Argentyńczyk Horacio Zeballos jako brzdąc przytulał się do fal Atlantyku. Kurort Mar del Plata wywołuje uśmiech na twarzy turystów, którzy choć raz zawitali do tego zakątka Argentyny. Rodzinne miasto Zeballosa nie kojarzy się już tak uroczo Alberto Manciniemu. Alberto, niegdyś ósma singlowa rakieta globu (osiągnął apogeum 9 października 1989 roku) pożegnał się z posadą kapitana reprezentacji Argentyny po finale Pucharu Davisa w 2008 roku rozegranym w Mar del Plata. W listopadzie 2008 roku gród Zeballosa oddychał tenisem. Kilku opryszków zapragnęło wykraść trofeum przewożone z Buenos Aires do Mar del Plata. Wokół Estadio Islas Malvinas, gdzie rozgrywano finał: Argentyna – Hiszpania, panowała gęsta atmosfera. Każdy fan chciał dotknąć Pucharu Davisa. Fernando Verdasco usłyszał wiele obelżywych słów pod adresem swojej rodziny. Czyniono wiele, aby wyprowadzić z równowagi Hiszpanów, którzy przylecieli do Ameryki Południowej bez swojej magicznej lokomotywy z Manacor – Rafy Nadala. Rafa leczył wówczas kontuzję, ale hiszpańskiej armady nie załamała absencja króla kortów ziemnych.

 

Król Fernando

 

Mancini przygotował twardą nawierzchnię w hali, bo taki wybór kortu miał „ugotować” Hiszpanów. Nic z tych rzeczy. O ile argentyńscy fani tenisa entuzjastycznie reagowali na każde zagranie Agustina Calleri i Davida Nalbandiana, o tyle w szatni podopieczni Manciniego nie stworzyli atmosfery znanej z lekcji tanga w dzielnicy San Telmo w Buenos Aires… Nie było chemii, a były nadąsane miny, bo skądinąd znakomity tenisista David Nalbandian miał ego większe niż Patagonia i nie w smak był mu młodzian przebojem wkraczający na scenę – Juan Martin Del Potro. Wojna pokoleń wśród singlistów, wzajemne pretensje o detale nie wróżyły niczego dobrego. Co prawda Nalbandian – wielki fan rajdów samochodowych i Formuły 1 – zdołał „połknąć” Davida Ferrera w pierwszym pojedynku, ale kolejne mecze padły łupem Hiszpanów. Dwaj leworęczni tenisiści: Feliciano Lopez Diaz-Guerra i Fernando Verdasco Carmona okradli z marzeń Manciniego. 3 – 1 dla Hiszpanów. Feli pokonał Delpo w czterech setach. Ktoś w argentyńskim sztabie zapomniał, że wyzwiska kierowane w stronę Verdasco jeszcze bardziej nakręcały zodiakalnego Skorpiona, który uwielbia mieć precyzyjnie określonego wroga. Fernando został bohaterem Hiszpanii. Do spółki z Lopezem pokonał deblową parę: Nalbandian – Calleri, a w meczu o wszystko okazał się lepszym od Jose Acasuso. Alberto Mancini jak niepyszny opuszczał halę Islas Malvinas, która przez 3 dni wyglądała jak wulkan. On, Mancini – odnoszący sukcesy jako trener prowadzący Guillermo Corię, on, który boleśnie przeżył porażkę w finale Pucharu Davisa w Moskwie w 2006 roku, teraz miał wszystkie instrumenty, aby zdobyć upragnione trofeum. Zapomniał tylko o jednej, acz istotnej składowej – atmosferze budującej ducha drużyny. On, który jako tenisista odniósł spektakularne sukcesy: w kwietniu 1989 roku w finale turnieju w Monte – Carlo znalazł sposób na Borisa Beckera, a miesiąc później stoczył porywający bój w Rzymie pokonując w finale Andre Agassiego, żegnał się z reprezentacją. Osiem lat później gratulował rodakom wspaniałego i długo wyczekiwanego zwycięstwa w Zagrzebiu – Argentyna przegrywała w czterech finałach Pucharu Davisa (1981, 2006, 2008, 2011), aby wreszcie dopiąć swego w piątej próbie pokonując w 2016 roku Chorwację 3 – 2. Delpo grał ze złamanym kciukiem i pokonał Cilicia. Szaleństwo…


