Arbitrzy nie mieli wątpliwości, tak jak większość obserwatorów i komentatorów pojedynku. Dwóch sędziów punktowało 116:112 dla Alvareza, a Lisa Giampa 120:108 nie dając Kolumbijczykowi nawet jednej rundy. Alvarez, który mistrzem świata był tylko pół roku powiedział, że nie czuje się przegrany, ale akceptuje werdykt. Nie sądzę jednak, by miał na myśli ten ostatni, pani Giampa, z którym trudno się zgodzić.

 

Statystyki komputerowe też nie pozostawiają wątpliwości, kto był lepszy, ale to wcale nie był łatwy pojedynek dla Kowaliowa, który zmienił trenera i musiał pamiętać, że 4 sierpnia ubiegłego roku został znokautowany przez Alvareza w siódmej rundzie. A po sześciu prowadził wtedy u wszystkich sędziów.

 

W rewanżu też był taki moment, kiedy wydawało się, że Rosjanin słabnie i może mieć poważne problemy w końcowej fazie walki. Jeśli nawet tak było, to  ostatnie rundy temu przeczą, bo wyższość Kowaliowa  nie pozostawiła wątpliwości, kto bardziej zasłużył na mistrzowski pas.

 

- Ja boksowałem, a on polował na potężne uderzenie – powiedział już po ogłoszeniu werdyktu 35-letni Kowaliow. -  Tylko raz poczułem się zraniony, gdy włożył mi kciuk w oko – dodał Rosjanin.

 

Faktycznie „Krusher” walczył mądrze, oszczędnie gospodarując siłami. Miał problemy z ciosami na korpus, które zadawał rok młodszy Alvarez, ale nie na tyle, by przesądziły o losach walki. Kiedy Kolumbijczyk mieszkający w Montrealu ruszył do ataku pokazał, że potrafi utrzymać go na dystans i skontrować, a później przejść do kontry. W decydujących rundach jego lewy prosty był skuteczniejszy, podobnie jak kombinacje ciosów, którymi rozmontował byłego już czempiona.

 

Po wygranej Kowaliowa, który po raz trzeci w karierze został mistrzem świata, waga półciężka mówi już jednym, rosyjskim głosem. To pierwszy taki przypadek w historii zawodowego boksu. Mistrzami tej kategorii są bowiem dwaj rodacy „Krushera”, Dmitrij Biwoł (WBA) i Artur Beterbijew (IBF), oraz Ukrainiec Ołeksandr Gwozdyk (WBC).

 

W innych walkach faworyci nie zawiedli. 21-letni Amerykanin Teofimo Lopez (waga lekka), który w siódmej rundzie znokautował swojego rodaka Diego Magdaleno, wyrasta szybko na gwiazdę tej dyscypliny. W tej kategorii pochodzący z Ghany Richard Commey w drugim starciu znokautował Rosjanina Isę Czanijewa i jest już mistrzem IBF, a 12 kwietnia w Los Angles zmierzy się w unifikacyjnym boju z samym Wasylem Łomaczenką.

 

Z bardzo dobrej strony pokazał się też Oscar Valdez Jr, mistrz WBO wagi piórkowej. Meksykanin wrócił na ring po blisko rocznej przerwie. W poprzednim pojedynku z Anglikiem Scottem Quiggiem doznał złamania szczęki, dlatego kuracja trwała tak długo. On też zmienił trenera i swoją postawą w starciu z Włochem Carmine Tommasone pokazał, że wiedział co robi. W siódmej rundzie, gdy sędzia ringowy Mark Nelson zatrzymał pojedynek, było już po wszystkim. 

 

- Nie przyleciałem tu na wakacje, czułem że mogę walczyć, ale sędzia miał inne zdanie – mówił włoski pięściarz, ale dodajmy od razu, że decyzja sędziego była słuszna i Tommasone powinien być mu wdzięczny.

 

Oscar Valdez Jr pytany o najbliższe plany odpowiedział, że jest gotowy na każdego w wadze piórkowej i będzie teraz mierzył w pojedynki unifikacyjne. Wygląda na to, że dotrzyma słowa i wyczyści tę kategorię, bo ma wystarczająco mocne argumenty.