Robert Zieliński: Igi Świątek autostrada do finału Australian Open i numeru 1 na świecie

Tenis
fot. PAP
Robert Zieliński: Igi Świątek autostrada do finału Australian Open i numeru 1 na świecie

Znakomita drabinka, pogrom faworytek w Melbourne, lepsza gra Igi. To wszystko sprawia, że Świątek ma autostradę do finału Australian Open i meczu z gwiazdą gospodarzy Ashleigh Barty. Wygrane dwa turnieje Wielkiego Szlema w 2022 roku? To nie jest science fiction. Już w maju ukochany przez Igę Roland Garros. Przy zmierzchu karier sióstr Williams i Marii Szarapowej, jeśli Polka wykorzysta swój talent, będzie się rozwijać sportowo i wzmocni psychicznie, może wkrótce być królową światowego tenisa.

Podczas występu Świątek w Australian Open 2022 można znaleźć trochę analogii do gry i szans Polski w piłkarskim Euro 2016 we Francji, a trenera Igi - Tomasza Wiktorowskiego śmiało można porównać do Adama Nawałki. Dlaczego?

 

Reprezentacja Polski też wówczas miała taką autostradę do finału. W grupie wystarczyło wygrać z Ukrainą i Irlandią, by awansować, w 1/8 finału czekała przeciętna Szwajcaria. I gdybyśmy zagrali trochę odważniej z Portugalią, albo mieli więcej szczęścia w serii rzutach karnych, finał był na wyciągnięcie ręki. W półfinale czekała osłabiona Walia, która miała problemy z kontuzjami, zawodnikom brakowało już sił. „Wciągnęlibyśmy Walię nosem i grali w finale” – powiedział ostatnio w rozmowie z Romanem Kołtoniem Zbigniew Boniek.

 

Drabinka marzeń i pogrom faworytek


Podobnie los sprzyja w Melbourne Idze Świątek. Drabinka ułożyła się dla nie tak szczęśliwie, że dopiero w finale Australian Open 2022 może trafić na numer 1 światowego tenisa – Ashleigh Barty, z którą przegrała niedawno podczas turnieju w Adelajdzie. W drugiej połówce drabinki były też tak groźne tenisistki jak broniąca tytułu Japonka Naomi Osaka, Elina Switolina, Wiktoria Azarenka, Barbora Krejcikova, a przede wszystkim Paula Badosa i Maria Sakkari, z którymi Polce ostatnio wyraźnie nie szło. Na dodatek Świątek nie musi się już obawiać żadnej z nich, poza Barty, bo wszystkie niespodziewanie przegrały z niżej notowanymi rywalkami i odpadły z turnieju.

 

Jakby tego szczęścia było mało, to w połówce drabinki Igi też okoliczności są bardzo sprzyjające. Szybko odpadła z turnieju niedawna numer 1 kobiecego tenisa, Rumunka Simona Halep. Nie zdołała też odzyskać dawnej formy Petra Kvitowa. Polka w drodze do ćwierćfinału trafiała dotąd na niżej notowane rywalki: Harriet Dart, Rebeccę Peterson, Darję Kasatkinę i Soranę Cirsteę (wcześniej usunęła Idze z drogi, rozstawioną z nr 10 Anastazję Pawliuczenkową). Gdy wydawało się, że najtrudniejszą przeszkodą na drodze Świątek będzie w ćwierćfinale, rozstawiona w Melbourne z numerem 2 Aryna Sabalenka, to Białorusinka niespodziewanie przegrała w 1/8 finału z weteranką światowych kortów, Kają Kanepi.

 

To właśnie Estonka jest rywalką Polki w walce o półfinał Australian Open i jeżeli nasza dziewczyna z Raszyna zagra na miarę swoich możliwości, to nie ma takiej siły, by nie pokonała rywalki, sklasyfikowanej dopiero na 115 miejscu w rankingu WTA (Iga jest w tym zestawieniu dziewiąta, a w Australii jest rozstawiona z numerem 7). Co ciekawe, gdy 36-letnia obecnie Kanepi wygrywała swój pierwszy turniej w zawodowym tenisie – Igi Świątek nie było jeszcze na świecie. To będzie rywalizacja dwóch pokoleń, niemal jakby matka z córką wyszły na kort. Kanepi gra w tym roku najlepszy turniej w historii swoich występów w Australii, ale nic dwa razy się nie zdarza. Wyeliminowanie Sabalienki powinno jej wystarczyć.

