Była zawodniczka boksu dziś jest trenerką młodych mistrzów

Sporty walki
fot. PAP

Martyna Schunke jest trenerką boksu, a w przeszłości była zawodniczką. Pochodząca z Podlasia Schunke zajmuje się przygotowaniem nie tylko kobiet, ale także i mężczyzn. Niektórzy z jej podopiecznych odnosili już sukcesy. Trenerka opowiedziała swoją historię oraz wytłumaczyła, co to znaczy pracować z mężczyznami w boksie.

Mimo młodego - jak na szkoleniowca - wieku Martyna Schunke ma już w trenerskim fachu niemałe doświadczenie. 

Paweł Czado: Rozmawiamy w sali treningowej Carbo Gliwice. Nigdy dotąd nie widziałem bokserskiej trenerki szkolącej dorosłych mężczyzn. Wiadomo, że trenuje też pani kobiety i chłopców, ale na mnie robi wrażenie jak mężczyźni panią słuchają. Skąd pani właściwie wzięła się w pięściarstwie?

Martyna Schunke: - Jestem z Podlasia, z Suwałk. Od dziecka pociągały mnie sporty uważane za męskie. Lubiłam piłkę nożną. Trafiłam na salę treningową mając 17 lat. Zaczynałam od karate, ale nie spodobało mi się. Poszłam na zajęcia z boksu. Po kilku zajęciach trener rozmawiał z moimi rodzicami, powiedział, że mogę przychodzić, ale nie może obiecać, że coś ze mnie będzie. Kariery mi nie wróżył. Kiedy się urodziłam miałam wadę nóżki, byłam dosyć słaba fizycznie, właściwie to było ze mnie małe chucherko. 

 
 
Wiedziała pani o zdaniu trenera?

- Mnie tego nie powiedział. Tylko moim rodzicom, a oni zachowali to dla siebie. Powiedzieli mi dopiero gdy zaczęły się jakieś sukcesy. Po roku treningów nastąpił przełom. Trener dopuścił mnie do pierwszych sparingów i wszystko się zmieniło. Podczas walk sparingpartnerki przewyższały mnie wszystkim, ale... to ja wygrywałam.

Dlaczego? Zaczęła je pani lać?

- Tak było. Były lepsze i siłowo i technicznie, a jednak ze mną nie wytrzymywały. 

To co decydowało o tym, że pani wygrywała?

- Nie odpuszczałam. Może decydował zadziorny charakter? Kiedy coś mi nie wychodziło, robiłam to tyle razy aż mi się to uda. Myślę, że to ustawiało mnie nad tymi dziewczynami. Po pierwszym sparingu trener stwierdził, że mnie nie poznaje. Potem sparowałam już tylko z chłopakami, bo dziewczyny nie chciały. Z chłopakami też powoli zaczęłam sobie radzić. 

Boks to radzenie sobie ze stresem

Przyszły pierwsze mistrzostwa województwa. W pierwszej walce spotkałam się z zawodniczką, która miała w bilansie stoczonych już pięć czy sześć walk, ja z czystą kartą. Znokautowałam ją w pierwszej rundzie. Trenerzy rozmawiali między sobą: "bierz ją na mistrzostwa Polski, są za trzy miesiące. To co, że zaczyna, nadaje się!". Trenowałam ostro przez trzy miesiące i pojechałam na te mistrzostwa. To był rok 2009. Chodziłam w wadze 57 kg. Na miejscu okazało się, że w mojej wadze będą walczyć trzy byłe mistrzynie Polski, w tym jedna brązowa medalistka mistrzostw Europy. Akurat do tej wagi wskoczyły wcześniejsze mistrzynie z kategorii 51 kg i 54 kg.
 
No i jak pani sobie poradziła?

- W pierwszej walce wygrałam na punkty z dziewczyną, która miała na koncie pięć-sześć pojedynków, ale pamiętam ją jako wyjątkowo ciężką, być może dlatego, że musiałam sobie poradzić ze stresem, z rangą mistrzostw. Przyjechałam jako "świeżynka", nie znałam tych dziewczyn. One między sobą się znały, jeździły na kadrę Polski. Nawet na rozgrzewce trener Paweł Pasiak zabierał mnie w takie miejsca żebym w ogóle nie widziała tych dziewczyn. Myślę, że widział kiedy zobaczę choćby tylko sposób w jaki się poruszają - może mnie przyblokować. To była bardzo dobra decyzja, bo wchodziłam do ringu z czystą głową. No i wygrałam z jedną mistrzynią Polski, w półfinale z drugą mistrzynią Polski a w finale spotkałam się z trzecią. Rywalka w półfinale wygrała przez nokaut, całe szczęście, że tego nie widziałam, gdybym to zobaczyła też mogłoby być różnie (śmiech). Ogółem siedem razy wygrałam mistrzostwo Polski, zdobyłam też brązowy medal mistrzostw Europy. Dlatego doceniam fakt, że wtedy wychodziłam na walki z czystą głową. Teraz często niestety nie jestem w stanie wyegzekwować tego u swoich zawodników.

Nie rozumiem.

- Znam wartość moich zawodników, wiem co potrafią. Problem w tym, że oni w telefonach często czytają sobie przed walką z kim boksują, ile rywal ma walk albo z kim wygrał i w efekcie... się blokują. W tym momencie trudno już niektórych przekonać, że przecież to ring wszystko weryfikuje. Ile razy prosiłam,, błagałam... A po walce słyszałam: "trenerko, bo ja jednak sprawdzałem, czytałem, ja nie spałem". Powtarzam: wszystko dzieje się w ringu, nawet mistrz może mieć słabszy dzień i można go pokonać. 

To prawda. A jaka jest różnica między męskim i kobiecym boksem? Pani to doskonale wie, pracuje pani z kobietami i mężczyznami. 

- Męski boks jest bardziej skupiony na sile, damski - na waleczności. U mężczyzn często jest tak, że "łatwo przyszło, łatwo poszło". Kobiety jednak często są bardziej zawzięte. Częściej do sukcesów dochodzą ciężką, regularną pracą. 

Kiedy pojawiła się pani na Śląsku?

- Zdecydował o tym oczywiście boks, przeniosłam się tu jako zawodniczka, miałam 20 lat, podpisałam z Carbo Gliwice umowę i... zostałam.  W barwach tego klubu odniosłam prawie wszystkie sukcesy, dwa mistrzostwa Polski juniorek zdobyłam jako zawodniczka OSiR Suwałki. 

Miała pani sukcesy, jest pani ciągle w wieku świetnym dla sportowca a jednak zakończyła pani karierę. Dlaczego?

- Nie boksuję już o trzech lat, zostałam trenerem. Powody są proste: w dzisiejszych czasach ciężko o sponsorów. Nie było szans na to by boks był moim jedynym zajęciem, z czegoś trzeba żyć. Człowiek dochodzi do pewnego wieku i musi zdecydować co dalej. Ile lat można mieć osiągnięcia a nie mieć z tego korzyści? Trzeba wtedy zdecydować co dalej. Pracuję jako specjalista ds. logistycznych, zajmuję się strategią magazynową. Praca za biurkiem. Miałam od boksu rok przerwy. Ale człowiek nadal kocha boks więc cieszy się, że znowu może dzielić tę miłość z innymi - już jako trener. Cieszę się, że popołudniami i wieczorami mogę się poruszać. 

Czytaj więcej na Interia.pl.
 
 
 
Interia.pl

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.