29-letni zawodnik Warty Poznań to jeden z najlepszych polskich kanadyjkarzy w ostatnich latach, dwukrotny olimpijczyk i wicemistrz Europy z 2015 roku. Ale ostatni sezon nie był dla niego udany. W krajowej rywalizacji musiał uznać wyższość kolegów z kadry, na mistrzostwach świata w nieolimpijskiej konkurencji C1 na 500 m był szósty, a w czwórce na 500 m uplasował się na siódmej pozycji.
 
Brak startów na dystansach olimpijskich na najważniejszych imprezach oznaczał utratę stypendium - ministerialnego, a także z Urzędu Miasta Poznania. Kaczor nie krył rozczarowania brakiem wsparcia ze strony władz Polskiego Związku Kajakowego.
 
"Po cichu liczyłem na pomoc ze strony związku, wstępnie była taka deklaracja, ale nie padła żadna konkretna propozycja. Prezes Tadeusz Wróblewski obiecywał spotkanie, ale do niego nie doszło. Przykro mi, że tak wyszło po tylu latach, w których osiągałem niezłe wyniki. Jeśli chodzi o jedynkę na 1000 metrów zawsze prezentowałem jakiś poziom, nigdy nie spadałem poniżej szóstego miejsca światowej czołówki" - powiedział poznański kanadyjkarz.
 
Brak finansowania sprawił, że zaczął poważnie zastanawiać się nad zakończeniem sportowej kariery.
 
"Miałem jakieś oszczędności, jesienią udało mi się zarobić trochę pieniędzy na zawodach superpucharu w Chinach i Rosji. Ale też nie można cały czas żyć z oszczędności. Na początku była opcja, że rzucam kajakarstwo, kończę studia i szukam pracy" - dodał.
 
Ostatnie tygodnie starego roku spędził na... fermie indyków w Anglii i - jak zdradził - był to dla niego jeden z najtrudniejszych momentów w życiu.
 
"Wolałbym sto razy zaliczyć najcięższy trening niż siedzieć tam i pracować po 12 godzin. Mój znajomy, który często tam dorabia, już wcześniej mi proponował wyjazd. W końcu się zgodziłem. Ciężko mi nawet mówić o tym, co robiłem. Generalnie zabijaliśmy indyki, pracowaliśmy przy pakowaniu i wysyłce, czasami jeździliśmy na tzw. łapanki. Jak zobaczyłem warunki, w jakich będziemy mieszkać, załamałem się. Czy warte to było tych pieniędzy? Chyba tak, takiej sumy w Polsce w miesiąc się nie zarobi. Tylko że osoby słabsze psychicznie nie dawały rady" - opowiadał.
 
Krótko po przylocie do Anglii dostał telefon od byłego trenera polskiej kadry kanadyjkarzy Marka Plocha, który od ubiegłego roku pracuje z reprezentacją Chin.
 
"Zapytał mnie, czy nie chcę przylecieć do niego do Chin i trenować z jego zawodnikami i jednocześnie zostać jednym z jego asystentów. Byłem mocno zaskoczony tą propozycją. Będąc w kadrze nie trenowałem w grupie z trenerem Plochem, bo miałem indywidualny tryb przygotowań. Miał więc innych zawodników, który znał lepiej, ale zadzwonił do mnie. Jestem mu ogromnie za to wdzięczny, bo w sensie sportowym uratował mi tyłek" - przyznał.
 
To nie on jednak zadecydował o wylocie do Azji, ale decyzję pozostawił żonie Sandrze. Trudno się dziwić, bowiem mają dwójkę małych synów i ich wychowanie przez najbliższe miesiące miało spocząć na jej barkach.
 
"Była trochę zszokowana, jak jej powiedziałem o tej propozycji. Przespała się z tym, a na drugi dzień to ja byłem w ciężkim szoku, gdy oznajmiła mi, że nie mam się co zastanawiać, tylko powinienem lecieć do Chin. Nie ukrywam też, że ta oferta od strony finansowej była też bardzo atrakcyjna" - podkreślił.
 
Kaczor od tygodnia trenuje z Chińczykami, ale jak przyznał, miał nieco dłuższy rozbrat ze sportem i dopiero powoli wdraża się w nowy system pracy.
 
"Trener Ploch powiedział mi, że nie mam na razie co szaleć, ale spokojnie wprowadzać się w trening. Staram się jednak podpatrywać Chińczyków i wykonywać wszystkie rzeczy mniej więcej tak jak oni. On zdaje sobie sprawę, że może być mi ciężko, bo byłem przyzwyczajony do trochę innego stylu pracy. Ale ja dla Chińczyków mam być wzorem do naśladowania i też nie chcę zawieść trenera" - wyjaśnił.
 
Jak zaznaczył, opinie jakie krążą na temat ciężkiej pracy chińskich sportowców nie są wydumane. Obowiązuje dyscyplina, a na treningach nie ma miejsca na demokrację czy wymianę poglądów ze szkoleniowcem.
 
"Jest taki reżim i nie ma takich sytuacji, że zawodnik przychodzi do trenera i mówi, że coś mu się nie podoba. Zawodnik musi wykonać określona pracę. Jak mu się nie podoba, to wylatuje z reprezentacji. Ćwiczenia nie są może trudniejsze, ale nie ma tutaj słowa 'nie mogę'. Jeśli na siłowni mam zrobić sześć powtórzeń ze sztangą, to muszę to wykonać. Gdyby w Polsce zawodnik odłożył sztangę po czwartym powtórzeniu, bo stwierdził, że nie daje rady, to pewnie by mu odpuszczono. Tutaj nie ma takiej możliwości" - powiedział.
 
Pierwszym sprawdzianem dla niego będą krajowe regaty eliminacyjne, które w maju rozegrane zostaną w Poznaniu. To wyniki z tych zawodów będą postawą powołań do kadry na zawody Pucharu Świata. Docelowo liczy na udział w tegorocznych mistrzostwach świata, gdzie zawodnicy oprócz medali, będą rywalizować o kwalifikacje olimpijskie.
 
"Na pewno będę musiał wygrać na jedynce, jeśli będę chciał startować w reprezentacji. Jeśli mi się nie uda, trudno, będę dalej pracował i trenował w Chinach" - tłumaczył.
 
Rozłąka z Polską nie będzie jednak długa, bowiem Kaczor po regatach na dłużej zostanie w rodzinnym mieście. Pod koniec maja na Torze Regatowym Malta odbędzie się Puchar Świata, a reprezentacja Chin właśnie w stolicy Wielkopolski będzie się przygotowywać do tej imprezy.
 
Kaczor jako asystent Plocha jest opiekunem chińskiego kanadyjkarza Zhenga Pengfei. Niewykluczone, że już w tym roku będzie rywalizował z nim na jednym torze w zawodach Pucharu Świata czy mistrzostwach globu. Zawodnik Warty zapewnił, że w tym przypadku nie będzie konfliktu interesów.
 
"Rozmawialiśmy nawet na ten temat i trener Ploch zażartował, że może na igrzyskach w Tokio uda mu się upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Dla mnie osobiście taki wspólny trening może przynieść wiele korzyści" - podsumował kanadyjkarz.