 

Wygrać wreszcie z Barty


Ta prawdziwa rzeź niewiniątek w Australian Open. Wykruszenie się większości faworytek, poza Barty, sprawia, że w półfinale Świątek może mieć też stosunkowo łatwe zadanie jak na tak znaczącą fazę turnieju. Jeśli bowiem wygra z Kanepi, o finał będzie walczyła ze zwyciężczynią meczu Danielle Collins (Amerykanka to nr 30 w rankingu WTA) – Alize Cornet (Francuzka jest obecnie nr 61 na świecie) i na pewno będzie wielką faworytką.

 

Gdyby się udało wygrać, w finale prawdopodobnie będzie czekała aktualna numer 1 światowego tenisa – Ashleigh Barty, która w półfinale zagra z Amerykanką Madison Keys (w ćwierćfinale niespodziewanie wygrała z rozstawioną z numerem 4 Krejcikovą). Mecz młodej polskiej gwiazdy z ulubienicą gospodarzy, kochaną przez tamtejszych kibiców pierwszą rakietą świata, byłby na pewno wielkim wydarzeniem zarówno w Polsce jak i w Australii. Dotychczas grały ze sobą dwa razy – zarówno w maju 2021 roku w Madrycie jak i niedawno w Adelajdzie triumfowała Australijka. Do trzech razy sztuka?

 

Obie panie są w bardzo dobrych stosunkach. – Zdarza się, że wspólnie trenujemy. Lubię towarzystwo Igi i zespołu z nią pracującego. Po raz pierwszy spotkałyśmy się w 2021 roku podczas turnieju w Madrycie i było to naprawdę ekscytujące przeżycie – powiedziała Barty o Polce.

 

Wiktorowski dostał dwa diamenty


Korki i zakręty na autostradach kadry Nawałki we Francji i Igi Świątek w Australii już przeanalizowaliśmy, ale dlaczego Tomasz Wiktorowski przypomina Pana Adama? Mam wrażenie, że obaj – nie odmawiając im fachowości - mają dużo szczęścia, by znaleźć się w odpowiednim miejscu w odpowiednim czasie i trochę popłynąć na fali, wykorzystując sprzyjające okoliczności losu. Może nie trafili tak spektakularnie ja Pep Guardiola, który w Barcelonie dostał na starcie kariery trenerskiej najlepszy zespół w historii futbolu z Messim, Iniestą i Xavim. Nawałka trochę przewiózł się w górę trenerskiej karuzeli, dzięki temu, że trafił na bardzo utalentowane pokolenie polskich piłkarzy z Lewandowskim na czele, ale też Szczęsnym, Fabiańskim, Piszczkiem, Glikiem, Krychowiakiem, Błaszczykowskim, Milikiem, Zielińskim. I to w momencie, gdy większość z nich była w życiowej formie. Czy w pełni ten potencjał wykorzystał, to inna sprawa.

 

Tomasz Wiktorowski z kolei miał to szczęście, że w stosunkowo młodym wieku i krótkim odstępie czasu, dane mu było pracować z dwoma najwybitniejszymi polskim tenisistkami od przedwojennych czasów Jadwigi Jędrzejowskiej, czyli z Agnieszką Radwańską i Igą Świątek. Dostał do obróbki dwa diamenty, na jakie trudno było trafić nie tylko innym trenerom w Polsce, ale i na świecie. To się nazywa być w czepku urodzonym.

 

Co więcej, Wiktorowski zaczął współpracę z Igą w najlepszym możliwym momencie, w którym okoliczności mogą go wynieść bardzo wysoko w trenerskiej hierarchii. Po pierwsze - ta świetnie układająca się w Melbourne drabinka, porażki faworytek, plus dobra gra Igi, mogą sprawić, że już na początku ich współpracy Świątek zagra w finale turnieju Wielkiego Szlema. Finał, czy triumf w Australian Open oznaczałby zapewne, że Wiktorowski zostałby na stałe trenerem Igi. Na razie ogłoszono bowiem, że jest tylko szkoleniowcem tymczasowym, po tym jak w grudniu ubiegłego roku rodzina Świątków nagle i niespodziewanie rozstała się z dotychczasowym trenerem – Piotrem Sierzputowskim.