Dziś prezydentem argentyńskiej federacji tenisowej jest Agustin Calleri, o którym już nikt nie odważy się powiedzieć „El Gordo” (Grubasek), choć w trakcie kariery Agustin dźwigał uroczą beczułkę… Tenże sam Calleri, który zawiódł Manciniego w Mar del Plata w 2008 roku… Pogrzeb i czarna rozpacz w Mar del Plata była zarazem odrodzeniem się argentyńskiej reprezentacji. Pojęli, że ich siłą musi być kolektyw i takowy udało się stworzyć Danielowi Orsanicowi w 2016 roku.

 

Cóż w listopadzie 2008 roku porabiał Horacio Zeballos? Nie ogarnęła go „gorączka złota”, gdyż w porze ekscytacji tenisem w Mar del Plata, on przemieszczał się z meksykańskiego Puebla do peruwiańskiej Limy. I nie szukał w Peru śladów Centralnej Kolei Transandyjskiej zbudowanej pod kierownictwem genialnego polskiego inżyniera Ernesta Malinowskiego, tylko walczył o punkty podczas challengera. Kiedy Mancini ronił łzy w Mar Del Plata, Zeballos usiłował podreperować wątły stan portfela. Porażka w pierwszej rundzie challengera z rodakiem Leandro Miganim sprawiła, że wzbogacił się zaledwie o 520 amerykańskich dolarów… Ot, życie tenisowego wagabundy, który w wieku 23 lat ciułał grosz.

 

Miłość do geografii

 

Podróże kształcą… Pojął to Marco Polo, doskonale wie o tym mama Horacio Zeballosa – Carolina, która jest nauczycielką geografii. A i sam Horacio lubi odkrywać świat. Lodowiec Perito Moreno jest dla Zeballosa najpiękniejszą cząstką przyrody na globie. Jego rywal w finale turnieju ATP w chilijskim Vina del Mar – wracający wówczas po kontuzji lewego kolana – Rafa Nadal – też uważa, że nic nie przebije piękna lodowca położonego nieopodal Lago Argentino… W lutym 2013 roku Horacio walczył jak przystało na zodiakalnego Byka. Z Rafą przebywali na korcie ziemnym przez 2 godziny i 47 minut… Horacio nie popełnił ani jednego podwójnego błędu serwisowego, posłał 12 asów i pokonał fenomenalnego Hiszpana! Zagrał osobliwie, tak nietypowo jak wymawia się jego imię i nazwisko (fonetycznie: orasjo sewaszos)…


To nie był jedyny maraton Zeballosa. W styczniu 2017 roku podczas pierwszej rundy Australian Open Horacio prowadził 2-0 w setach z Chorwatem Ivo Karloviciem. Dwa kolejne Argentyńczyk przegrał i o wszystkim musiał rozstrzygnąć piąty set. 22-20 dla doktora Ivo i Horacio pożegnał się z turniejem singlowym… 5 godzin i 14 minut na korcie!!! Był to najdłuższy mecz w erze zawodowego tenisa podczas Aussie Open pod względem liczby rozegranych gemów. Karlović i Zeballos rozegrali aż 84 gemy. Mecz obfitował w największą liczbę gemów od czasu wprowadzenia tiebreaka (sezon 1972). Horacio i Ivo rozegrali najdłuższy piąty set w historii Australian Open (42 gemy). Karlović posłał 76 asów… Teraz już takich fascynujących maratonów – tasiemców nie będzie. Reforma sprawiła, że singliści będą grać super tiebreaka do 10 punktów jeśli w piątym secie stan rywalizacji będzie brzmiał 6-6 w gemach… A zatem najlepszy polski singlista, wrocławianin Hubert Hurkacz nie będzie musiał walczyć z Chorwatem tak długo jak John Isner i Nicolas Mahut podczas Wimbledonu’2010 – 11 godzin i 5 minut…

 


Zeballos zdał sobie sprawę, że nawet historyczny triumf nad Rafą Nadalem przed sześcioma laty nie oznaczał dla niego przepustki na singlowe salony. W rankingu singlistów dotarł aż na 39 miejsce (4 marca 2013 roku), a więc w korespondencyjnym boju znajdował się o dwie pozycje wyżej od Łukasza Kubota (Polak był 41 rakietą świata 12 kwietnia 2010 roku). W deblu chodzi nade wszystko o zgranie i chemię pomiędzy partnerami. W światku tenisowym istniały i istnieją konglomeraty leworęcznych i praworęcznych deblistów, które okazywały się skutecznym mariażem. Bracia bliźniacy Mike i Bob Bryan to koronny przykład na udaną współpracę lewej i prawej rączki, ale nie trzeba szukać daleko. Leworęczny Horacio Zeballos i praworęczny Chilijczyk Julio Peralta wygrali dwa turnieje w sezonie 2018: w Hamburgu i w Bastad. Jamie Murray (lewa ręka) i Bruno Soares (prawa ręka) wygrali wspólnie aż dziewięć turniejów, w tym dwa wielkoszlemowe Australian Open’2016 i US Open’2016. Leworęczny Amerykanin Eric Butorac wygrywał u boku praworęcznego Hindusa Rohana Bopanny. Eric Butorac i Raven Klaasen (RPA, prawa ręka) wygrywali w Kuala Lumpur, Memphis i Sztokholmie. Osobną kategorią jest para złożona z dwóch leworęcznych tenisistów. Jamie Murray i Eric Butorac wygrali wspólnie 3 turnieje (San Jose, Memphis, Nottingham). Tenis widział już różne dziwactwa, więc połączenie talentu Łukasza Kubota i Horacio Zeballosa może być intrygującą mieszanką podczas tegorocznego Australian Open… Horacio dotarł do trzeciej rundy AO w 2010 roku kiedy grał w parze z rodakiem Leonardo Mayerem. Wówczas argentyński duet pokonał w pierwszej rundzie znakomitą brazylijską parę: Marcelo Melo / Bruno Soares, a w drugiej znalazła sposób na Rosjanina Igora Andriejewa i Kazacha Jewgienija Koroliowa. Argentyńczyków zatrzymał dopiero świetny amerykański debel: Eric Butorac / Rajeev Ram. Był to mówiąc narzeczem tenisowym „ciasny” mecz: 7-6, 4-6, 6-7.


To naturalne, że trudno skupić się na tenisie nawet maniakalnym profesjonalistom, gdy plaża i doskonałe wino kuszą, na scenie w Melbourne Park zmieniają się muzycy podróżujący pomiędzy jazzem a alternatywnym rockiem, ale Australia jest na tyle wyjątkowa, że zrywa z łóżek największych śpiochów. A tenisiści, którzy marzą o sukcesach na turnieju Wielkiego Szlema nie mogą zbyt długo wylegiwać się na pryczy. Bywa i tak, że o godzinie 10 kiedy słońce niemiłosiernie przygrzewa, trzeba wyjść na kort, aby walczyć o awans do kolejnej rundy. Dotyczy to również solidnego i utytułowanego deblisty jakim jest Horacio (posiada 10 skalpów w zawodowej karierze).


Dla Horacio tenis jest profesją, pasją i okazją do poznawania świata. Mama Carolina, nauczycielka geografii, obudziła w nim miłość do odkrywania rozmaitych barw, a tata Horacio marzył o tym, aby syn nie musiał dusić się w sosie własnym. Tata Horacio uczył się grać w tenisa w tym samym klubie, do którego uczęszczał wielki argentyński czarodziej rakiety – Guillermo Vilas. Cóż z tego, skoro Horacio senior nigdy nie mógł rozwinąć talentu na miarę oczekiwań. Grał tylko w Argentynie. Nie było go stać, aby wyściubić nos poza ojczyznę. Przeto obiecał sobie, że uczyni wszystko co w jego mocy, aby dzieci mogły otrzeć się o wielki tenis. Córka Carolina też otrzymała staranną tenisową edukację. Swego czasu głośno było o jej sukcesach odnoszonych w turniejach ITF.


Horacio wie ile trudu rodzice włożyli w wychowanie swoich pociech. Bywa, że pot spływa z niego strużkami po meczu, lecz pomimo marzeń o kąpieli w wannie pełnej kryształków lodu, Zeballos spełnia wszystkie prośby kibiców. Zdjęcia, autografy, rozmowy... Sam Horacio jest królem selfie w ramach ATP World Tour. Cieszy się, że ma pamiątkowe fotki wykonane na korcie z najwybitniejszymi tenisistami świata: Rogerem Federerem, Rafą Nadalem i Novakiem Djokoviciem. Zdjęcia z gwiazdami tenisa są dla niego tak samo wartościowe jak uśmiech po pierwszym turniejowym zwycięstwie w deblu u boku Sebastiana Prieto. Sezon 2010, Buenos Aires. Wygrana w finale z parą niemiecko-australijską: Simon Greul / Peter Luczak. W tymże samym 2010 roku Zeballos i Leonardo Mayer przegrali z deblem: Łukasz Kubot / Oliver Marach w drugiej rundzie Roland Garros. Z kolei w ćwierćfinale US Open’2010 Zeballos i Eduardo Schwank wygrali z parą: Łukasz Kubot / Oliver Marach.

 

W krainie jednoręcznego bekhendu

- Horacio, w 2009 roku byłeś odkryciem sezonu. Przefrunąłeś o 164 lokaty w rankingu, a w rosyjskim Sankt Petersburgu awansowałeś do finału gry pojedynczej. Przegrałeś co prawda batalię o tytuł, ale kwalifikant Sierhij Stachowski postawił wówczas bardzo twarde warunki. W Rosji musiałeś poczuć się wyjątkowo, bo spełniłeś marzenia swojego taty o międzynarodowej karierze…


- To prawda. Byłem zachwycony. Nigdy wcześniej nie awansowałem do finału turnieju ATP. Tata kocha tenis, a ja zakochałem się w tym sporcie mając dwa latka. Pamiętam, że jako dwuletni smyk pragnąłem podnieść rakietę, która była większa ode mnie. To wymagało niezwykłego wysiłku… Z reguły próba była nieudana, więc ciągnąłem rakietę za sobą. Oglądałem wszystkie mecze z udziałem mojego taty. Pałętałem się w klubie tenisowym, w którym trenował i grał mój tata. Przesiąknąłem miłością do tenisa, a nikt nie chciał czynić przykrości maluchowi, więc z biegiem czasu zyskałem spore grono przyjaciół. Miałem wspaniałe dzieciństwo, bo choć brakowało pieniędzy, otaczali mnie serdeczni ludzie. Nie zawężałem się tylko do tenisa, bo z radością biegałem po piłkarskim boisku, uczyłem się pływać, jeździłem na rowerze… Tata lubił mi powtarzać, że mam serce do gry w tenisa, tylko muszę ciężko pracować jeśli chcę odnieść sukces. Uwierzyłem w jego słowa…


- Mama Carolina też z pewnością nie żałuje, że tenis jest twoją profesją, bo możesz zwiedzać świat, poznawać kulturę, uczyć się tolerancji. I czytać więcej aniżeli tylko jeden rozdział w książce, bo jak mawiał święty Augustyn: ten kto podróżuje czyta wiele stron książki, a ci, którzy siedzą w domu czytają tylko jedną kartkę…


- Tak. Rodzice są zachwyceni, bo dzięki mojej mozolnej wspinaczce w rankingu, mogli ze mną podróżować po świecie. Najczęściej wtedy, gdy nie miałem trenera, bo zwyczajnie nie było mnie stać, aby opłacić jego usługi. Tata był wzruszony, a mama wprost tryskała energią, że może odwiedzić kolejny kraj. Ona wie wszystko o geografii świata… To bardzo miłe, bo nawet kiedy spadłem w rankingu na 182 miejsce, mama znajduje czas, aby włóczyć się ze mną po świecie. Czuję się lepiej, kiedy moi najbliżsi są przy mnie. W życiu nie można bać się spełniać swoich marzeń.


- Sporo zyskałeś trenując z fachowcem dużego formatu – Alejandro Lombardo, który przed laty prowadził Sergio Roitmana i mistrza Roland Garros’2004 – Gastona Gaudio. Nawiązaliście współpracę w październiku 2008 roku, byłeś wówczas 340 rakietą świata, a po 6 miesiącach awansowałeś na 150 miejsce. Alejandro rozsiewał magiczny pył wokół ciebie czy to kwestia chemii jaka zrodziła się pomiędzy wami?


