Pindera: Z nożem na sędziego

Sprawca przestępstwa, wiceprezes Polskiego Związku Bokserskiego Mustafa Kocinoglu, jest w areszcie, a ofiara- sędzia międzynarodowy Zbigniew Zagrodnik - pod opieką lekarzy. Na szczęście obrażenia, jakich doznał, nie zagrażają jego życiu i pod koniec tygodnia prawdopodobnie opuści szpital.
Wszyscy są w szoku, bo to zdarzyło się naprawdę. Najpierw była sprzeczka, a później wiceprezes wyciągnął nóż i kilkakrotnie ugodził nim sędziego. Następnie uciekł z miejsca przestępstwa. Kilka godzin później, po drugiej w nocy, został zatrzymany we własnym mieszkaniu na Mokotowie. W chwili zatrzymania był pijany, miał ponad dwa promile w wydychanym powietrzu. Sędzia Zagrodnik wtedy był już po operacji, najważniejsze, że życie jego nie było zagrożone.
Co się tak naprawdę stało, jak do tego doszło? Kiedy w poniedziałek wieczorem w jednych z hotelowych pokoi przy ul. 17 Stycznia doszło do awantury prezesa Polskiego Związku Bokserskiego, Zbigniewa Górskiego już tam nie było. W hotelu Gromada, niedaleko lotniska Okęcie, związek ma swoją siedzibę, ale prezes podkreśla, że to tragiczne zdarzenie miało miejsce podczas prywatnego spotkania, w pokoju zajmowanym przez nowego trenera kadry narodowej pięściarzy, Białorusina Walerego Korniłowa, który następnego dnia poleciał z kilkoma zawodnikami na turniej do Debreczyna.
Wcześniej miało miejsce oficjalne spotkanie członków ekipy z prezesem, była też wspólna kolacja w hotelowej restauracji. Dopiero po niej w hotelu pojawił się spóźniony sędzia Zagrodnik, który miał lecieć z ekipą na Węgry.
Prezes Górski pytany o Mustafę Kocinoglu wyraża się o nim bardzo pochlebnie. – Swoje obowiązki wiceprezesa do spraw finansowych wykonywał bez zarzutu. Był na każde zawołanie, nigdy też nie zapytał za ile – mówi prezes PZB.
Opowiada też, że Kocinoglu, mający podwójne obywatelstwo, tureckie i polskie, był jednym z pierwszych członków zarządu,który na początku kadencji przyniósł z sądu zaświadczenie o niekaralności. Ponoć ciągnęły się za nim różne historie, nie wszystkie wprawdzie sprawdzone, ale wystawiające mu nie najlepsze świadectwo. I trudno powiedzieć, czy to były tylko plotki.
Jedno nie ulega wątpliwości, Mustafa Kocinoglu kochał boks, nie żałował własnych pieniędzy by go wspomagać, i był gotów, jak mówi jeden z moich rozmówców, dać się za niego pokrajać, albo, jak widać po tym co wydarzyło się w jednym z hotelowych pokoi przy u. 17 Stycznia w Warszawie krajać innych, jeśli mieli odrębne zdanie.
Ci, co go znali mówią, że jak wypił, wstępował w niego diabeł, był nieobliczalny, ale do rękoczynów, nie mówiąc o ataku z nożem, nigdy wcześniej nie doszło. Tym większy więc szok po tym, co się stało. Dla prezesa Górskiego, to cios tym bardziej bolesny, gdyż związek ma wiele problemów, ale ostatnio pojawiły się symptomy, że powoli wychodzi na prostą. Jest nowy trener kadry męskiej, z którego zawodnicy ponoć są bardzo zadowoleni, a panie wystartują na tegorocznych mistrzostwach Europy i świata z realnymi szansami na medale. A tu zupełnie niespodziewane pchnięcie nożem nie tylko w sędziego, ale też w wizerunek związku, który przecież od dawna leży na deskach i z trudem próbuje z nich wstawać.