 

I to może być dopiero preludium do tego, jak wspaniała może być dla pary Świątek – Wiktorowski pierwsza połowa 2022 roku. Już 22 maja rozpoczyna się przecież turniej, dzięki wygraniu którego Iga stała się gwiazdą światowego tenisa – Roland Garros, na jej ulubionej nawierzchni, ceglanej mączce. Co prawda w 2021 roku Polka nie potrafiła obronić w Paryżu tytułu sprzed roku, ale jeśli wraca na właściwe tory już na szybkiej nawierzchni w Melbourne, jeśli Wiktorowski ją uspokoi i dobrze ukierunkuje jej grę – French Open 2022 jest do wygrania. Dwa tytuły wielkoszlemowe dla Igi Świątek w tym roku? To nie jest w tym momencie wizja science fiction. Piszę te słowa kilka godzin przed ćwierćfinałem z Kanepi, mając nadzieję, że nie zaczną szybko być nieaktualne.

 

Nie jest Janowiczem w spódnicy


W przypadku Igi można zaryzykować nawet jeszcze bardziej śmiałe tezy. Nawet mimo kilku wpadek w poprzednim roku, nierównej formy, tego, że nie zrobiła tak szybko postępów jak byśmy oczekiwali, po wygraniu French Open – to można już z całą pewnością stwierdzić, że Świątek nie tylko ma wielki talent, znakomite warunki fizyczne, ale to jest dziewczyna która na dłużej zadomowi się w ścisłej światowej czołówce. Nie będzie taką efemerydą, jak wiele tenisistek w historii, które błysnęły w jednym turnieju, czy w jednym-dwóch sezonach, a później szybko spadły w otchłań.

 

Nie szukając daleko, Iga to nie jest damskie wcielenie Jerzego Janowicza, który też miał wielki talent, błyskotliwie i szybko nas oczarował w Paryżu i na Wimbledonie, by na wiele lat zniknąć, głównie w wyniku problemów z kontuzjami, ale nie tylko. Iga to jest też inny pułap, inna skala talentu, pracowitości, mentalu niż Marta Domachowska, która bardzo dobrze się zapowiadała, a nie do końca spełniła. Świątek jest raczej bliżej do Agnieszki Radwańskiej, może pograć jeszcze bardzo wiele sezonów na najwyższym światowym poziomie.

 

Nie musi kopać się z koniem


Co więcej, Iga ma nad Agnieszką jedną, bardzo jednak ważną we współczesnym tenisie, przewagę – lepsze warunki fizyczne. Dzięki temu może grać szybciej, mocniej uderzać. To na pewno są dwie zupełnie różne tenisistki. Agnieszka poruszała się na korcie w bardziej subtelny sposób, była znakomicie wyszkolona technicznie, bardzo dobrze rozgrywała mecze taktycznie. Starała się nadrobić różnicę fizyczną w stosunku do rywalek sprytną grą, uderzeniami blisko linii. W pewnym momencie jednak tej „pary” w ręce brakowało w zderzeniu z takimi taranami jak choćby siostry Williams, czy Maria Szarapowa.

 

Były tenisista, obecnie komentator – Lech Sidor powiedział kiedyś barwnie i obrazowo, gdy Radwańska przegrała z potężnie zbudowaną Dinarą Safiną: „kurczak nie wygra przecież z koniem”. I chyba głównie dlatego, mimo wspaniałej kariery, finału Wimbledonu, wygrania turnieju mistrzyń, nigdy nie było dane Radwańskiej triumfować w turnieju Wielkiego Szlema. Przez całą karierę musiała bowiem kopać się z koniem.

 

A Świątek w porywający, wręcz bezczelny sposób, zgarnęła ten wielkoszlemowy tytuł mając zaledwie 19 lat, gdy wygrała Roland Garros. Teoretycznie można powiedzieć, że już na starcie w tym jednym turnieju zrobiła więcej niż Radwańska przez całą karierę, choć byłoby to trochę niesprawiedliwością. Było to prawdziwe wejście smoka, narodziny cudownego dziecka polskiego tenisa. Siła, szybkość, dynamika gry, moc uderzeń Igi Świątek, gdy jest w formie – to są te elementy i ten pułap, na który Agnieszce Radwańskiej trudno było się wznieść ze względu na naturalne ograniczenia.

