Afera z pływakami. Paweł Słomiński: Nie ma jednego winnego

Inne
fot. PAP
Prezes Polskiego Związku Pływackiego Paweł Słomiński

- Skończyło się na twardym hejcie, który dociera do moich dzieci i uważam, że to jest nie w porządku. Nie podałem się do dymisji, bo byłby to przejaw skrajnej nieodpowiedzialności za funkcjonowanie Polskiego Związku Pływackiego. Jedną z podstawowych zasad ruchu olimpijskiego jest przejrzystość, jasność i zrozumienie reguł. Powinny być takie, aby nikt nie mógł się pogubić - powiedział Paweł Słomiński, prezes PZP, który przedstawia swoją wersję afery z zawróconymi z Tokio pływakami.

Przemysław Iwańczyk: Zapytam prowokacyjnie. Czy podał się Pan już do dymisji zgodnie z życzeniem polskiego środowiska pływackiego?

 

Paweł Słomiński: Nie podałem się, bo byłby to przejaw skrajnej nieodpowiedzialności za funkcjonowanie Polskiego Związku Pływackiego. Za dwa miesiące jest ogłoszony walny zjazd sprawozdawczo-wyborczy, więc nawet proceduralnie przeprowadzenie tzw. nadzwyczajnego zjazdu byłoby kompletnym paraliżem, jeśli chodzi o funkcjonowanie związku każdego dnia. Mało kto zdaje sobie sprawę, jak związek funkcjonuje. Jesteśmy po pierwszym półroczu, gdzie realizowanych było mnóstwo zadań szkoleniowych finansowanych ze środków publicznych, a to wymaga rozliczenia m.in. z ministerstwem. Nie tylko osoby wpisane w KRS są upoważnione do składania takich dokumentów. Mówiąc krótko, chcę doprowadzić do końca, do wyborów PZP i tam niech już decydują i oceniają delegaci. Zobaczymy co będzie się tam działo.

 

Tym którzy domagają się Pańskiej dymisji, chodziło pewnie o symboliczny gest. Mam wrażenie, że cała odpowiedzialność za sprawę wykluczenia sześciorga polskich pływaków z igrzysk w Tokio spoczywa na Panu. Został Pan spalony na stosie i pokazany w publicznym przekazie jako jedyny winny. Czy czuje się Pan jedynym winnym tego, że sześcioro zawodników poleciało do Tokio i wróciło do kraju bez możliwości startu?

 

Przyjmując na siebie odpowiedzialność sternika związku pływackiego miałem i mam świadomość, że za większość decyzji ponoszę odpowiedzialność. Każdy zdaje sobie jednak sprawę, że prezes nie wykonuje czynności związanych z funkcjonowaniem związku i organizacyjnych. Robią to ludzie, w części sportowej są odpowiedzialni za to trenerzy. Przypomnę, że za zgłoszenia do zawodów i znajomość regulaminów odpowiadają trenerzy. Nie tylko trener główny, ale również trenerzy zatrudnieni przez PZP, a których zawodnicy byli nawet w grupie, która wróciła do Polski. To jest przerzucanie odpowiedzialności na jednego człowieka, przyjmuję to, że jestem głównym dowodzącym, ale nie jest tak, że tylko jeden człowiek za to odpowiada.

 

Czyli wygląda to nieco jak katastrofa samolotu, gdzie zazwyczaj jest szereg przyczyn i zawodzi wiele elementów?

 

Wszystko, co się wydarzyło, w mojej ocenie należy rozdzielić na kilka elementów. Pierwszy podstawowy, o którym nikt nie mówi: wielu dziennikarzy witających pływaków nadużywało sformułowania stracona szansa na medale. Jestem trenerem z krwi i kości i potrafię ocenić rzetelność takich informacji. Gdyby byli tak dobrzy, to mieliby normy A i nie musieliby starać się o wyjazd na igrzyska w sztafetach. Brak takiej normy świadczy o tym, że nie byli to zawodnicy najwyższej światowej klasy i trzeba to powiedzieć sobie jasno, choć nie chcę nikogo obrazić. Nie mieli takich wyników i walczyli o miejsce w sztafetach. Naszą rolą było postaranie się o to, by jak największa liczba zawodników mogła wystartować w igrzyskach. Przebrnęli kwalifikacje olimpijskie według zasad krajowych i tylko dziesięcioro zawodników do pięciu sztafet mogło wyjechać na igrzyska olimpijskie. Mieliśmy takich zawodników 14 i robiliśmy wszystko, aby ci zawodnicy do Tokio pojechali.