Od razu bowiem przypomina się podobna historia sprzed kilku lat. Podczas zgrupowania kadry na Fortach Bema w Warszawie jeden z pięściarzy ugodził drugiego nożem. Cudem nie doszło wtedy do tragedii, choć niewiele brakowało. Teraz sytuacja się powtarza, tyle, że napastnikiem jest wiceprezes. Smutne, że o polskim boksie olimpijskim głośno robi się tylko przy okazji takich skandali.
Co się tak naprawdę stało, jak do tego doszło? Kiedy w poniedziałek wieczorem w jednych z hotelowych pokoi przy ul. 17 Stycznia doszło do awantury prezesa Polskiego Związku Bokserskiego, Zbigniewa Górskiego już tam nie było. W hotelu Gromada, niedaleko lotniska Okęcie, związek ma swoją siedzibę, ale prezes podkreśla, że to tragiczne zdarzenie miało miejsce podczas prywatnego spotkania, w pokoju zajmowanym przez nowego trenera kadry narodowej pięściarzy, Białorusina Walerego Korniłowa, który następnego dnia poleciał z kilkoma zawodnikami na turniej do Debreczyna.
Wcześniej miało miejsce oficjalne spotkanie członków ekipy z prezesem, była też wspólna kolacja w hotelowej restauracji. Dopiero po niej w hotelu pojawił się spóźniony sędzia Zagrodnik, który miał lecieć z ekipą na Węgry.
Prezes Górski pytany o Mustafę Kocinoglu wyraża się o nim bardzo pochlebnie. – Swoje obowiązki wiceprezesa do spraw finansowych wykonywał bez zarzutu. Był na każde zawołanie, nigdy też nie zapytał za ile – mówi prezes PZB.
Opowiada też, że Kocinoglu, mający podwójne obywatelstwo, tureckie i polskie, był jednym z pierwszych członków zarządu,który na początku kadencji przyniósł z sądu zaświadczenie o niekaralności. Ponoć ciągnęły się za nim różne historie, nie wszystkie wprawdzie sprawdzone, ale wystawiające mu nie najlepsze świadectwo. I trudno powiedzieć, czy to były tylko plotki.
Jedno nie ulega wątpliwości, Mustafa Kocinoglu kochał boks, nie żałował własnych pieniędzy by go wspomagać, i był gotów, jak mówi jeden z moich rozmówców, dać się za niego pokrajać, albo, jak widać po tym co wydarzyło się w jednym z hotelowych pokoi przy u. 17 Stycznia w Warszawie krajać innych, jeśli mieli odrębne zdanie.
Ci, co go znali mówią, że jak wypił, wstępował w niego diabeł, był nieobliczalny, ale do rękoczynów, nie mówiąc o ataku z nożem, nigdy wcześniej nie doszło. Tym większy więc szok po tym, co się stało. Dla prezesa Górskiego, to cios tym bardziej bolesny, gdyż związek ma wiele problemów, ale ostatnio pojawiły się symptomy, że powoli wychodzi na prostą. Jest nowy trener kadry męskiej, z którego zawodnicy ponoć są bardzo zadowoleni, a panie wystartują na tegorocznych mistrzostwach Europy i świata z realnymi szansami na medale. A tu zupełnie niespodziewane pchnięcie nożem nie tylko w sędziego, ale też w wizerunek związku, który przecież od dawna leży na deskach i z trudem próbuje z nich wstawać.
Od razu bowiem przypomina się podobna historia sprzed kilku lat. Podczas zgrupowania kadry na Fortach Bema w Warszawie jeden z pięściarzy ugodził drugiego nożem. Cudem nie doszło wtedy do tragedii, choć niewiele brakowało. Teraz sytuacja się powtarza, tyle, że napastnikiem jest wiceprezes. Smutne, że o polskim boksie olimpijskim głośno robi się tylko przy okazji takich skandali.
Komentarze