Ze słów Kamila można było odczytać, że wygraną w szatni ASM przyjęto bardziej z ulgą niż z euforią czy radością. – Krok po kroku uda nam się wreszcie odbudować zespół – zaznaczył.
 
Pewnie Kamil nie zna źle wróżących statystyk. I na całe szczęście – bo okazuje się, że od 1958 roku nikomu w Ligue 1 nie udało się uratować ligowego bytu, jeśli na tym etapie rozgrywek zajmował przedostatnie miejsce w tabeli z takim dorobkiem, jaki po 22 kolejkach miało Monaco (tylko 15 punktów). Po meczu z Tuluzą Glik i koledzy przesunęli się przed Amiens, ale tylko dzięki minimalnie lepszemu bilansowi goli. Postawa Amiens czy Caen (17. miejsce) to jakaś nadzieja dla ASM, bo te drużyny też kuleją i mają duże kłopoty.
 
Ostatnie mercato w małym księstwie znów obfitowało w liczne zmiany. Sprzedano aż ośmiu piłkarzy, sprowadzono dziewięciu. Prawdopodobnie personalnej zmianie ulegnie cała lewa strona drużyny, a wszystko to ma dać stabilniejszą grę i zdobywanie punktów. Jednak najważniejszym „transferem” jest... powrót Leonardo Jardima. Ma oczyścić atmosferę, bo Thierry Henry nie znalazł wspólnego języka z grupą starszych i bardziej znaczących dla zespołu piłkarzy, do której zalicza się oczywiście i Glik.
 
Co może jeszcze cieszyć po ostatnim meczu ligowym? To, że Cesc Fabregas i Aleksander Gołowin znaleźli się w „11” kolejki. Kamil Glik dostał na to za niską notę – 6 to było najwyżej w bloku obronnym, ale jednak do „11” kolejki okazało się za mało.
 
Cały czas mówimy o aspekcie sportowym, ale kto wie, czy w najbliższych miesiącach, ba, nawet latach najważniejszą zmianą będzie ta we władzy AS Monaco. Najstarszy syn księżniczki Stefanii Ludwik Ducruet został zatrudniony na stanowisku zastępcy wiceprezydenta i dyrektora generalnego Wadima Wasiljewa (formalnie prezydentem klubu jest jego właściciel Dmitrij Rybołowlew, ale to Wasiljew zajmuje się codziennym zarządzaniem). Po cichu mówi się, że Ludwik Ducruet będzie swego rodzaju „wtyczką” księcia Alberta. Pałac książęcy w ASM ma tylko 10 procent udziałów, ale jak widać wciąż jego słowa wiele znaczą w klubie.
 
Zachowania Ludwika to zaprzeczenie dotychczasowego, dość zabawowego i momentami rozwiązłego stylu życia towarzyskiego dworu w Monako. Jest człowiekiem bardzo ambitnym i raczej mało wylewnym, nad wyraz dojrzałym jak na swoje 26 lat. Na zbliżający się ślub zaprosił wszystkich piłkarzy ASM, a będzie to wydarzenie ogromnej rangi. Proszę sobie wyobrazić, że dopiero po raz pierwszy od 1956 roku, kiedy to w związek małżeński wstępowali książę Rainier III i Grace Kelly, uroczystość odbędzie się w tutejszej katedrze ze wszystkimi atrybutami przynależnymi rodzinie władającej małym księstwem. Choć Ducruet w kolejności do sukcesji tronu jest dopiero... czternasty!
 
To rodowity monakijczyk. W 2015 roku kształcił się na uniwersytecie Western Carolina w USA, gdzie zrobił dyplom z zarządzania sportem. Potem zajął się profesjonalnym scoutingiem w piłce nożnej. Książę Albert może na nim polegać jak na mało kim, co oczywiście w próbie opanowania bałaganu w AS Monaco ma ogromne znaczenie. Rosjanie, którzy są winni choćby ostatniego zamieszania z Thierrym Henrym i zbyt pochopnego rozsprzedawania znaczących zawodników, oczywiście dziś obarczani są główną odpowiedzialnością za to, co dzieje się z drużyną w obecnym sezonie. I nie jest to bynajmniej specjalnie sympatyczne dla wizerunku małego księstwa. 
 
Wprowadzenie do klubu Ludwika może oznaczać chęć odebrania przynajmniej części wpływu „zewnętrznych” sił na funkcjonowanie ASM, aczkolwiek całkowite jego odzyskanie jest dziś niemożliwe. Księcia Alberta po prostu nie stać na zapewnienie takiego poziomu funkcjonowania finansowego, na jaki może sobie pozwolić Rybołowlew.
 
Tym niemniej poczynania Ludwika Ducrueta, który zawsze uważał się za kibica numer jeden czerwono-białych, mogą wpłynąć na stabilizację klubu i drużyny, w co zapewne mocno wierzy książę Albert.