Płonka: Mołdawia to małe państwo, ale w rugby radzi sobie znakomicie

Pokonać Mołdawię – to cel polskich rugbistów przed sobotnim meczem Pucharu Narodów Europy w Siedlcach. W grupie goście wyprzedzają nas o jedną pozycję - zajmują drugie miejsce. Ponadto biało-czerwoni nie wygrali z nimi w żadnym z trzech ostatnich spotkań. - Ich zawodnicy grają na wysokim poziomie w lidze angielskiej. Spora część zespołu występuje też w lidze rosyjskiej. Mołdawia to małe państwo, ale w rugby radzi sobie znakomicie – mówi trener Polaków, Marek Płonka.
Nowa reprezentacja, nowy trener i wszyscy chwalą dobrą atmosferę.
Takie było założenie. Ponadto chcieliśmy oprzeć drużynę na zawodnikach grających w Polsce. Mamy problemy ze ściąganiem chłopaków z ligi francuskiej. Kluby po prostu nie chcą ich puszczać. Rugbyści z polskiej ligi są zdecydowanie bardziej dyspozycyjni. Zawsze przecież może się zdarzyć tak, że na ważny mecz, kluby zawodników nie puszczą. I wtedy naprawdę będziemy w kropce.
Pamięta pan, wcześniej było trochę zgrzytów wśród polskich zawodników, bo tych Francuzów z polskimi korzeniami miało być co najwyżej pół składu, a często kończyło się na tym, że Polaków było tylko trzech… Postanowił pan to zmienić i mecze z Czechami i z Szwecją udowodniły, że w tej drużynie jest jednak potencjał.
Był czas zawodników Tomka Putry, teraz jest czas zawodników, którym ja zaufałem. Muszą się wykazać. Muszą potwierdzić , że się nie pomyliliśmy. Mają stworzyć dobre widowisko i respektować założenia taktyczne. To wszystko składa się na dobrą drużynę. I przede wszystkim to, o czym wspomniał pan na wstępie – atmosfera. Bez dobrej atmosfery niczego nie zbudujemy.
Udowodniłeś poniekąd, że ryzyko na tym poziomie się opłaca. Przykład Perzaka w młynie. Jednym słowem: odgrzałeś starą gwardię, doszła młodzież i to rzeczywiście się sprawdza.
Ja tych zawodników bardzo dobrze znam Z ligi. Dlatego dużo łatwiej było mi stworzyć z nich drużynę. Jak dla mnie Karol Perzak był objawieniem zeszłego sezonu. Chłopak, który tylko pogrywał gdzieś tam w rugby, bo na pewno nie grał, nagle staje się podporą reprezentacji. Bardzo na niego liczę. Ale rugby jest taką dyscypliną, że nie da się wystawiać samych młodziaków. Zresztą na niektórych pozycjach 30-latek jest jeszcze młodym zawodnikiem (np. pierwsza linia młyna). Natomiast w ataku taki 30-latek to już zawodnik delikatnie doświadczony. Także trzeba zaufać tym starszym zawodnikom. Teraz mecz z Mołdawią, doświadczoną reprezentacją, która długo gra tym samym składem. Musimy się im przeciwstawić podobnym materiałem ludzkim. Zawodnikami o podobnej budowie, ciężkimi, doświadczonymi, grającymi dobrze na swoich pozycjach.
To będzie pana najtrudniejszy mecz po objęciu kadry. Nasz ostatni bilans z Mołdawią nie jest imponujący: dwie porażki i remis. Wypada to zmienić, prawda?
Wracając do początku pytania: najtrudniejszy jest zawsze pierwszy mecz. Potem to już jakoś idzie. Zdaję sobie sprawę, że Mołdawia jest bardzo silna. Może to małe państwo, ale w rugby bardzo dobre. Ich zawodnicy grają na wysokim poziomie w lidze angielskiej. Spora część też w lidze rosyjskiej. Także nasi zawodnicy się o tym przekonali. Już wielokrotnie oglądałem ten ostatni mecz z Mołdawią. Zastanawiam się, co tu można zrobić, żeby zatrzymać ich w tym młynie. Bo naprawdę Polakom było wtedy bardzo ciężko. Myślę jednak, że skład, który udało mi się zebrać, poradzi sobie lepiej. Natomiast nie znam jeszcze recepty. Będziemy nad tym pracować. Przede wszystkim chcę, żebyśmy grali w rugby. Nie jest dla mnie ważne, czy będziemy pięknie atakować, po prostu trzeba zdobywać punkty. Cieszyłbym się, gdybyśmy wygrali choćby jednym oczkiem, bo znam wagę przeciwnika. Oni przecież pokonali Niemców – można powiedzieć, że ich praktycznie zdemolował w młynie. A Niemcy wygrali z nami, choć uważam, że ten mecz akurat nam wyjątkowo nie wyszedł. Obnażył nasze słabości. Ale może to i dobrze – nowy materiał do nauki. Natomiast na Mołdawię trzeba przygotować się już perfekcyjnie.
