Aleksander Cybulski: Staram się pamiętać tylko dobre rzeczy

Piłka nożna
fot. PAP
Aleksander Cybulski: Staram się pamiętać tylko dobre rzeczy

W 1980 r. awansowaliśmy do I ligi, byłem juniorem, ale już podstawowym zawodnikiem. Niestety, wojsko wzywało, obiecano mi, że zrobię sobie zdjęcie z karabinem i zaraz wrócę. W Ustce zamiast tygodnia spędziłem trzy miesiące, jak wróciłem w mundurze, większy o siedem kilo, to mnie chłopaki nie poznali, wyglądałem jakby mnie osy pokąsały - powiedział były gracz Lechii Gdańsk Aleksander Cybulski.

Maciej Słomiński, Interia: Jest pan wychowankiem Bałtyku Gdynia, przy Olimpijskiej też pan grał w Ekstraklasie.

 

Aleksander Cybulski: W 1980 r. awansowaliśmy do I ligi, byłem juniorem, ale już podstawowym zawodnikiem. Niestety, wojsko wzywało, obiecano mi, że zrobię sobie zdjęcie z karabinem i zaraz wrócę. W Ustce zamiast tygodnia spędziłem trzy miesiące, jak wróciłem w mundurze, większy o siedem kilo, to mnie chłopaki nie poznali, wyglądałem jakby mnie osy pokąsały. Nie byłem w formie i po linii stoczniowej poszedłem do Stoczniowca Gdańsk, nastąpiła wymiana - ja do Gdańska, a do Gdyni Wojtek Kałużny i bracia. W sezonie 1982/83 Stoczniowiec rywalizował z Lechią o awans do II ligi. Na mecz decydujący o awansie, na pusty zwykle stadion przy ul. Marynarki Polskiej przyszło kilkanaście tysięcy widzów. Lechia wygrała 2-0 po dwóch bramkach Marka Kowalczyka i zapewniła sobie promocję, ja grałem na tyle dobrze, że wpadłem w oko działaczom, którzy po sezonie ściągnęli mnie na Traugutta. To była w głównej mierze robota dziś już śp. panów Kazimierza Kuleszy i Jerzego Klockowskiego. W Lechii spędziłem dziewięć pięknych lat, tyle przygód, staram się pamiętać tylko te dobre rzeczy (śmiech).

 

Zadebiutował pan w Lechii Gdańsk meczem o Superpuchar Polski z mistrzem kraju, Lechem Poznań. Pierwszy mecz i od razu trofeum.

 

I to w dodatku w moje 21. urodziny! W ogóle mam szczęście do Lecha. Debiut w Ekstraklasie, w Bałtyku Gdynia, też wypadł z tym rywalem. Jeszcze na starym stadionie na Dębcu wygraliśmy 2-1, jedna z gazet trójmiejskich przypisała bramkę Andrzejowi Zgutczyńskiemu, na szczęście krakowskie "Tempo" było czujne i zapisało tę bramkę komu trzeba, czyli mnie!


Kolejny dowód, że media kłamią.

 

Media nie kłamią, tylko się czasem mylą. Dzięki tym debiutom mam sympatię do Lecha Poznań, w pierwszym meczu strzeliłem bramkę uczestnikowi pamiętnych mistrzostw świata w 1974 r., Piotrowi Mowlikowi. To był zaległy mecz z jesieni, rozgrywany w marcu.

 

1974 to rok szczególny dla polskiej piłki i dla pana.

 

No tak. Adidasy "Copa Mundial" wyszły na mistrzostwa świata w 1974 r. Gram cały czas tylko w nich albo w "World Cupach". Już dawno nie liczę ile ich zużyłem. Chociaż nie, raz zrobiłem wyjątek.

 

Kiedy?

 

W Turynie, w meczu 1. rundy Pucharu Zdobywców Pucharów w 1983 r., gdy Lechia grała z Juventusem. Do Turynu pojechaliśmy w naszym sprzęcie Umbro, ale jednemu się odkleja kołnierz, drugiemu coś innego, no nie wyglądaliśmy wyjściowo. We Włoszech dostaliśmy sprzęt Pumy, pierwszy raz w życiu nie grałem w butach "Copa Mundial", być może dlatego przegraliśmy tak wysoko, aż 0-7. Jak kupuję nowe buty to tylko lewy, prawy jest w idealnym stanie, bo go nie używam. Mówi się "lewa noga do tramwaju", u mnie jest odwrotnie. Gram całe życie w jednym bucie starym, jednym nowym.

 

Cały tekst dostępny na Interii.

Interia

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.