 

Rozumie Pan jednak zawiedzione nadzieje osób, które może nie celowały w medal, ale chciały przeżyć te igrzyska?

 

Absolutnie rozumiem ich rozgoryczenie i jeszcze raz podkreślę: staraliśmy się zrobić wszystko, aby przeżyli to święto olimpijskie. To, że zawodnicy polecieli na igrzyska, to nie jest wina związku, bowiem za formalne zgłaszanie reprezentacji, nadzór i wgląd w system zgłoszeń odpowiada Polski Komitet Olimpijski. Nie chce mi się wierzyć, że PKOl popełnił taki błąd, że w systemie zgłoszeń do zawodów nasi zawodnicy widnieli jako "nieprzyjęci do zawodów", a następnie złożyli przysięgę i zostali wysłani do Tokio.

 

W mojej ocenie największe zamieszanie spowodowała FINA, która cały czas w systemie do wylotu do Japonii wskazywała zawodników jako "zgłoszonych" i wszystkich wprowadzili w błąd. Bałagan, który funkcjonował w federacji w ostatnich tygodniach, potwierdza także to, że po sytuacji, gdy wymieniliśmy trójkę zawodników w zeszłą sobotę aż do środy nikt nie potwierdził nam ich zgłoszenia. Zawodnicy, którzy wrócili do Polski, wskazywali, że nadal są zgłoszeni jako startujący w igrzyskach. Dopiero po kolejnej interwencji trenera i naszej misji FINA wpisała ich do startów.

 

Kolejnym przykładem bałaganu w FINA jest odprawa team leaderów. Robert Brus wykreślił na niej w czwartek sztafetę 4x100 kraulem, a w piątek do południa z FINA dostajemy pytanie, co jest z naszą sztafetą? Na imprezie tej rangi nie powinno mieć to miejsca, w mojej ocenie ludzie odpowiadający za zgłoszenia w federacji całkowicie się pogubili, a ofiarami tego wszystkiego są zawodnicy, na których spłynął największy ciężar przeżycia tego co się wydarzyło.


Powtórzę, w przekazie społecznym to Pan jest głównym winowajcą.

 

Jest mi z tego powodu bardzo przykro, ponieważ gdy słyszę jak nieprofesjonalnie pracujemy, to zastanawiam się jak udało się dobrze zorganizować start w Rzymie, czyli jeden z największych sukcesów juniorskiego pływania w ostatnich latach, a nagle przy igrzyskach jest dramat. Nasi juniorzy w tej chwili zdobywali kolejne medale na wodach otwartych, ale też były problemy, bo dowiedziałem się w ostatniej chwili, że jeden z zawodników ma pozytywny test już na lotnisku. Musiałem podejmować decyzję co z resztą. Na tym polega zarządzanie związkiem, ale mówienie przez jednego z zawodników, że nie brał on udziału w szkoleniu centralnym, to nieznajomość funkcjonowania związku i przekłamania w opinii publicznej. A w jakim szkoleniu brał udział szykując się do mistrzostw Europy w Rzymie, gdzie zdobył medal?

 

Jest mi przykro i niestety dziennikarze też uprawiają swój zawód nierzetelnie pozwalając na takie nieprawdziwe informacje. To składa się na to, że ja jako Paweł Słomiński, jako przede wszystkim człowiek dostałem dużą dawkę negatywnych informacji. Skończyło na twardym hejcie, który dociera do moich dzieci i uważam, że to jest bardzo nie w porządku.

 

Jak dochodzi do zgłoszenia zawodników i jak doszło do tego, że dostali akredytację olimpijską?


Kwalifikacje olimpijskie są regulowane przez dwa najważniejsze dokumenty. Jeden, nadrzędny, to Międzynarodowe Kryteria Kwalifikacji opracowane przez FINA. Drugim są zasady krajowe, czyli dodatkowe wymogi, które każda federacja krajowa może nałożyć. W Polsce w trakcie kwalifikacji istniały dwa dokumenty, gdzie w krajowym jest jasno wpisane, że nadrzędnym dokumentem są zasady międzynarodowe.