A jak ze sztabem? Wiem, że pojawił się trener od młyna, a niedługo przyjedzie z Francji specjalista od siódemek. Na pewno kadra na tym skorzysta.
Ten trener siódemek był znakomitym zawodnikiem. Grałem przeciwko niemu we Francji. Facet zresztą zaliczył kilka meczów w pierwszej reprezentacji tego kraju. Nazywa się Thierry Janeczek – ma polskie korzenie, także trochę się z nami utożsamia. Zastąpił trenera Skrelę, który teraz po prostu nie ma na to czasu. Natomiast mogę powiedzieć, że zaproponowałem też przyjazd mojemu koledze z drużyny – Didierowi Retiere’owi. To człowiek, który od zawsze jest związany z młynem. Dwa lata temu skończył pracę z pierwszą reprezentacją Francji. Teraz pracuje w Narodowym Centrum Rugby – odpowiada za młyny wszystkich francuskich reprezentacji i do tego obsługuje tę nową niesamowitą maszynę, która imituje młyn przeciwnika.
Jak pańscy koledzy ocenili potencjał ludzki naszej kadry?
Szczerze powiedziawszy, to jeszcze ich dobrze nie widzieli. Ja wiem, jakim potencjałem dysponuję. Rozmawiałem z trenerem młyna, jak się przeciwstawić Mołdawii. Dał mi parę wskazówek. Myślę, że jeszcze szerzej wykorzystam jego umiejętności. Bo nawet jeśli powie to samo, co ja – to przecież powie to trener reprezentacji Francji. Jego słowa mają troszkę większą wagę. Natomiast my tutaj prochu nie wymyślimy. Musimy po prostu być mocni w młynie, musimy się związać. Bo przecież to jest serce drużyny. Jak się traci piłki przy swoich wrzutach, to przecież szkoda słów. Tu musimy wymyślić coś, żeby przechwycić piłki. Mam pomysł, jak to osiągnąć.
Ale pewnie jakieś wnioski się u nich już pojawiły. Jak oceniają takiego Perzaka? On naprawdę ma potencjał. No ale wiadomo – rugby to nadal w Polsce sport niszowy. To wy macie pociągnąć go w górę. Powalczyć o promocję. Zagraniczni trenerzy pomagają panu też w szkoleniu tych zawodników, w ich zagranicznych wyjazdach?
Wiadomo, że we Francji zawodnicy są troszkę inaczej szkoleni. Ale na pewno nie umniejsza to naszym trenerom. Byłem przez tydzień we Francji, przyglądałem się treningom Stade France. I proszę mi wierzyć – niewiele się różnią od naszych. Ale ciekawą rzecz powiedział mi Thierry Janeczek – do pewnego momentu wszędzie szkoli się zawodników tak samo. Tylko potem trzeba naprawiać te detale. Trzeba znaleźć te detale, które źle idą i je naprawiać. Trener reprezentacji nie jest od nauczania podstawowych rzeczy, bo zawodnicy muszą to wynieść z klubów. Ja zawsze dziękuję trenerom klubowym za to, że dostaje taki materiał ludzki. Natomiast musimy dostosować te umiejętności do naszego stylu gry i naprawiać pewne drobne usterki. Wiele rzeczy wyszło w meczu z Niemcami. I cieszę się z tego. Uważam jednak, że nie zasłużyliśmy na taki wynik. Gra była otwarta z obu stron, ale Niemcy okazali się lepsi organizacyjnie. Dlatego pojechaliśmy w tym roku na obóz do Tunezji. Przetrenowaliśmy razem cały tydzień. Tego właśnie nam brakuje – musimy być razem, grać nawet z przeciwnikiem, który złoi nam skórę. Bo to najlepsza nauka. Nie sztuką jest przegrać mecz, sztuką jest wyciągnąć z tego wnioski.
