Bednarz: Nie chcemy, żeby kojarzono nas z dogadywaniem się z przestępcami

Jeżeli w imię lepszej frekwencji będziemy godzili się na szantażowanie, to będzie nas czekała eskalacja żądań i grożenie, że jak się coś nie spodoba, to rzucą racę albo spowodują, że klub będzie ukarany dyscyplinarnie, to tego problemu nigdy trwale nie rozwiążemy - mówi Polsatsport.pl prezes Wisły Kraków.
Łukasz Majchrzyk: Panie Prezesie opłaca się iść na wojną za 1 zł?
Jacek Bednarz, prezes Wisły Kraków: To nie jest prawda, że prowadzimy z kimś wojnę. My tylko próbujemy doprowadzić do sytuacji, w której nasz stadion jest bezpieczny dla prawdziwych kibiców. Nie ma konfliktu, ani wojny z kibicami. Naszym prawdziwym kibicom dziękujemy za wsparcie naszych działań, bo ufamy, że w ich efekcie będą na stadionie siedzieli tylko ci ludzie, dla których Wisła Kraków jest ważna.
Rzeczywiście przyczyną była złotówka, którą Stowarzyszenie Kibiców Wisły Kraków miało dostawać od cen biletów na budowę pomnika Henryka Reymana? Stąd wzięły się race na derbach z Cracovią i to można uznać za początek konfliktu?
W dużym uproszczeniu tak, ale mam już pewność, że nie mamy konfliktu ze Stowarzyszeniem, ale z grupą osób, które bezprawnie zawłaszczyły sobie prawo do tego, żeby wypowiadać się w imieniu kibiców. Mówię o ludziach, którzy tworzyli zarząd stowarzyszenia. Oni wykorzystali piękną ideę i próbowali manipulować tymi, dla których wszystko, co wiąże się z klubem jest ważne. Mam coraz więcej pewności, że liczba tych, którzy chcą ich słuchać gwałtownie spada. To jest głośny i hałaśliwy zespół ludzi, którzy nie reprezentują nikogo poza sobą.
Kiedy spojrzałem na dane dotyczące frekwencji w meczu z Ruchem Chorzów i z Zawiszą Bydgoszcz, przed którym było wezwanie do bojkotu, to zobaczyłem znaczną różnicę w ilości kibiców. Na Ruchu było około 10 tysięcy ludzi, a na Zawiszy tylko 7 tysięcy.
Dalej twierdzę, że ktoś, kto mówi nie idź na mecz, to nie jest kibic. Można protestować, ale wszyscy działamy w cywilizowanych warunkach. Takich argumentów należy posłuchać. To oznacza, że trzeba stanąć naprzeciwko siebie i to wypowiedzieć. Jeśli jestem zasłonięty kominiarką, szalikiem, to trudno mówić o dialogu. To jest w najlepszym wypadku szantaż. Myślę, że część naszych kibiców chciała zostać w domach i przekonać się, czy nasze mecze będą bezpieczne. Fakt, że przyszło aż sześć tysięcy osób, mimo tego że wmawiano im nieprawdę, dowodzi tego, że frekwencja była bardzo dobra. Ufam, że jeśli nawet frekwencja będzie przejściowo niższa, to każdy kto przyjdzie na miejsce pięciu nawołujących do konfliktu z klubem, będzie bezcenny.
Tylko, że kluby w Polsce od dawna mają problem z poszerzaniem bazy kibiców. Legia Warszawa, która przerabiała scenariusz podobny do krakowskiego w końcu się zdecydowała na kroki ugodowe względem środowiska kibicowskiego.
Z punktu widzenia naszej sytuacji ważniejsze jest, żeby przychodzili do nas ludzie na rozrywkę, bo ich interesuje piłka nożna. Zakładam, że przejściowo takich ludzi będzie mniej, ale to będzie oznaczało, że siedzimy na stadionie z prawdziwymi kibicami. Bronimy czegoś, w co wierzymy, pewnego dobra społecznego. Nie chcemy, żeby nas kojarzono z dogadywaniem się z przestępcami, albo osobami niezainteresowanymi futbolem. To nie jest środowisko, któremu warto poświęcać więcej uwagi niż to konieczne. Pewnie zajmie się nim kto inny i to profesjonalnie, o wiele lepiej ode mnie. Jeżeli w imię lepszej frekwencji będziemy godzili się na szantażowanie, to będzie nas czekała eskalacja żądań i grożenie, że jak im się coś nie spodoba, to rzucą racę albo spowodują, że klub będzie ukarany dyscyplinarnie, to tego problemu nigdy trwale nie rozwiążemy. My przestaliśmy się łudzić i postanowiliśmy doprowadzić, żeby tu było inaczej.
To dlatego, kiedy została zamknięta trybuna C, nie zdecydowaliście się na wpuszczenie kibiców stamtąd na inne sektory? To była okazja do pozbycia się niechcianych ludzi ze stadionu?