 

Być numerem 1 na świecie


Przed Igą Świątek otwiera się realna szansa na to, by w najbliższych latach zostać królową światowego tenisa. Okoliczności są bardzo sprzyjające. Dobiega właśnie zmierzch karier wielkich światowych gwiazd – Sereny i Venus Williams, Marii Szarapowej. Podobnie jest z Angeliką Kerber, czy Karoliną Woźniacki. A kandydatek do zastąpienia ich w roli ikon, dominatorek tenisa, raczej nie ma. To nie są tak mocne osobowości i tak klasowe tenisistki. Próżno teraz szukać na korcie kogoś z charyzmą i umiejętnościami Chris Evert, Martiny Navratilowej, Steffi Graf, Moniki Seles, czy Justin Henin.

 

Bardzo nierówno grają i mają już swoje lata - Halep, Azarenka, czy Kvitowa. Kreowana na następczynię tronu Hiszpanka Muguruza też ma duże wahania formy i ma już 28 lat, gdy Iga dopiero w maju tego roku skończy 21. Japonka Osaka z kolei ma problemy nie tylko natury tenisowej, ale też wydaje się być lekko zagubiona w życiu. Jest oczywiście Badosa, jest Sakkari i przede wszystkim Barty, ale Polka jest z nich zdecydowanie najmłodsza, ma zdecydowanie największe pole do progresji i chyba największy z nich potencjał i talent. Może jeszcze nie w tym roku, czy przyszłym, ale już niedługo, może być numerem 1 na świecie, co już dwa lata temu wieszczył jej Wojciech Fibak. Pod warunkiem oczywiście, że wykorzysta swój talent, rozwinie się sportowo, wzmocni psychicznie, ominą ją kontuzje.

 

Łzy na korcie


Problemem Igi na pewno jest jeszcze utrzymanie równej formy i przede wszystkim psychika. To było widoczne szczególnie w ubiegłym roku. Niestety, dość często widzieliśmy Igę płaczącą, roztrzęsioną i załamaną po porażkach, krzyczącą na korcie. Często nie wytrzymywała napięcia w trudnych, stresujących, decydujących momentach meczów. Przegrywała je nie tyle umiejętnościami i formą, co odpornością psychiczną.

 

Jeśli to uda się zmienić, rywalkom może być ciężko pokonać Igę. Pierwszy sygnał, że ku temu zmierza, mieliśmy kilka dni temu w meczu 1/8 finału Australian Open z Soraną Cirsteą. Świątek przegrała pierwszego seta, w drugim kilka razy Rumunka miała szanse na przełamanie i mogło być po meczu. Wszystko wisiało na włosku. Jednak tym razem, w przeciwieństwie do wielu meczów w 2021 roku, Iga dała sobie z tym radę, potrafiła odwrócić niekorzystny rozwój sytuacji, podnieść się w ciężkim momencie.

 

Tajemnicze zwolnienie Sierzputowskiego


Teoretycznie Świątek powinna być pod względem psychicznym, mentalnym, znakomicie przygotowana. Od dłuższego czasu bowiem bardzo ściśle współpracuje z psychologiem sportu, Darią Abramowicz, która teraz także wspomaga ją w Melbourne. W ubiegłym roku jednak efekty tej współpracy dalekie były od ideału, delikatnie mówiąc. W środowisku tenisowym krążą różne opinie i zakulisowe informacje na temat roli i wpływu Darii Abramowicz na młodą zawodniczkę.

 

Rozmawiałem z osobami, będącymi blisko naszej najlepszej tenisistki, które uważają, że przez to iż Abramowicz mocno zaprzyjaźniła się ze Świątek, ma na nią zbyt duży wpływ i nie zawsze jest to z korzyścią dla gry i zachowania młodej zawodniczki. Tajemnicze są okoliczności nagłego zwolnienia w grudniu 2021 roku trenera Piotra Sierzputowskiego, który doprowadził Igę do triumfu w French Open. Jeszcze we wtorek Sierzputowski i Świątek spotkali się z dziennikarzami i wyglądało na to, że wszystko jest w porządku, gdy nagle w sobotę gruchnęła wieść, że Piotr nie jest już trenerem Igi.

