Polscy piłkarze nigdy wcześniej nie wyszli z grupy w finałach mistrzostw Europy, czterokrotnie rozegrali natomiast czwarty mecz w finałach mistrzostw świata. Co ciekawe, aż trzy z tych czterech spotkań były meczami drugiej fazy grupowej turnieju, tylko raz - w 1986 roku - biało-czerwoni w czwartym meczu zagrali w fazie play-off.

 

Polska - Szwecja 1:0 [1974]

 

Polacy w efektownym stylu przeszli fazę grupową mistrzostw świata 1974 (3:2 z Argentyną, 7:0 z Haiti i 2:1 z Włochami), stając się rewelacją tamtej imprezy. Czwarte spotkanie na turnieju w RFN, będące jednocześnie pierwszym meczem drugiej fazy grupowej, okazało się najsłabszym występem biało-czerwonych. W konfrontacji ze Szwecją nie zagrał Adam Musiał, który zbyt długo świętował zwycięstwo nad Włochami i został odsunięty przez trenera Kazimierza Górskiego, a jego miejsce zajął Zbigniew Gut.

 

Polaków w końcówce dopadł wyraźny kryzys fizyczny i z trudem zdołali przetrwać napór rywali. Mieli jednak szczęście. W 43. minucie meczu, po podaniu głową Andrzeja Szarmacha, a piłkę do siatki rywali - również głową wepchnął Grzegorz Lato.

 

Druga połowa spotkania to popis bramkarza Jana Tomaszewskiego, który obronił rzut karny egzekwowany przez Jana Tappera, a także uratował biało-czerwonych przed stratą bramki w  kilku kolejnych sytuacjach. To w dużej mierze dzięki jego postawie Polacy utrzymali przewagę i odnieśli ważne zwycięstwo, które przyczyniło się później do zdobycia medalu. Czwarty mecz na turnieju był dla podopiecznych Kazimierza Górskiego ciężką przeprawą, a podobne doświadczenie mieli Polacy również w drodze po olimpijskie złoto w 1972 roku w Moanchium - tam również czwarty mecz z Danią (1:1) był najsłabszym występem biało-czerwonych na turnieju.

 

Polska - Argentyna 0:2 [1978]

 

Biało-czerwoni znów wygrali swoją grupę, po remisie 0:0 w meczu otwarcia mundialu 1978 z obrońcą tytułu ekipą RFN, pokonali 1:0 Tunezję i 3:1 Meksyk. Gra biało-czerwonych w pierwszej fazie turnieju nie była zdaniem wielu ekspertów tak efektowna, jak cztery lata wcześniej. Już po wyjściu z grupy, w pierwszym spotkaniu drugiej fazy grupowej podopieczni Jacka Gmocha trafili na gospodarzy imprezy - Argentyńczyków. Tym razem czwarte spotkanie było najlepszym występem biało-czerwonych na tej imprezie, obie drużyny stworzyły kapitalne widowisko, które wciąż, mimo upływu lat budzi wrażenie. Niestety, mimo świetnej postawy, Polacy ten mecz przegrali.

 

Zaskoczeniem była roszada w składzie biało-czerwonych: miejsce Jerzego Gorgonia na środku obrony zajął Henryk Kasperczak, co jak się później okazało nie było pomysłem trafionym. Polacy mieli przewagą na początku meczu, ale pierwsza groźna akcja Argentyńczyków przyniosła im powodzenie. W 16. minucie Daniel Bertoni wrzucił piłkę w pole karne, a Mario Kempes uprzedził obrońców i bramkarza, głową kierując piłkę do polskiej bramki.

 

Strata gola nie zdemobilizowała biało-czerwonych, którzy tworzyli kolejne sytuacje pod bramką rywali. W 38. minucie rozegrała się akcja rozpamiętywana do dziś. Po faulu na Andrzeju Szarmachu na linii pola karnego, Kazimierz Deyna wykonywał rzut wolny z lewej strony boiska. Po jego wrzutce strzał głową Grzegorza Lato został  wybity ręką z linii bramkowej przez Kempesa. Do rzutu karnego podszedł Kazimierz Deyna (według ówczesnych obliczeń rozgrywający 100. mecz w reprezentacji. Niestety, kapitan biało-czerwonych strzelił lekko, a Ubaldo Fillol bez trudu złapał piłkę.

 

W dalszej części meczu Polacy nie rezygnowali z ataków, szanse na zmianę wyniku mieli Zbigniew Bniek i grzegorz Lato, ale w końcówce Argentyńczycy wyprowadzili zabójczą kontrę, po której Mario Kempes po raz drugi tego dnia wpisał się na listę strzelców. Zwycięstwo 2:0 było dla Argentyńczyków ważnym krokiem w kierunku finału. Polacy, po kolejnej porażce (1:3 z Brazylią) nie zdołali awansować do czołowej czwórki i powtórzyć sukcesu z 1974 roku.