- Pracowaliśmy ciężko z Alejandro przez cztery lata. To wybitny fachowiec. Nauczył mnie jak sprawnie poruszać się w gąszczu zawodowego tenisa, kogo słuchać, na co uważać. Oczywiście nie można nie doceniać wkładu taty, bo Horacio nauczył mnie serwisu, bekhendu, forhendu, czopa, slajsa, drajw woleja i dropszotów, ale tata nie mógł ze mną podróżować na każdy turniej. Poza tym nie znał realiów profesjonalnego touru. Nie poradziłbym sobie bez kogoś tak obeznanego z zawiłościami tenisowego życia jak Alejandro Lombardo. Tata zrozumiał, że trzeba znaleźć dla mnie odpowiednią osobę, której będzie można bezgranicznie zaufać. Lombardo był balsamem na duszę, bo miał doświadczenie w pracy ze wspomnianym przez ciebie Gastonem Gaudio, więc nie mogłem trafić lepiej. Zrozumiałem, że współpraca z Alejandro jest wielkim zaszczytem. On nasączał mnie optymizmem, karmił mnie wiarą w możliwości. Przygotowując się do sezonu 2009, wylewałem tony potu, przestrzegałem diety, schodziłem z kortu kiedy zapadał zmrok. Trenowaliśmy przez siedem godzin dziennie. To Alejandro sprawił, że zacząłem wierzyć w to, że mogę rywalizować z najlepszymi.


- Któż tak wypielęgnował twój jednoręczny bekhend, którym zachwycają się fani tenisa na całym świecie? Tata, może Alejandro Lombardo czy były kapitan reprezentacji Argentyny – Martin Jaite, a może były opiekun kadry: Modesto „Tito” Vazquez?


- Kocham sport i od każdego trenera starałem się czerpać jak najwięcej. Uwielbiam progresję, lubię podnosić poziom swojego tenisa, więc każdego dnia chciałbym stawać się lepszym zawodnikiem. Nie ma nic piękniejszego niż wstawać rano z myślą, że mogę nauczyć się czegoś nowego. Jak u Sokratesa. Ferdynand Magellan też pragnął poszerzać wiedzę o świecie… W Argentynie sport jest ważną częścią życia. Fani śledzą nasze zmagania, więc każdy profesjonalista wie jakim zaszczytem jest uprawianie jakiejkolwiek dyscypliny.


- W listopadzie 2008 roku w twoim rodzinnym mieście – Mar del Plata – można było poczuć miłość Argentyńczyków do sportu. Kiedy transportowano legendarne trofeum – Puchar Davisa – ze stolicy Buenos Aires do Mar del Plata – każdy śmiertelnik pragnął dotknąć pucharu jakby kontakt z nim mógł uzdrowić ludzi i wprowadzić ich w stan ekstazy. Kibice, którzy nie zdobyli biletów na finał Pucharu Davisa z Hiszpanią, spali na plaży i bardzo przeżywali to co działo się na Estadio Islas Malvinas, a na twardej nawierzchni pod nieobecność Nadala działy się niewyobrażalne rzeczy. Nalbandian wygrał z Ferrerem, a potem rozpoczął się dramat… Bardzo chciałeś być wówczas z reprezentacją Alberto Manciniego?


- Bardzo chciałem, lecz realia były takie, że nie mogłem przebywać w rodzinnym Mar del Plata, bo grałem w challengerze w Peru. Ciułałem punkty do rankingu, ale oczywiście oglądałem w telewizji wszystkie mecze rozgrywane na Estadio Islas Malvinas. Byłem zrozpaczony, że moim rodakom nie udało się wówczas pokonać Hiszpanów, którzy przyjechali jak się wydawało „osłabieni” brakiem kontuzjowanego Rafy Nadala. Marnym pocieszeniem jest fakt, że leworęczni tenisiści przesądzili o zwycięstwie Hiszpanów (Fernando Verdasco i Feliciano Lopez zdobyli wówczas 3 punkty dla Hiszpanii).


