Pindera: W Zakopanem będzie spoko

Zimowe
Pindera: W Zakopanem będzie spoko
Kamila Stocha dobry humor nie opuszcza. Oby nie opuściła go też wysoka fora, w której się znajduje / fot. PAP

To słowa Kamila Stocha, który konkurs w Wiśle zakończył na drugim miejscu i dalej jest liderem klasyfikacji generalnej Pucharu Świata. Najważniejsze, że polski mistrz świata z Val di Fiemme skacze nie tylko pięknie, ale też coraz dalej.

W pierwszej serii na skoczni im. Adama Małysza miał wprawdzie drobne problemy z lądowaniem ( nie wykonał telemarku), ale w drugiej wszystko było już bez zarzutu.

I kiedy Stoch mówi pewnym głosem, że jest dobrej myśli przed konkursami w Zakopanem, bo ma jeszcze rezerwy, to ja mu wierzę i mam tylko nadzieję, że tak naprawdę spoko to będzie dopiero w Soczi, a nie na Wielkiej Krokwi.

Oczywiście nie ukrywam, że to moja życzeniowa interpretacja wypowiedzi najlepszego polskiego skoczka, który coraz pewniej czuje się nie tylko na progu, ale również przed kamerami, gdy z refleksem i szczyptą złośliwości odpowiada na pytania.

Stoch jest w dobrej sytuacji, bo z rywalami nie musi walczyć sam. Tym razem ciężar prowadzenia po pierwszej serii wziął na siebie Janek Ziobro, zdejmując bagaż odpowiedzialności z ramion Kamila, który w finałowej próbie zaatakował z piątego miejsca.

Nie wiem dlaczego, ale przypomniała mi się sytuacja sprzed lat, gdy na kolarskich mistrzostwach świata w Barcelonie  rządzili Ryszard Szurkowski i Stanisław Szozda. Wtedy to nieżyjący już Szozda umożliwił Szurkowskiemu zwycięski finisz po tęczową koszulkę mistrza świata. Jest tylko jedna drobna różnica: Szozda nie dał zepchnąć się z podium, był drugi, a Ziobro przegrał z wiatrem zajmując ostatecznie szóste miejsce  

Ale warto przy tym pamiętać, że skoki narciarskie nie mają wiele wspólnego z kolarstwem: to chwilami niezrozumiała, choć niewątpliwie magiczna dyscyplina. Trudno bowiem wytłumaczyć, że najlepsi na świecie, najzdolniejsi, prawie geniusze przestworzy przegrywają nagle z ludźmi znikąd.

Tak przecież było na ostatnim Turnieju Czterech Skoczni, który wygrał szerzej nieznany Thomas Diethart. W Wiśle młody Austriak zajął  jednak czwarte miejsce i potwierdził, że wciąż należy się z nim liczyć. Przed Soczi grono tych, którzy atakują z drugiego szeregu jest coraz większe. Kolejnym, który znalazł się w tym towarzystwie jest 18. letni Niemiec Andreas Wellinger (najlepszy w Wiśle) i trzeci w tym konkursie, inny z Austriaków, Michael Hayboeck.

Tymczasem Gregor Schlierenzauer, as w talii Alexandra Pointnera jest dopiero ósmy, a jego starsi koledzy, Andreas Kofler i Wolfgang Loitzl będą do końca z drżeniem serca czekać na decyzję trenera, bo sygnałów, że ich obecność w austriackiej kadrze na igrzyskach w Soczi może się okazać zbyteczna, jest coraz więcej.

W Wiśle najdalej latał Słoweniec Peter Prevc, ale podpórka w pierwszym skoku, gdy wylądował dalej od rekordu skoczni nie dała mu szans walczyć o zwycięstwo, ostatecznie był piąty, przed Jankiem Ziobro.

Z dziesięciu Polaków, którzy wystartowali w tym konkursie, siedmiu zakwalifikowało się do serii finałowej. Pazur pokazał z niej Piotr Żyła (12. miejsce), który obok Stocha i Ziobry wyrasta na jednego z trzech pewniaków do wyjazdu na igrzyska.

W sobotę w Zakopanem konkurs drużynowy, dzień później indywidualny i decyzja Łukasza Kruczka, który ogłosi kogo zabierze do Soczi. Nic dziwnego, że walka na Wielkiej Krokwi o olimpijskie nominacje już teraz budzi wielkie emocje.
Janusz Pindera, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze