70-letni George Foreman (dziesiątego stycznia obchodził okrągłe urodziny) tylko się uśmiecha, gdy słyszy takie dyskusje. Był mocarzem ringów, mistrzem świata królewskiej kategorii w jej złotej erze. Wygrał 76 walk, w tym 68 przez nokaut. Ale pięć pojedynków przegrał. W tym ten najważniejszy, w Kinszasie z Muhammadem Alim w 1974 roku, przez nokaut w ósmej rundzie.

 

Wtedy był przekonany, że to on będzie górą. – Sądziłem, że w drugiej rundzie będzie po wszystkim – powie po latach w wywiadzie dla japońskich mediów.

 

Ci, którzy go pamiętają ze starych czasów mówią, że był oschły, szorstki i chwilami chamski. Słynny dramaturg, Norman Mailer, który opisywał jego walkę z Alim w Kinszasie wspomina, że jak się wtedy spotkali, to Foreman powiedział: - Nie podam Ci ręki, bo trzymam ją w kieszeni.

 

Pierwszy raz zakończył karierę w 1977 roku po przegranej z Jimmy Youngiem. Dziesięć lat był kaznodzieją. Wrócił na ring już jako inny człowiek. – Był starszy, cięższy i wolniejszy, ale boksersko lepszy. Myślał i wykorzystywał to w walkach, inteligentnie rozpracowując swych przeciwników. Tak jak chociażby Michaela Moorera w 1994 roku, któremu odebrał mistrzowskie tytuły -  wspomina Thomas Hauser, znany amerykański dziennikarz piszący o boksie.

 

Ali mówił, że ten drugi Foreman był pod każdym względem wyjątkowy. - Tamtą nienawiść do innych zostawił gdzieś daleko, był głęboko ludzki i pokojowo nastawiony do każdego. Nigdy wcześniej, ani później kogoś takiego nie spotkałem – twierdził „Największy”.

 

Po latach, gdy film o ich walce z Kinszasie ("Kiedy byliśmy królami") otrzymał zasłużonego Oscara, schorowany Ali, wspierając się na ramieniu Foremana nie wyglądał już na zwycięzcę, gdy wspólnie odbierali nagrodę Akademii.

 

W 2020 roku planowana jest premiera musicalu Davida Sonenberga oparta na tym wydarzeniu. Ali już nie żyje, ale „Big George” wciąż jest w świetnej formie. I gdy mówi, że czasami gdy uderza w bokserski worek czuje dawną siłę, można mu wierzyć.

 

Komentowałem jego ostatni pojedynek w karierze z Shannonem Briggsem. Miał wtedy 47 lat i dał przyszłemu mistrzowi lekcję boksu. Sędziowie wypunktowali wprawdzie porażkę Foremana, ale się tym nie przejął, zbyt dobrze znał zasady obowiązujące w tym biznesie. Kandydat na czempiona wchodził do elity po plecach starego mistrza. Obrazek jak z filmu. - A że przy tym zapłacili 5 mln dolarów, to do kogo mogę mieć pretensję – mówił wtedy amerykańskim dziennikarzom.

 

Kiedy już zawiesił rękawice na kołku, dalej głosił kazania i wziął się za biznes. Sprzedał 1,2 mln grilli na całym świecie i zarobił więcej niż w ringu. Świetnie sprawdził się też w telewizji, wszyscy go kochają i szanują. Gdy kiedyś Larry King zapytał go w swoim programie, co było jego największym atutem w bokserskiej karierze, odpowiedział: - Nigdy się nie cofałem.

 

Powinien jeszcze dodać mordercze uderzenie. Coś mógłby o tym powiedzieć Joe Frazier, który w Kingston na Jamajce w starciu z Foremanem padał sześć razy, a walka zakończyła się już w drugiej rundzie. Był rok 1973, pięć lat po olimpijskim triumfie w Meksyku, gdzie pokonał (na punkty) Lucjana Trelę, George Foreman został zawodowym mistrzem świata.

 

Czy w swojej najlepszej formie pokonałby Anthony’ego Joshuę, czy dałby radę Wilderowi? Nikt na takie pytania nie da zdecydowanej odpowiedzi, ale ja stawiałbym na Foremana, choć Joshua i Wilder mają po dwa metry. Z braci Kliczko szybciej poradziłby sobie z Władymirem, a z Witalijem zapewne stoczyłby dramatyczny bój. Tak jak Lennoks Lewis ze starszym z Ukraińców w Los Angeles w 2003 roku. Tacy jak Foreman wygrywaliby w każdej epoce.