Mecze w Warszawie pokazały, że macie wiernych kibiców. W Berlinie Polaków było więcej niż Niemców. Czas pokazać im, że polskie rugby idzie do przodu.
Zawsze powtarzam swoim zawodnikom, że każdy mecz można przegrać. Taki jest sport. Tylko liczy się jeszcze forma tej przegranej. Można się wstydzić tego meczu, albo sobie powiedzieć: dałem z siebie wszystko, ale po prostu byli lepsi. Chciałbym, żeby moi podopieczni właśnie tak do tego podchodzili. Żeby kibice też to rozumieli. Na pewno nikt nie wychodzi na boisko, żeby przegrać. Chłopaki wychodzą, żeby wygrać i zawsze dają z siebie maksa. Poza tym staram się szanować zawodników rezerwowych i chcę, żeby dostawali więcej szans. By mogli się pokazać i dać odpoczynek zawodnikom, którzy wcześniej się namordowali. Oni po prostu muszą się pokazać z dobrej strony – bo ja mi zaufałem. Także tak jak mówię – gramy dla kibiców. Czujemy, że dzieje się coś fajnego i nie chcemy tego stracić.
Wiem, że poza rugby interesujesz się jeszcze zawodami Husky. Powiedz coś o tym, bo to trochę taka nieznana twarz Marka Płonki.
Zainspirowała mnie żona. Gdy uśpiliśmy psa, uznałem, że najlepszym lekarstwem będzie kupienie drugiego. Zdecydowałem się na Huskiego, bo czytałem, że są to psy rasy pierwotnej, że nie chorują, że nie ma z nimi problemów. No i kupiliśmy. Gdy pojechaliśmy na pierwsze zawody jako widzowie, tzn. żona wystartowała, a my z synem patrzyliśmy i od razu uznaliśmy, że jest to fajna odskocznia. Wie pan, jeśli ktoś kończy ze sportem wyczynowym, ciężko mu w ogóle zerwać ze sportem. Starałem się znaleźć coś dodatkowego. No i znalazłem. Potem były zawody, syn dostał psa w nagrodę za zwycięstwo. Następne zawody. Stwierdziliśmy, że dwa psy w zaprzęgu to za mało. Doszedł trzeci. Teraz już tych psów niestety nie ma. Pod koniec ich życia prowadziliśmy zajęcia z dziećmi niepełnosprawnymi. Brakuje nam ich.
Takie było założenie. Ponadto chcieliśmy oprzeć drużynę na zawodnikach grających w Polsce. Mamy problemy ze ściąganiem chłopaków z ligi francuskiej. Kluby po prostu nie chcą ich puszczać. Rugbyści z polskiej ligi są zdecydowanie bardziej dyspozycyjni. Zawsze przecież może się zdarzyć tak, że na ważny mecz, kluby zawodników nie puszczą. I wtedy naprawdę będziemy w kropce.
Pamięta pan, wcześniej było trochę zgrzytów wśród polskich zawodników, bo tych Francuzów z polskimi korzeniami miało być co najwyżej pół składu, a często kończyło się na tym, że Polaków było tylko trzech… Postanowił pan to zmienić i mecze z Czechami i z Szwecją udowodniły, że w tej drużynie jest jednak potencjał.
Był czas zawodników Tomka Putry, teraz jest czas zawodników, którym ja zaufałem. Muszą się wykazać. Muszą potwierdzić , że się nie pomyliliśmy. Mają stworzyć dobre widowisko i respektować założenia taktyczne. To wszystko składa się na dobrą drużynę. I przede wszystkim to, o czym wspomniał pan na wstępie – atmosfera. Bez dobrej atmosfery niczego nie zbudujemy.
Udowodniłeś poniekąd, że ryzyko na tym poziomie się opłaca. Przykład Perzaka w młynie. Jednym słowem: odgrzałeś starą gwardię, doszła młodzież i to rzeczywiście się sprawdza.
Ja tych zawodników bardzo dobrze znam Z ligi. Dlatego dużo łatwiej było mi stworzyć z nich drużynę. Jak dla mnie Karol Perzak był objawieniem zeszłego sezonu. Chłopak, który tylko pogrywał gdzieś tam w rugby, bo na pewno nie grał, nagle staje się podporą reprezentacji. Bardzo na niego liczę. Ale rugby jest taką dyscypliną, że nie da się wystawiać samych młodziaków. Zresztą na niektórych pozycjach 30-latek jest jeszcze młodym zawodnikiem (np. pierwsza linia młyna). Natomiast w ataku taki 30-latek to już zawodnik delikatnie doświadczony. Także trzeba zaufać tym starszym zawodnikom. Teraz mecz z Mołdawią, doświadczoną reprezentacją, która długo gra tym samym składem. Musimy się im przeciwstawić podobnym materiałem ludzkim. Zawodnikami o podobnej budowie, ciężkimi, doświadczonymi, grającymi dobrze na swoich pozycjach.
To będzie pana najtrudniejszy mecz po objęciu kadry. Nasz ostatni bilans z Mołdawią nie jest imponujący: dwie porażki i remis. Wypada to zmienić, prawda?
Wracając do początku pytania: najtrudniejszy jest zawsze pierwszy mecz. Potem to już jakoś idzie. Zdaję sobie sprawę, że Mołdawia jest bardzo silna. Może to małe państwo, ale w rugby bardzo dobre. Ich zawodnicy grają na wysokim poziomie w lidze angielskiej. Spora część też w lidze rosyjskiej. Także nasi zawodnicy się o tym przekonali. Już wielokrotnie oglądałem ten ostatni mecz z Mołdawią. Zastanawiam się, co tu można zrobić, żeby zatrzymać ich w tym młynie. Bo naprawdę Polakom było wtedy bardzo ciężko. Myślę jednak, że skład, który udało mi się zebrać, poradzi sobie lepiej. Natomiast nie znam jeszcze recepty. Będziemy nad tym pracować. Przede wszystkim chcę, żebyśmy grali w rugby. Nie jest dla mnie ważne, czy będziemy pięknie atakować, po prostu trzeba zdobywać punkty. Cieszyłbym się, gdybyśmy wygrali choćby jednym oczkiem, bo znam wagę przeciwnika. Oni przecież pokonali Niemców – można powiedzieć, że ich praktycznie zdemolował w młynie. A Niemcy wygrali z nami, choć uważam, że ten mecz akurat nam wyjątkowo nie wyszedł. Obnażył nasze słabości. Ale może to i dobrze – nowy materiał do nauki. Natomiast na Mołdawię trzeba przygotować się już perfekcyjnie.
A jak ze sztabem? Wiem, że pojawił się trener od młyna, a niedługo przyjedzie z Francji specjalista od siódemek. Na pewno kadra na tym skorzysta.
Ten trener siódemek był znakomitym zawodnikiem. Grałem przeciwko niemu we Francji. Facet zresztą zaliczył kilka meczów w pierwszej reprezentacji tego kraju. Nazywa się Thierry Janeczek – ma polskie korzenie, także trochę się z nami utożsamia. Zastąpił trenera Skrelę, który teraz po prostu nie ma na to czasu. Natomiast mogę powiedzieć, że zaproponowałem też przyjazd mojemu koledze z drużyny – Didierowi Retiere’owi. To człowiek, który od zawsze jest związany z młynem. Dwa lata temu skończył pracę z pierwszą reprezentacją Francji. Teraz pracuje w Narodowym Centrum Rugby – odpowiada za młyny wszystkich francuskich reprezentacji i do tego obsługuje tę nową niesamowitą maszynę, która imituje młyn przeciwnika.
Jak pańscy koledzy ocenili potencjał ludzki naszej kadry?
Szczerze powiedziawszy, to jeszcze ich dobrze nie widzieli. Ja wiem, jakim potencjałem dysponuję. Rozmawiałem z trenerem młyna, jak się przeciwstawić Mołdawii. Dał mi parę wskazówek. Myślę, że jeszcze szerzej wykorzystam jego umiejętności. Bo nawet jeśli powie to samo, co ja – to przecież powie to trener reprezentacji Francji. Jego słowa mają troszkę większą wagę. Natomiast my tutaj prochu nie wymyślimy. Musimy po prostu być mocni w młynie, musimy się związać. Bo przecież to jest serce drużyny. Jak się traci piłki przy swoich wrzutach, to przecież szkoda słów. Tu musimy wymyślić coś, żeby przechwycić piłki. Mam pomysł, jak to osiągnąć.