 

Z zasad międzynarodowych wynikało, że można uzyskać dwa rodzaje kwalifikacji: jedna norma, tak zwana "A" to lepszy wynik, który pozwala na wystawienie w danej konkurencji przykładowo na 100 metrów stylem dowolnym dwóch zawodników. To wymagający wynik, ale dający gwarancję, że zawodnik, który go uzyskał, jedzie na igrzyskach. Startuje wówczas w konkurencjach indywidualnych i może też startować w sztafetach będąc jej pełnoprawnym członkiem lub ją uzupełniając, bowiem istnieje także norma "B", czyli dużo słabszy wynik. Wtedy w danej konkurencji może wystartować tylko jeden zawodnik z kraju, ale musi otrzymać zaproszenie z FINA. Nie decyduje o tym krajowa federacja. Można także wystawić zespoły sztafetowe, które kwalifikowały się bezpośrednio jeśli zajęły miejsca 1-12 podczas mistrzostw świata w 2019 roku. To kwalifikacja dla kraju, czyli nie dla konkretnego składu, który ją wywalczył. Cztery pozostałe kraje, które się kwalifikują to te, które zajmowały najwyższe miejsce w rankingu FINA na dzień 31 maja, odliczając te które uzyskały wcześniej kwalifikacje.

 

Zakwalifikowaliśmy się podczas mistrzostw świata, więc walka toczyła się o miejsce w sztafetach. To kto miał popłynąć regulowały zasady krajowe, ranking wyników za okres 1 luty - 30 maja i tutaj czterech najlepszych zawodników, jeżeli uzyskało normę "B", miało prawo reprezentować Polskę w zespole sztafetowym. Trzeba jednak pamiętać jednak, aby czytać dokumenty zgodnie z hierarchią. Dokumenty FINA mówią dokładnie, że jeżeli kraj kwalifikuje jedną sztafetę, to w niej może popłynąć tylko dwóch zawodników z normą "B", ale wtedy startują tylko w tej sztafecie. Jeżeli to są dwa zespoły to czterech, jeżeli trzy to sześciu. Łatwo zatem policzyć, że jeśli mieliśmy pięć zespołów zgłoszonych, to mieliśmy miejsce tylko i wyłącznie dla dziesięciu zawodników, nie czternastu. Czternastu w myśl zasad krajowych miało normę "B", ale gdyby mieli pojechać na igrzyska musieliby dostać zaproszenie z FINA, aby wystartować w konkurencji indywidualnej oraz być uzupełnieniem dwóch zgłoszonych zawodników do sztafet. Bez tego nie pojechaliby na te igrzyska i tak, bo nie dostali zaproszenia z FINA. To co się wydarzyło, to było przesunięcie w czasie decyzji FINA, która nie pozwalała na start tych zawodników, ale można było liczyć, że przy zgłoszeniu ich FINA ich zaprosi. To było całe działanie PZP skierowane w tym kierunku i oczekiwaliśmy na rzeczową informację z federacji, a do samego końca jej nie dostaliśmy. Uważam, że PKOl też jej nie miał, bo nie chce mi się wierzyć, że PKOl wysłał ich bez świadomości, że są zgłoszeni.

 

Technicznie odpowiada za to PZP, bo my prowadzimy korespondencję z FINA, ale organizacyjnie ostatecznie to PKOl zatwierdza skład i ma wgląd w dwa systemy: zawodników zakwalifikowanych i akredytacji. Jeżeli cała reprezentacja liczy 215 zawodników, to z tej liczby wynika liczba osób towarzyszących. Jeżeli ktoś wyrzuca z systemu sześciu zawodników z systemu zgłoszeń, to automatycznie w systemie akredytacji pojawia się błąd, że jest mniej zawodników i osób towarzyszących. To wielki smutek, że te osoby nie wystartowały, ale za to że tam poleciały wcale nie odpowiada Polski Związek Pływacki.


Ten system jest bardzo skomplikowany. Być może powinien zostać uproszczony i nie nieść ze sobą takiego ryzyka?

 

Zgadzam się. Jedną z podstawowych zasad ruchu olimpijskiego jest przejrzystość, jasność i zrozumienie reguł. Powinny być takie, aby nikt nie mógł się pogubić. Te takie nie są i wymagałyby pewnie większej korekty.


Nawet nie korekty, a fundamentalnej zmiany.