 

Oficjalnie nie zostały podane przyczyny tego rozstania. Publicznie nikt nie chce o tym mówić, ale wiele osób sugeruje, że przyczyną mogły być nie tylko niezadawalające wyniki w drugiej połowie 2021 roku, ale także napięcia na linii Sierzputowski – Daria Abramowicz. Trener miał być podobno niezadowolony z coraz większego wpływu pani psycholog na karierę oraz postępowanie Igi i to co się dzieje w jej teamie.

 

Wiktorowski znów ratownikiem


Sierzputowski już z Igą nie pracuje, choć został wybrany trenerem roku 2020 w Polsce po triumfie swojej podopiecznej w Roland Garros. Jakim jest naprawdę szkoleniowcem, dowiemy się zapewne dopiero, gdy podejmie kolejne wyzwania, gdy będzie można ocenić efekty jego pracy z innymi tenisistkami lub tenisistami. W bardzo młodym wieku osiągnęli z Igą sukces światowego formatu, ale dziś trudno ocenić ile w tym zasługi trenera, a ile talentu Igi. I trudno ocenić, czy decyzja o jego zwolnieniu była słuszna, czy mógł jeszcze Idze pomóc, czy nie byłoby rozwoju.

 

Taki ruch miałby na pewno sens i był uzasadniony, gdyby w jego miejsce został zatrudniony jakiś zagraniczny trener o dużej renomie i sukcesach. Tak się nie stało. I fakt, że taki trener byłby bardzo drogi, to chyba tylko jeden z elementów i mniej znaczących. Najważniejsze było chyba to, że po nagłym rozstaniu, trzeba było szybko znaleźć nowego trenera dla Igi. W tym momencie angaż Wiktorowskiego jest naturalny. Był pod ręką, znał dobrze zawodniczkę, jest rodakiem, miał doświadczenie w świecie wielkiego tenisa ze współpracy z Radwańską. Co więcej, ojciec Igi Świątek i Wiktorowski, działali wspólnie przy organizacji turnieju WTA w Gdyni, ich kontakty były bardzo bliskie.

 

Nieszczęście jednych jest szczęściem innych. Tak też było w przypadku Sierzputowskiego i Wiktorowskiego. Ten drugi ponownie dostał od życia niebywałą szansę. Przed laty w trochę podobnej sytuacji jak teraz, był ratownikiem, gdy Agnieszce Radwańskiej przestała już się tak dobrze układać współpraca z ojcem-trenerem, potrzebowała nowego wyzwania. I wtedy klan Radwańskich postawił na Wiktorowskiego i nie rozczarowali się. Oby klan Świątków był z niego równie zadowolony na koniec 2022 roku.

 

Będzie nie do zatrzymania


W meczach z Kasatkiną i Cirsteą Iga grała jeszcze nierówno, nie była jeszcze w optymalnej formie, ale było już sporo takich momentów, uderzeń, że grała na poziomie ze zwycięskiego Roland Garros 2020. Być może są to pierwsze zwiastuny, że Wiktorowskiemu udało się coś odbudować, albo nawet dodać coś ekstra od siebie. Za wcześnie na takie oceny. Wnioski wyciągniemy po Wimbledonie i US Open.

 

Kiedy Iga jest w formie, wchodzi w rytm, wtedy uderza jak nikt inny na świecie. Przy tym ofensywnym, dynamicznym stylu gry, jeszcze za często uderza zbyt mocno, potrafi wyrzucać piłki kilka metrów za linię, w sytuacjach, gdy można zagrać mocno, ale bardziej precyzyjnie. Jeszcze nie trzyma tego na stalowej linie – ręki i nerwów. Ale to przyjdzie z czasem, wiekiem i doświadczeniem. Gdy poprawi statystykę tych swoich bombowych uderzeń, będzie już nie do zatrzymania. Jak Lewandowski w polu karnym.

 

Już dziś Iga Świątek jest numerem 2 lub 3 wśród ambasadorów polskiego sportu na świecie. Na pewno za Robertem Lewandowskim i być może jeszcze za Robertem Kubicą, który najlepsze lata ma co prawda za sobą, ale w wielu krajach jest nadal mocno rozpoznawalny. Jednak za kilka lat to Iga Świątek może być polskim ambasadorem numerem 1.

Robert Zieliński/Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.