- Mimo wszystko argentyńscy tenisiści to szczęściarze. Podczas prestiżowych spotkań w Pucharze Davisa kibicował wam z trybun genialny piłkarz, Diego Armando Maradona… Tak było chociażby w Moskwie w 2006 roku czy w Zagrzebiu w 2016 roku…


- Tak, Diego to wielki fan tenisa. On naprawdę żyje meczami reprezentacji Argentyny w Pucharze Davisa. Gra w kadrze to ogromny splendor, a jeszcze móc posyłać passing shota z jednoręcznego bekhendu na oczach takiej legendy jak Diego… Sama przyjemność…


- Poczułeś się bosko podczas pamiętnego finału turnieju w chilijskim Vina del Mar kiedy pokonałeś wracającego po kontuzji Rafę Nadala? Wygrać z el manacori w finale turnieju ATP… Podejrzewam, że byłeś tak podekscytowany jakbyś wylądował na Księżycu.


- Byłem najszczęśliwszym tenisistą na naszej planecie kiedy pokonałem Rafę Nadala w finale turnieju w Chile. Podekscytowanie, radość, szaleństwo… Nie wierzyłem, że to wszystko dzieje się naprawdę. Jakbym oglądał film... Wcześniejsze starcie z Rafą na Roland Garros w 2010 roku gładko przegrałem (2-6, 2-6, 3-6). Kiedy przegrałem pierwszego seta w tiebreaku w Vina del Mar, czułem taki potok energii płynący z trybun jakby tysiące kibiców szeptało mi do ucha: nie martw się, masz Rafę w garści, pokonasz go, tylko wytrzymaj presję. Oczywiście, zdaję sobie sprawę, że miejscowi fani zapłacili słono za bilety, więc chcieli, aby mecz trwał jak najdłużej, dlatego dopingowali mnie z całych sił. Biegałem jak szalony do każdej piłki, czułem się jakbym fruwał ponad kortem, jakbym nie dotykał podłoża i wygrałem. Niezapomniane chwile.


- Istnieje opinia, że młode pokolenie argentyńskich tenisistów nie wytrzymuje konkurencji z Corią, Canasem, Gaudio, Nalbandianem. Tamta generacja świetnie spisywała się na różnych nawierzchniach. Nalbandian potrafił błyszczeć na trawie, w hali, na twardym korcie i był też klasycznym „ziemniakiem” (specem od gry na kortach ziemnych). Zgadzasz się z tym poglądem?


- To prawda, że nie możemy równać się z pokoleniem Gastona Gaudio, Guillermo Corii, Davida Nalbandiana. Trudno, aby co chwila w Argentynie rodzili się wielcy tenisiści. Uważam, że dziesięć, jedenaście lat temu mieliśmy świetną kadrę. Uważam jednak, że Federico Delbonis i Leonardo Mayer będą powoli dochodzić do coraz lepszych wyników. Bardzo chciałbym, aby do pełni zdrowia powrócił Juan Martin Del Potro. Sądzę, że jesteśmy na tyle uniwersalni, że będziemy groźni dla najlepszych na każdej nawierzchni.

 


- Co sądzisz o potencjale polskiego tenisa? W 2014 roku przegrałeś z Michałem Przysiężnym w pierwszej rundzie Australian Open.


- Macie naprawdę dobrych tenisistów. Szczerze przyznam, że nie wiem jak wymawiać nazwiska polskich tenisistów. Mam z tym ogromne problemy (śmiech). Janowicz to bardzo solidny tenisista i ogromny talent. Słyszałem, że został tatą! (Horacio tylko raz grał z Jerzykiem – w drugiej rundzie challengera w Genui w 2016 roku. Zeballos też jest ojcem, ma córeczkę Emmę – 2 latka i 8 miesięcy). Kubot potrafił świetnie grać w singla, a udowodnił również, że jest wybornym deblistą. Coś o tym wiem, bo przegrałem z nim dwa razy (śmiech). W 2010 roku Łukasz wygrał ze mną i w Santiago i w Acapulco. Szczególnie ta druga porażka była dotkliwa. (Łukasz pokonał Horacio 6-1, 6-2 w meksykańskim Acapulco). W 2014 roku w Melbourne przegrałem w trzech setach z… ty mi pomożesz jak wymawia się jego nazwisko. Prezinsky?


- Nie przejmuj się. Też mam problem z nazwiskami Argentyńczyków. Mówi się Facundo Banis czy Bagnis?


- O nie, u ciebie jest o niebo lepiej. Bagnis, prawidłowa wymowa. Przysiężny miał niezwykły talent do gry w tenisa. Grał fenomenalnie jednoręcznym bekhendem. Nigdy nie siedziałem w jego głowie, ale wydaje mi się, że on borykał się z tym samym problemem co ja. Mamy problem z odpornością psychiczną. Są dni kiedy możemy zagrać jak z nut i wygrać z Rafą, a bywają takie kiedy przegrywamy z niżej notowanym rywalem, serwis nam nie siedzi, popełniamy masę niewymuszonych błędów i nie ma na to lekarstwa. Wiem, że Michał trenował kiedyś z Federerem. Uważam, że nie ma w tym przesady, że Michał jest nazywany polskim Federerem. Ma niesamowitą lekkość gry. Wielki talent. (Horacio przez grzeczność nie wyznał, że pokonał Michała Przysiężnego w Washington w 2010 roku i podczas challengera w Braunschweig w 2012 roku).


- Horacio, śledziłeś piłkarski mundial rozgrywany w Brazylii w 2014 roku?


- Oczywiście. Nie zbijałem bąków w trakcie MŚ. Grałem w challengerach w Marburgu (w finale Zeballos pokonał Holendra Thiemo de Bakkera) i Braunschweig, a następnie przeniosłem się do holenderskiego Scheveningen. Zbieraliśmy się w pięciu, sześciu Argentyńczyków w pokoju hotelowym i kibicowaliśmy naszej drużynie. Podczas pobytu w Scheveningen wpadliśmy na pomysł, aby pójść wspólnie z kolegami obejrzeć półfinał w restauracji, ale doszliśmy do wniosku, że to kiepskie rozwiązanie. Oglądać mecz w towarzystwie Holendrów? W półfinale Argentyna grała z ekipą Louisa van Gaala, więc w razie zwycięstwa naszych, musielibyśmy dysponować bardzo szybkim obuwiem (śmiech). Wybraliśmy zaciszny hotelowy pokoik, atmosfera była kapitalna, a po rzutach karnych wrzeszczeliśmy ze szczęścia (śmiech). Moje serce było na skraju wyczerpania. Waliło mi tak, że nawet perkusista Vinnie Colaiuta nie wybiłby takiego rytmu na garach. Niesamowite emocje. Większe niż podczas tenisowego meczu.


- A w finale kiedy Argentyna grała z Niemcami musiałeś zażywać leki czy zasnąłeś spokojnie?


- Wtedy znalazłem się w fatalnej sytuacji, bo w dniu finału MŚ w piłce nożnej, brałem udział w meczu tenisowej Bundesligi. Nie miałem obok siebie żadnego rodaka. Oglądałem finał w towarzystwie Niemców, więc siedziałem cicho jak mysz pod miotłą. Byłem cały zatroskany. Nie wiedziałem co z sobą zrobić kiedy nasi nie wykorzystali dogodnych sytuacji pod bramką Niemców. Byłem bardzo zasmucony i zdenerwowany końcowym wynikiem, ale jestem dumny z naszych chłopców, bo nikt nie spodziewał się takiego wyniku. W końcu Argentyna sięgnęła po wicemistrzostwo świata, a to jakby nie patrzeć, powód do dumy.


Horacio… Włóczył się po zapomnianych przez Boga turniejach. Futuresy i challengery w Kolumbii, Meksyku, Paragwaju, Ekwadorze, Argentynie, Francji, Finlandii, Czechach, Słowacji, Włoszech. W miejscach, które wywołują ból brzucha i stres większy niż u himalaisty wchodzącego zimą na Nanga Parbat… Zeballos przetrwał. W 2011 roku wygrał finał debla w Monachium grając w parze z Simone Bolellim. W tymże samym roku podczas challengera w Szczecinie w drugiej rundzie Horacio Zeballos pokonał Marcina Gawrona. W tenisowej szatni mawia się, że dobrze gdy na turniej przyjeżdża Horacio Zeballos, bo on pozwala wierzyć, że świat nie składa się tylko z punktów do rankingu, premii finansowych i players’ party…