 

Polska - Belgia 3:0 [1982]

 

Polscy piłkarze rozpoczęli turniej od bezbramkowych remisów z Włochami i Kamerunem, ale w trzecim spotkaniu w efektownym stylu rozgromili 5:1 reprezentację Peru i awansowali do kolejnej fazy grupowej, w której mieli zmierzyć się z Belgią i ZSRR. W czwartym mundialowym starciu biało-czerwoni poszli za ciosem i w kapitalnym stylu ograli ówczesnych wicemistrzów Europy Belgów osłabionych brakiem bramkarza Jean-Marie Pfaffa i obrońcy Erica Geretsa.

 

Polacy otworzyli wynik już w 3. minucie meczu, gdy Grzegorz Lato ograł Luca Millecampsa i wyłożył piłkę Zbigniewowi Bońkowi, który celnie huknął zza pola karnego. W 26.  minucie biało-czerwoni przeprowadzili filmową akcję: przerzut Janusza Kupcewicza, podanie głową Andrzej Buncola na głowę Bońka, który lobem pokonał bramkarza rywali. Jeszcze przed przerwą Polacy mogli podwyższyć, ale strzał Kupcewicza był minimalnie niecelny, a Włodzimierz Smolarek trafił w słupek.

 

Tuż po przerwie Polacy dobili rywali. Smolarek zagrał do Laty, ten sprytnie, między obrońcami skierował piłkę do Bońka, który położył golkipera rywali i skierował piłkę do pustej bramki. W 80. minucie padła kolejna bramka, po strzale Janusza Kupcewicza, ale arbiter niesłusznie jej nie uznał z powodu spalonego.

 

Podopieczni Antoniego Piechniczka rozegrali kapitalne spotkanie, a rozmiary zwycięstwa sprawiły, że w kolejnym meczu przeciwko ZSRR remis wystarczył im do awansu do czołowej czwórki mundialu. Zbigniew Boniek, dzięki ustrzeleniu hat-tricka, awansował do roli jednej z czołowych gwiazd tych mistrzostw, ale cichym bohaterem meczu był świetnie dysponowany tego dnia Grzegorz Lato.

 

Polska - Brazylia 0:4 [1986]

 

Do 1/8 finału meksykańskiego mundialu biało-czerwoni awansowali "kuchennymi drzwiami", z trzeciego miejsca w grupie. W pierwszej fazie turnieju prezentowali się bardzo przeciętnie: po bezbramkowym remisie z Marokiem, wygrali 1:0 z Portugalią, ale w kolejnej grze ulegli 0:3 Anglikom. Piłkarze Canarinhos byli zdecydowanymi faworytami tej konfrontacji i zdecydowanie ją wygrali, choć paradoksalnie, Polacy przegrywając w rekordowych rozmiarach aż 0:4 (to "osiągnięcie" wyrównają 16 lat później w meczu z Portugalią), rozegrali najlepsze spotkanie na tym turnieju.

 

Zaczęło się obiecująco: Polacy zaatakowali z animuszem, w 2. minucie piłka po strzale Ryszarda Tarasiewicza trafiła w słupek, kilkanaście minut później Jan Karaś posłał potężną bombę z 20. metrów, po której piłka obiła poprzeczkę bramki rywali. W 30. minucie, po starciu w polu karnym Tarasiewicza z Carecą, arbiter Volker Roth podyktował jedenastkę, którą na bramkę zamienił Socrates. Po przerwie, po kapitalnym rajdzie i strzale z ostrego kąta na 2:0 podwyższył Josimar. Polacy nie rezygnowali, z wolnego minimalnie niecelnie uderzył Tarasiewicz, strzałem przewrotką popisał się Boniek.  Piłka nie chciała jednak wpaść do brazylijskiej bramki, a trafienia Edinho i Careki dobiły biało-czerwonych.

 

Po meczu była słynna "klątwa Piechniczka", szesnaście lat oczekiwania na kolejny awans na mistrzostwa świata i... trzydzieści lat oczekiwania na awans z grupy na wielkiej imprezie.

 

Największe doświadczenie w czwartych grach na wielkich imprezach ma obrońca Władysław Żmuda, który wystąpił w czterech takich spotkaniach, w trzech pierwszych w pełnym wymiarze czasowym, w meczu z Brazylią wszedł z ławki na ostatnie minuty. Trzykrotnie w spotkaniach numer cztery zagrali Zbigniew Boniek i Grzegorz Lato. Czwarte mecze Polacy grali w kratkę:  zwycięstwo-porażka-zwycięstwo-porażka... Teraz przyszedł więc czas na zwycięstwo.

 

KLIKNIJ I POLUB POLSATSPORT.PL NA FACEBOOKU!