Pindera: Wielki Stoch i wielcy, złoci juniorzy

Zimowe
Pindera: Wielki Stoch i wielcy, złoci juniorzy
Podium niedzielnego konkursu w Willingen - Kamil Stoch, Severin Freund (z lewej) i Peter Prevc/ fot. PAP/EPA

Na tydzień przed pierwszym konkursem w Soczi znamy już nazwisko faworyta. Jest nim Kamil Stoch, zwycięzca dwóch przedolimpijskich konkursów w Willingen. Oby tylko wytrzymał presję, bo będzie ogromna, a igrzyska, to nie są zawody takie jak inne.

Styl w jakim Polak wygrywał w Willingen i wrócił na pozycję lidera klasyfikacji generalnej Pucharu Świata musiał zrobić wrażenie na jego rywalach. Również na tych, których na tych konkursach zabrakło. W niedzielę, po pierwszej serii Stoch był drugi za Słoweńcem Peterem Prevcem, choć wylądował półtora metra dalej, ale w drugiej nie pozostawił już najmniejszych wątpliwości nokautując nie tylko jego, ale też ostatecznie drugiego w tym konkursie Severina Freunda. Stoch skoczył 145 metrów, Niemiec 141,5 m, a Prevc  tylko 132 m. Wygrana Polaka jest miażdżąca i teraz, chce czy nie chce, musi się liczyć z tym, że będzie uznawany za wielkiego faworyta rozpoczynających się już w najbliższy piątek Zimowych Igrzysk Olimpijskich w Soczi.

Na razie się cieszy, bo jest z czego, a pytany czego oczekuje po igrzyskach inteligentnie odpowiada, że dobrej pogody i przyjaznego wiatru. O medalach, słusznie, nie wspomina  nawet jednym słowem. Zrobią, to za niego inni. Będzie bombardowany na tę okoliczność ze wszystkich stron. I od niego tylko zależy, czy to bombardowanie wytrzyma.

Doświadczenie już ma, więc szansa, że da sobie radę jest duża. Pod koniec minionego roku był przecież podobnie jak teraz liderem PŚ i faworytem Turnieju Czterech Skoczni. Wtedy presji nie wytrzymał, ale na szczęście historia nie zawsze się powtarza. Nie można jednak zapominać, że igrzyska to jednak impreza inna niż wszystkie, to zadanie  tylko dla orłów. Ma więc rację trener Austriaków Alexander Pointner, gdy mówi, że na olimpijskim podium staną tylko skoczkowie o mocnych nerwach, tacy, którzy wytrzymają towarzyszące ich występom napięcie.

Na razie niestety nie widać nikogo w polskiej ekipie, kto mógłby Stocha na olimpijskich skoczniach wesprzeć. Dawid Kubacki wygrywa kwalifikacje, ale w konkursie nie jest już tak mocny. Piotr Żyła skacze bliżej niż w ubiegłym sezonie, a Janek Ziobro, który tak postraszył konkurentów pod koniec minionego roku też trochę spuścił z tonu. Kto wie, może Maciek Kot wstrzeli się z formą na igrzyska, na razie w tym co robi jest solidny, przewidywalny, ale nic więcej.

Przed rokiem Polacy zdobyli pierwszy w historii skoków medal mistrzostw świata w konkursie drużynowym. Z Val di Fiemme  wrócili z brązowym medalem i zapewne głęboko wierzą, że w Soczi też są w stanie stanąć na podium. Ale po ostatnich występach w Willingen nic nie jest już tak oczywiste, poza olimpijską formą Kamila Stocha.

Przyszłość nam nie straszna

Po mistrzostwach świata juniorów w Predazzo nie tylko prezes Apoloniusz Tajner puszy się zapewne jak paw. Złote medale Jakuba Wolnego i drużyny w składzie: Wolny, Klemens Murańka, Aleksander Zniszczoł, Krzysztof Biegun), które oklaskiwał na miejscu Adam Małysz są kolejnym potwierdzeniem, że polskie skoki idą właściwą drogą. Kiedy Małysz w 2003 roku szturmem zdobył Predazzo i wywalczył tam dwa złote medale mistrzostw świata, był samotnym „Orłem z Wisły” i nic nie wskazywało, że kiedy zakończy karierę będzie miał godnych następców. A jednak ma. Stoch w tym samym, szczęśliwym dla Polaków Predazzo wygrał mistrzostwa świata rok temu, a drużyna też zdobyła medal. Teraz „Dolinę Płomieni” zawojowali nasi juniorzy. Tak trzymać, a o kolejne zimowe igrzyska możemy być spokojni.
Janusz Pindera, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze