Bożydar Iwanow: Pochodzisz z Nowego Sącza, gdzie swoje kariery rozpoczynali tacy piłkarze jak Piotr Świerczewski, Maciej Korzym czy Dawid Janczyk. Czy ta trójka – pomijając pozaboiskowe problemy tego ostatniego – była dla ciebie wyznacznikiem drogi, jaką chciałeś pójść?
 
Miłosz Szczepański: Szczerze mówiąc nigdy w ten sposób o tym nie myślałem. Nie byli oni moimi idolami z dzieciństwa, mimo, że wszyscy to bardzo dobrzy piłkarze. Podziwiałem raczej Stevena Gerrarda z Liverpoolu. Zresztą jak byłem młody graliśmy jeszcze w Dunajcu ustawieniem 1-4-4-2, tak jak „The Reds” w tym czasie. Dziś jednak moim idolem jest Philippe Coutinho z Barcelony.
 
Jak trafiłeś do Akademii Legii Warszawa?
 
Odkrył mnie Radosław Kucharski (dziś dyrektor sportowy Legii Warszawa - przyp. BI). Zostałem zauważony podczas meczów kadry województwa. Zaproszono mnie na testy, wpadłem w oko i zostałem. Miałem wtedy 15 lat.
 
Nie masz wrażenia, że wielu chłopaków z twojego rocznika, albo trochę starszych lub młodszych, nie dostało prawdziwej szansy w Warszawie w pierwszym zespole? Kilku z nich gra teraz gdzieś indziej, że wspomnę chociażby Sebastian Walukiewicza?
 
Trudno mi się na ten temat wypowiadać. Na pewno przewinęło się tam sporo utalentowanych piłkarzy, którzy być może daliby sobie radę w Legii. Nie dostali jej, także i ja. Żalu jednak żadnego nie ma. Cieszę się, że trafiłem do Rakowa. Gram w najlepszej drużynie 1. ligi i dobrze się rozwijam. To była dla mnie pozytywna zmiana.
 
Ale na początku swojego pobytu w Częstochowie grałeś niewiele. Dlaczego?
 
Fakt, na pewno nie było „kolorowo”. Przede wszystkim musiałem nauczyć się taktyki, która wcale nie była taka łatwa do przyswojenia. Poza tym przestawić z gry juniorskiej na seniorską... Uświadomić sobie, czego mi brakowało przez te pierwsze miesiące, co nie pozwalało mi grać. Tu znacznie więcej się biega, trzeba mieć szybszą reakcję po stracie piłki. Zdarzało mi się też „wyłączać” z gry. Teraz też mi się to zdarza, ale staram się to eliminować.
 
To prawda, że masz dość niepokorny charakter? Może „góralski”?
 
Jestem osobą szczerą, wolę powiedzieć co myślę niż kogoś okłamywać. I tak samo w drugą stronę, wolę usłyszeć prawdę od tego, co nie ma miejsca.
 
To trafiłeś na właściwego trenera. Marka Papszuna cechuje podobna filozofia.
 
Na pewno. Ale dobrze dogaduje się także z całym zespołem. Funkcjonujemy jako drużyna nie tylko w czasie meczów.
 
Czy to prawda, że twój tata także grał w piłkę?
 
Tak, był w Sandecji na poziomie 1. ligi, grywał na stoperze albo defensywnego pomocnika. Brat zresztą też, poza Sandecją był również w Stali Mielec. Również występował w środku pola, na „6” albo „8”. Ja jestem z całej rodziny najbardziej „ofensywny”. Wzrost nie pozwolił mi na walkę w powietrzu. Ale dał mi coś innego.
 
Co?
 
Przegląd pola, dysponuję dobrym strzałem.
 
Ale decyzje życiowe pomaga ci podejmować nie tylko ojciec, ale i mama...
 
Z obojgiem rodziców staram się konsultować moje „ruchy”. Mam z nimi bardzo dobry kontakt, zawsze dobrze mi poradzą. Temat Rakowa konsultowałem też oczywiście z moim menedżerem. Uznaliśmy, że to dobre miejsce na fajną ścieżkę rozwoju. Ta drużyna chce grać w piłkę. To mnie skusiło.
 
Twój najlepszy mecz w karierze to rewanżowe spotkanie UEFA Youth League w Amsterdamie przeciwko Ajaksowi w zespole U19 Legii Warszawa czy spotkanie Pucharu Polski z Lechem, które okrasiłeś zwycięskim golem?
 
Zdecydowanie to drugie. To jeden z moich najlepszych meczów w karierze. Mimo, że to spotkanie z młodzieżą Ajaksu i fakt, że ją pokonaliśmy to także wydarzenie, to jednak była piłka juniorska. Jest ona inna. Teraz widzę ogromną różnicę.