Pocztówka z Melbourne. Romantyczne tramwaje

Fantastyczny mecz Michała Przysiężnego, popisy komika Gaela Monfilsa, koszmarny upał i fenomenalny pojedynek Lleytona Hewitta z Andreasem Seppim. Wtorek był czarodziejskim dniem w Melbourne Park.
Kiedy po 4 godzinach i 18 minutach Lleyton Hewitt, największy australijski wojownik przegrał mecz z Andreasem Seppim, w Melbourne stanęły wszystkie tramwaje. Oficjalnie powodem niemocy był brak prądu, ale były wyśmienity deblista Mark Woodforde wyjaśnił to w krótkim żołnierskim meldunku. „Tramwaje nie stanęły z powodu morderczych upałów. One płaczą, bo Lleyton odpadł z turnieju” – rzekł człowiek ujmujący taktem i zbzikowaną wyobraźnią, zwycięzca w 67 turniejach deblowych, Mark Woodforde, współtwórca słynnego duetu „The Woodies” z Toddem Woodbridgem.
Tramwaj zwany pożądaniem
Była to iście filmowa scena. Miłośniczka gry podwójnej, Nicole Kidman, która wspaniale zagrała w produkcji pt. „Australia” byłaby zachwycona. Ostatnia piłka meczu, Włoch z Bolzano triumfuje, a mistrz Wimbledonu’2002 zasmuca się jakby runął cały jego świat. Tramwaje jak zaczarowane stają w miejscu. Mistrz ceremonii – Craig Willis, tubalnym głosem oznajmił, że kibice tenisa muszą wracać do domu per pedes, co przyjęto gromkimi brawami.
Wtorek, najgorętszy dzień podczas tegorocznego Australian Open. O godz. 17.45 temperatura osiągnęła rekordowy poziom: 42, 2 stopni Celsjusza. Dobrze, że tego dnia na korty nie wybrał się indywidualny mistrz Polski na żużlu z 2008 roku, Adam Skórnicki, bo skórę wysmażyłby niezgorzej niż kucharz z Hyatta przyrządzający boskie steki.
W Melbourne ludzie kochają sport do tego stopnia, że nic nie jest w stanie ich odwieść od wizyty na kortach.
Marzenia o rekordowej frekwencji
Dyrektor turnieju, Craig Tiley, z niepokojem spogląda w niebo, bo chciałby, aby temperatury spadły przynajmniej o 10 stopni. Obawia się o frekwencję, bo marzy mu się ustanowienie kolejnego rekordu. Cel: 700 000 widzów w trakcie dwóch tygodni zmagań. Nie ma powodu do stresu: publiczność ustawia się w koszmarnie długie kolejki już przed dziesiątą rano. Droga od przystanku tramwajowego pt. Rod Laver Arena do bram Melbourne Park przypomina drogę krzyżową.
A propos drogi krzyżowej. Podczas ostatniego meczu sesji wieczornej: Marii Szarapowej z Bethanie Mattek – Sands, australijscy kibice zademonstrowali nową wersję Papamobile. Dwóch fanów przebrało się w uniformy ochroniarzy, a papieżem (jak twierdzą pomysłodawcy skeczu) był Argentyńczyk, który przegrał mecz I rundy z Michałem Przysiężnym – Horacio Zeballos. Śpiewy niosły się daleko nad rzekę Yarra. Zeballos nijak nie mógł poradzić sobie z finezyjnym tenisem Michała Przysiężnego. „Ołówek” posyłał wspaniałe returny, mijał rywala przy siatce, grał piękne woleje, a Horacio był bezradny jak dziecko pozostawione bez opieki w dzielnicy La Boca w Buenos Aires. Przysiężny gra tenis swojego życia. Jak przystało na zodiakalnego Wodnika, lubi kroczyć niezbadanymi ścieżkami. Uwielbia buty Nike’a, a inne obuwie źle wpływa na jego Achillesy.
Wierny Rafa
Zdobywca 13 tytułów Wielkiego Szlema nigdy nie zwolnił nikogo ze swojego zaufanego teamu. „Jestem z tego dumny. Wierzę w kontynuację dawno rozpoczętego procesu. Lubię długofalowe przedsięwzięcia. Uważam, że jeśli zawodnik gra źle, to jest to wina tenisisty, a nie trenera” – wyznał gracz z Manacor.
Rafa żartuje, że wzorem Djokovicia, Murraya i Federera, też sięgnie po znane nazwisko, a chcąc podążyć tropem wielkich mistrzów, powinien zatrudnić leworęcznego geniusza, Johna McEnroe’a. W środę Rafa zamierza trenować przez godzinę, maksymalnie godzinę i kwadrans. Pracuś. Jeśli czegokolwiek zapomni spakować do torby, sam będzie cierpiał. Złoty chłopak z Majorki zna ból jaki przeżywa Bernie Tomic, bo sam przed laty kończył pojedynki na jednej nodze jak chociażby pamiętny pojedynek z Davidem Ferrerem podczas Australian Open 2011. Wówczas Rafa wytrzymał na korcie centralnym katusze, które trwały 153 minuty…
Tramwaj zwany pożądaniem
Była to iście filmowa scena. Miłośniczka gry podwójnej, Nicole Kidman, która wspaniale zagrała w produkcji pt. „Australia” byłaby zachwycona. Ostatnia piłka meczu, Włoch z Bolzano triumfuje, a mistrz Wimbledonu’2002 zasmuca się jakby runął cały jego świat. Tramwaje jak zaczarowane stają w miejscu. Mistrz ceremonii – Craig Willis, tubalnym głosem oznajmił, że kibice tenisa muszą wracać do domu per pedes, co przyjęto gromkimi brawami.
Wtorek, najgorętszy dzień podczas tegorocznego Australian Open. O godz. 17.45 temperatura osiągnęła rekordowy poziom: 42, 2 stopni Celsjusza. Dobrze, że tego dnia na korty nie wybrał się indywidualny mistrz Polski na żużlu z 2008 roku, Adam Skórnicki, bo skórę wysmażyłby niezgorzej niż kucharz z Hyatta przyrządzający boskie steki.
W Melbourne ludzie kochają sport do tego stopnia, że nic nie jest w stanie ich odwieść od wizyty na kortach.
Marzenia o rekordowej frekwencji
Dyrektor turnieju, Craig Tiley, z niepokojem spogląda w niebo, bo chciałby, aby temperatury spadły przynajmniej o 10 stopni. Obawia się o frekwencję, bo marzy mu się ustanowienie kolejnego rekordu. Cel: 700 000 widzów w trakcie dwóch tygodni zmagań. Nie ma powodu do stresu: publiczność ustawia się w koszmarnie długie kolejki już przed dziesiątą rano. Droga od przystanku tramwajowego pt. Rod Laver Arena do bram Melbourne Park przypomina drogę krzyżową.
A propos drogi krzyżowej. Podczas ostatniego meczu sesji wieczornej: Marii Szarapowej z Bethanie Mattek – Sands, australijscy kibice zademonstrowali nową wersję Papamobile. Dwóch fanów przebrało się w uniformy ochroniarzy, a papieżem (jak twierdzą pomysłodawcy skeczu) był Argentyńczyk, który przegrał mecz I rundy z Michałem Przysiężnym – Horacio Zeballos. Śpiewy niosły się daleko nad rzekę Yarra. Zeballos nijak nie mógł poradzić sobie z finezyjnym tenisem Michała Przysiężnego. „Ołówek” posyłał wspaniałe returny, mijał rywala przy siatce, grał piękne woleje, a Horacio był bezradny jak dziecko pozostawione bez opieki w dzielnicy La Boca w Buenos Aires. Przysiężny gra tenis swojego życia. Jak przystało na zodiakalnego Wodnika, lubi kroczyć niezbadanymi ścieżkami. Uwielbia buty Nike’a, a inne obuwie źle wpływa na jego Achillesy.
Wierny Rafa
Zdobywca 13 tytułów Wielkiego Szlema nigdy nie zwolnił nikogo ze swojego zaufanego teamu. „Jestem z tego dumny. Wierzę w kontynuację dawno rozpoczętego procesu. Lubię długofalowe przedsięwzięcia. Uważam, że jeśli zawodnik gra źle, to jest to wina tenisisty, a nie trenera” – wyznał gracz z Manacor.
Rafa żartuje, że wzorem Djokovicia, Murraya i Federera, też sięgnie po znane nazwisko, a chcąc podążyć tropem wielkich mistrzów, powinien zatrudnić leworęcznego geniusza, Johna McEnroe’a. W środę Rafa zamierza trenować przez godzinę, maksymalnie godzinę i kwadrans. Pracuś. Jeśli czegokolwiek zapomni spakować do torby, sam będzie cierpiał. Złoty chłopak z Majorki zna ból jaki przeżywa Bernie Tomic, bo sam przed laty kończył pojedynki na jednej nodze jak chociażby pamiętny pojedynek z Davidem Ferrerem podczas Australian Open 2011. Wówczas Rafa wytrzymał na korcie centralnym katusze, które trwały 153 minuty…
Komentarze