Największym problemem tych kwalifikacji była zasadnicza zmiana, która została wprowadzona dopiero na tych igrzyskach olimpijskich. Kiedyś było tak, że z normą "A" można było wystawić dwóch zawodników, z normą "B" jednego zawodnika. Teraz FINA wprowadziła standard z zaproszeniami, a tutaj jak widzimy w przepływie informacji jest ogromny bałagan. Informacje przebiegały wadliwie albo powoli. Dostaliśmy zaproszenie dla zawodnika do jednej konkurencji, w której mieliśmy już zgłoszonych dwóch zawodników z normą "A". FINA sama sobie zaprzecza tworząc system, w którym nie mogą kreatywnie i szybko sterować. Byłem przerażony dostając informację, że trójka zawodników, która została w Tokio cały czas nie jest zgłoszona. Już myślałem, że będą musieli opuścić wioskę, a trójka, która wróciła do Polski będzie musiała lecieć do Japonii. Rozmowy z FINA, gdzie prosi się ich o uzupełnienie z siedmiu zgłoszonych zawodników do dziesięciu nie wpływa na organizację zawodów. Można ich wpuścić, bo są tylko dwie serie sztafet. Nikt tam nie płynie, nie wydłużyłoby to zawodów, ale nie ma w FINA empatii i człowieka, z którym można rzeczowo na ten temat rozmawiać.


Myśli Pan, że ta sprawa będzie miała kontynuację po igrzyskach olimpijskich i będzie wybrzmiewać skandalem?

 

Trudno powiedzieć. Wysłałem do każdego z zawodników osobno zaproszenie z prośbą o wyznaczenie terminu, abym mógł na spokojnie wytłumaczyć wszystko, co powiedziałem tutaj. Nikt nie próbuje rozmyć odpowiedzialności, ale ona musi być uczciwa. Nie może być tak, że PZP, a konkretnie Paweł Słomiński zawalił występ zawodników w igrzyskach olimpijskich. Ja tak naprawdę w ostatnich dniach, gdy przepływały maile między FINA, a PZP to nawet nie dochodziły one do mnie, bo za to są odpowiedzialni ludzie w związku. Nie można postawić pod ścianą człowieka i rozstrzelać go nie mając pełnej wiedzy na temat tego co się wydarzyło.


Ma Pan wciąż ochotę by kierować polskim pływaniem?


Nie podjąłem żadnej decyzji na ten moment. To nie jest jednoosobowa decyzja, muszą znaleźć się ludzie, którzy popierają taką kandydaturę.


18 sierpnia są wybory w PZPN, a kandydaci prowadzą kampanię od wielu miesięcy, mając nawet gabinet cieni.

 

Rozmawiamy o świecie ogromnych pieniędzy dla tych, którzy zarządzają związkiem, a także mają z tego w sensie organizacyjnym korzyści. Piłka nożna to wielki biznes. Ja nie prowadzę żadnej kampanii na ten moment, jestem potwornie zmęczony ostatnimi dniami. Kosztowało mnie to wiele nerwów i nieprzespanych nocy. Komunikacja z ludźmi na miejscu, pisanie pism, aby lądowały w FINA na czas. To moja rzeczywistość z ostatnich dni. Chciałbym cieszyć się tymi igrzyskami, kibicuję Polakom. Niech te zawody się skończą i będę zastanawiał się nad swoją przyszłością, czy oni mają na to pomysł. Jeżeli będzie logiczny kontrkandydat, który będzie miał większe poparcie niż ja, to nie mamy o czym rozmawiać. Nie jestem przyspawany do stołka, a ludzie nie zdają sobie sprawy w jakich realiach pracujemy, jakie mamy zadania i jakie siły do tego. Dopiero jak się z tym zderza każdego dnia, człowiek zdaje sobie sprawę jaki to jest problem.

 

Dziękuję za rozmowę.


To ja dziękuję za to, że mogłem w sposób rzetelny i prawdziwy przedstawić swoje stanowisko, ponieważ szanuję drugą stronę i każdego, kto ma odmienne zdanie.

 

Podsumowanie każdego dnia na Igrzyskach Olimpijskich w Studio Tokio codziennie o 20:00 w Polsacie Sport. W programie olimpijczycy, reprezentanci Polski, eksperci komentują najważniejsze i najciekawsze wydarzenia w Tokio.

 

A codziennie rano o 8:00, 9:00, 10:00, 11:00 i 12:00 Flesze Studio Tokio, w których informujemy o tym co wydarzyło się na Igrzyskach Olimpijskich w Tokio.

Przemysław Iwańczyk, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.