Kwestią czasu jest, kiedy żelaźni kandydaci do tytułu wyskoczą z usprawiedliwieniami o przemęczeniu ligowym sezonem, postępującej komercjalizacji sportu, która piłkę zamienia w rywalizację robotów. Ale czy to wina uczciwie harujących Islandczyków, że marzeń o Euro wpierw pozbawili Holendrów, a już a turnieju przyprawiają Cristiano Ronaldo o białą gorączkę? Czy to wina Słowaków, że widowiskowość gry Rosjan porównywalna jest z konstrukcją rolniczego cepa? A może Irlandczycy z Północy powinni dobrowolnie zrezygnować z udziału w mistrzostwach, by nie ośmieszać puszących się Ukrainców? A może powinniśmy zabronić walecznym Albańczykom walczyć do upadłego z Francuzami, by ci mieli usłaną różami drogę do finału?

 

Już eliminacje pokazały, że zabawa wymyślona przez Michela Platiniego jest całkiem sensowna. Nie licząc prowincji, które łatki piłkarskiej prowincji na pewno się nie pozbędą (Gibraltar, San Marino, Malta) nie oglądaliśmy wybitnie jednostronnych spotkań. Już wtedy rozpalała nas grupa, w której Islandczycy rozstawiali po kątach Holendrów, Turków i Czechów. Weźmy naszą grupę; pamiętacie, by w eliminacjach mistrzostwie świata Niemcy dostali dwa razy łomot od dużo słabszych przeciwników i do końca drżeli o pierwsze miejsce w grupie?

 

Z jednej strony narzekamy na nudę wywołaną monopolem potęg. Czy to futbol klubowy, czy reprezentacyjny, hierarchia nie zmienia się od lat, rządzą wciąż te same kraje i kluby. Bogaci jeszcze bardziej się bogacą, futbol peryferyjny traci dystans, rozwarstwienie jest coraz większe. Piłkarska mamona obraca się wciąż w tych samych rękach, wyselekcjonowana przed laty elitarna grupa piłkarzy-produktów krąży między największymi firmami, reszta patrzy i się oblizuje.

 

Ktoś powie: kapitalizm, rynkowe zasady, nikt nikomu nie zabroni aspirować. Tylko jak robić to w świecie rozparcelowanym na bliskowschodnich bogaczy płacących petrodolarami, których interesują tylko największe kluby i piłkarze. Jedynymi wyjątkami ostatnich lat są klubowe drużyny Atletico Madryt i Leicester. A i te nie, bo przecież w jedną pompują pieniądze Azerowie, w drugą Tajlandczycy.

 

Właśnie dlatego pomysł Platiniego, by rozszerzyć Euro uważam za trafiony. Niby blisko połowa zrzeszonych w UEFA federacji ma swoją drużynę w turnieju głównym, ale czy przynoszą one wstyd? Czy kibice odwracają się na widok słabych, czy wręcz przeciwnie, wspierają ich, by utarły nos krezusom?

 

Beneficjentami tej reformy są również Polacy. Lewandowskiego, Krychowiaka, Szczęsnego Europa już zna, ale kto usłyszałby o Pazdanie, Jędrzejczyku, czy Kapustce, gdyby nie Euro. Czy wielkie sportowe tytuły rozpisywałaby się o dyscyplinie taktycznej zespołu Adama Nawałki, gdybyśmy przerżnęli eliminacje rozgrywane według starych reguł.

 

Sprawa jest oczywista, tłuste koty mają się z pyszna, wcale nie dlatego, że ktoś dosiadł się do ich stołu. One po prostu się boją, że ktoś ich skompromituje, a przy okazji dorwie się do ich kasy.

 

KLIKNIJ I POLUB POLSATSPORT.PL NA FACEBOOKU!