy są szczersze. Można się wielu rzeczy dowiedzieć, także tych o charakterze strategicznym. My wprawdzie kochamy siatkówkę, ale zależy nam na dobru całego polskiego sportu. Paradoksalnie chociaż jest to czas zabawy, jest to również czas bardzo cennych rozmów, które potem pomagają podejmować ważne decyzje.

 

Czuł Pan wzruszenie, gdy nadeszło wspomnienie Ireny Szewińskiej?

 

Ogromne. Nawet nie myślałem się,  że to aż tak chwyci mnie za serce. Znam Marylę Rodowicz, lubię ją jako artystkę i człowieka, ale nie spodziewałem się, że cała sala wstanie i wystoi w powadze cały utwór „Łatwopalni”. Od pierwszej do ostatniej minuty. Jeśli Irena Szewińska patrzyła na nas z góry, gdzieś tam z zaświatów, to była chyba najpiękniejsza nagroda, jaka mogła skonkludować jej życie. Bo to nawet nie chodzi o jej karierę sportową, ale o to, jakim była człowiekiem. To było bardzo budujące, bo jeśli marzymy o jakiejś Polsce z szacunkiem do innych ludzi, Polsce optymistycznej, pełnej poczucia własnej wartości, zjednoczonej, to ta Polska była w tym momencie w tej sali.

 

W załączonym materiale wideo cały wywiad z Marianem Kmitą.