Tym razem cieszył się ten, który miał przegrać, 30-letni Amerykanin Cancio. Na ringu w kalifornijskim Indio, tytułu mistrza regularnego WBA w wadze superpiórkowej po raz trzeci bronił boksujący z odwrotnej pozycji Machado. Wydawało się, co zresztą potwierdzały notowania bukmacherów, że rozprawi się z niższym o 10 cm przeciwnikiem szybko i rozpocznie negocjacje z Gervontą Davisem, który w innym kalifornijskim mieście, Carson, walczył tej samej nocy z Meksykaninem Hugo Ruizem i znokautował go w pierwszej rundzie.
 
Davis jest prawdziwym mistrzem WBA w wadze superpiórkowej, jego starcie z Machado, czempionem regularnym, z pewnością cieszyłoby się dużym zainteresowaniem. Taka rozważania można było jednak snuć tylko na początku walki Portorykańczyka z Cancio. W pierwszym starciu Machado rzucił bowiem rywala na deski lewym podbródkowym i scenariusz, że skończy pojedynek równie szybko jak Davis był realny. Ale finał był zupełnie inny. 
 
Cancio nie jest pierwszym, który pokazał, że w boksie nie ma pewniaków. Skrócił dystans, dobrał się do skóry faworytowi i wykończył go ciosami na korpus w czwartym starciu. Wyglądało jakby Machado miał wszystkiego dość po kilku mocnych uderzeniach, które otrzymał. Być może zbijał zbyt wiele kilogramów, tego na dziś nie wiadomo, ale był cieniem tego Machado, który wcześniej szedł od zwycięstwa do zwycięstwa.
 
Jego słowa, że chce jak najszybciej zmienić kategorię na wyższą nie brały się z niczego.
 
W niczym nie umniejsza to jednak uznania dla chyba trochę niedocenianego Kalifornijczyka Cancio, który płakał ze szczęścia już chwilę po tym, gdy Raul Caiz Jr zatrzymał pojedynek. Nie wiem, co „El Chango” (Dzikus) myślał przed pierwszym gongiem, ale wierzę gdy mówił, że bardzo chciał wygrać. – W innym wypadku nie wziąłbym tej walki – argumentował.
 
Początkowo kłopoty miał też inny niepokonany mistrz świata, Rey Vargas, posiadacz pasa  WBC wagi superkoguciej. W pierwszej rundzie leżał na deskach po lewym sierpowym mało znanego Franklina Manzanilli z Wenezueli, ale szybko się pozbierał i już do końca 12 rundowego pojedynku dyktował warunki, choć rywal nie przebierał w środkach szukając szansy na zwycięstwo. Meksykanin wygrał wysoko, teraz jak twierdzi chciałby zmierzyć się ze swoim rodakiem, Leo Santa Cruzem, mistrzem wagi piórkowej. Nie wiem czy zdąży, bo Santa Cruz przebąkuje o przenosinach do wyższej kategorii.
 
W Indio z dobrej strony pokazał się były pretendent do tytułu w wadze piórkowej, Joseph Diaz Jr, który tym razem walcząc w kategorii superpiórkowej wyraźnie pokonał solidnego weterana Charlesa Huertę. 26 letni Kalifornijczyk meksykańskiego pochodzenia mógłby teraz sprawdzić nowego czempiona WBA regular Cancio. I myślę, że mógłby mu ten pas szybko odebrać.