Ale pewnie jakieś wnioski się u nich już pojawiły. Jak oceniają takiego Perzaka? On naprawdę ma potencjał. No ale wiadomo – rugby to nadal w Polsce sport niszowy. To wy macie pociągnąć go w górę. Powalczyć o promocję. Zagraniczni trenerzy pomagają panu też w szkoleniu tych zawodników, w ich zagranicznych wyjazdach?
Wiadomo, że we Francji zawodnicy są troszkę inaczej szkoleni. Ale na pewno nie umniejsza to naszym trenerom. Byłem przez tydzień we Francji, przyglądałem się treningom Stade France. I proszę mi wierzyć – niewiele się różnią od naszych. Ale ciekawą rzecz powiedział mi Thierry Janeczek – do pewnego momentu wszędzie szkoli się zawodników tak samo. Tylko potem trzeba naprawiać te detale. Trzeba znaleźć te detale, które źle idą i je naprawiać. Trener reprezentacji nie jest od nauczania podstawowych rzeczy, bo zawodnicy muszą to wynieść z klubów. Ja zawsze dziękuję trenerom klubowym za to, że dostaje taki materiał ludzki. Natomiast musimy dostosować te umiejętności do naszego stylu gry i naprawiać pewne drobne usterki. Wiele rzeczy wyszło w meczu z Niemcami. I cieszę się z tego. Uważam jednak, że nie zasłużyliśmy na taki wynik. Gra była otwarta z obu stron, ale Niemcy okazali się lepsi organizacyjnie. Dlatego pojechaliśmy w tym roku na obóz do Tunezji. Przetrenowaliśmy razem cały tydzień. Tego właśnie nam brakuje – musimy być razem, grać nawet z przeciwnikiem, który złoi nam skórę. Bo to najlepsza nauka. Nie sztuką jest przegrać mecz, sztuką jest wyciągnąć z tego wnioski.
Mecze w Warszawie pokazały, że macie wiernych kibiców. W Berlinie Polaków było więcej niż Niemców. Czas pokazać im, że polskie rugby idzie do przodu.
Zawsze powtarzam swoim zawodnikom, że każdy mecz można przegrać. Taki jest sport. Tylko liczy się jeszcze forma tej przegranej. Można się wstydzić tego meczu, albo sobie powiedzieć: dałem z siebie wszystko, ale po prostu byli lepsi. Chciałbym, żeby moi podopieczni właśnie tak do tego podchodzili. Żeby kibice też to rozumieli. Na pewno nikt nie wychodzi na boisko, żeby przegrać. Chłopaki wychodzą, żeby wygrać i zawsze dają z siebie maksa. Poza tym staram się szanować zawodników rezerwowych i chcę, żeby dostawali więcej szans. By mogli się pokazać i dać odpoczynek zawodnikom, którzy wcześniej się namordowali. Oni po prostu muszą się pokazać z dobrej strony – bo ja mi zaufałem. Także tak jak mówię – gramy dla kibiców. Czujemy, że dzieje się coś fajnego i nie chcemy tego stracić.
Wiem, że poza rugby interesujesz się jeszcze zawodami Husky. Powiedz coś o tym, bo to trochę taka nieznana twarz Marka Płonki.
Zainspirowała mnie żona. Gdy uśpiliśmy psa, uznałem, że najlepszym lekarstwem będzie kupienie drugiego. Zdecydowałem się na Huskiego, bo czytałem, że są to psy rasy pierwotnej, że nie chorują, że nie ma z nimi problemów. No i kupiliśmy. Gdy pojechaliśmy na pierwsze zawody jako widzowie, tzn. żona wystartowała, a my z synem patrzyliśmy i od razu uznaliśmy, że jest to fajna odskocznia. Wie pan, jeśli ktoś kończy ze sportem wyczynowym, ciężko mu w ogóle zerwać ze sportem. Starałem się znaleźć coś dodatkowego. No i znalazłem. Potem były zawody, syn dostał psa w nagrodę za zwycięstwo. Następne zawody. Stwierdziliśmy, że dwa psy w zaprzęgu to za mało. Doszedł trzeci. Teraz już tych psów niestety nie ma. Pod koniec ich życia prowadziliśmy zajęcia z dziećmi niepełnosprawnymi. Brakuje nam ich.
Komentarze