To był problem, który dotyczył ponad pięciu tysięcy osób. Kara zamknięcia trybuny, jeśli wiąże się z przesadzaniem ludzi w inne miejsce nie ma sensu, bo nie ma żadnej dolegliwości. Jeśli się ma wystarczająco duży obiekt, żeby ludzi z jednego miejsca, przenieść w inne. Kłopot jest w tym, że w regulaminie dyscyplinarnym kara jest niefortunnie sformułowana i dla ludzi niewinnych oznacza niedogodność. Myśmy się starali to wytłumaczyć i do większości ludzi to dotarło. Ma to być dla klubu i osób, które tam siedzą jasny komunikat: jeśli będę bierny, albo będę współuczestniczył, to mogą mnie spotkać konsekwencje. To, co robimy teraz, nie wynika z orzeczenia Komisji Ligi, ale z programu działań prewencyjnych, które uznaliśmy, że są konieczne.
Powiedział Pan też: mam nadzieję, że osoby, które dostały zakazy stadionowe zrobią Wiśle przyjemność i już więcej na stadionie się nie pojawią. To była tylko figura retoryczna, czy planowane są dożywotnie zakazy?
My nie daliśmy żadnych zakazów, bo nie mieliśmy takiej możliwości. Blokada wejścia na mecz z Zawiszą i kolejne spotkania dla osób wylegitymowanych podczas zajść z Ruchem to jest działanie stricte prewencyjne. W każdej chwili można mieć odblokowaną kartę i wejść na stadion, trzeba tylko spełnić pewne warunki. Jest także grupa osób, które wcześniej naruszały regulamin, albo dostaliśmy informację z Policji, że mogą to zrobić i te osoby również prewencyjnie zostały usunięte.
Wspomniał Pan o kilku tysiącach osób, które zasiadały na trybunie C, a były obojętne wobec rzucania rac. Chodzi o to, że pomagały w rozwijaniu wielkich flag, tzw. sektorówek?
Przede wszystkim to mam na myśli. Jeśli na sektorze za naszą zgodą jest rozwijana sektorówka, to ona może tam być. Ale jeśli rozwija się ją po to, żeby ukryć czyjąś tożsamość, to siłą rzeczy osoby obojętne biorą w tym udział. Gdyby ona nie została rozwinięta, to może łatwiej byłoby nam wyłapać jednostki, które rzucały race. Katalog możliwości, które ma klub nie jest zbyt duży. Staramy się wyselekcjonować grupę, która jest problemem. Według mnie jest to kilkadziesiąt osób. Ich nieobecność na stadionie utrudni im ich procedery i manipulowanie opinią publiczną.
Może warto byłoby nie zgadzać się na wnoszenie sektorówek na stadion Wisły?
My już po meczu z Ruchem podjęliśmy decyzję, że do końca sezonu będzie obowiązywał zakaz prezentowania flag wielkoformatowych, czyli tzw. sektorówek. Nie będzie też zorganizowanych żadnych opraw. Zawiesiliśmy wszelką współpracę z zarządem Stowarzyszenia, co nie oznacza, że członek SKWK, który chce przyjść na mecz i obejrzeć go, jest tutaj niemile widziany. Mamy tylko taki warunek, żeby to nie oznaczało, że cel jego wizyty będzie inny niż zainteresowanie meczem.
Jacek Bednarz, prezes Wisły Kraków: To nie jest prawda, że prowadzimy z kimś wojnę. My tylko próbujemy doprowadzić do sytuacji, w której nasz stadion jest bezpieczny dla prawdziwych kibiców. Nie ma konfliktu, ani wojny z kibicami. Naszym prawdziwym kibicom dziękujemy za wsparcie naszych działań, bo ufamy, że w ich efekcie będą na stadionie siedzieli tylko ci ludzie, dla których Wisła Kraków jest ważna.
Rzeczywiście przyczyną była złotówka, którą Stowarzyszenie Kibiców Wisły Kraków miało dostawać od cen biletów na budowę pomnika Henryka Reymana? Stąd wzięły się race na derbach z Cracovią i to można uznać za początek konfliktu?
W dużym uproszczeniu tak, ale mam już pewność, że nie mamy konfliktu ze Stowarzyszeniem, ale z grupą osób, które bezprawnie zawłaszczyły sobie prawo do tego, żeby wypowiadać się w imieniu kibiców. Mówię o ludziach, którzy tworzyli zarząd stowarzyszenia. Oni wykorzystali piękną ideę i próbowali manipulować tymi, dla których wszystko, co wiąże się z klubem jest ważne. Mam coraz więcej pewności, że liczba tych, którzy chcą ich słuchać gwałtownie spada. To jest głośny i hałaśliwy zespół ludzi, którzy nie reprezentują nikogo poza sobą.
Kiedy spojrzałem na dane dotyczące frekwencji w meczu z Ruchem Chorzów i z Zawiszą Bydgoszcz, przed którym było wezwanie do bojkotu, to zobaczyłem znaczną różnicę w ilości kibiców. Na Ruchu było około 10 tysięcy ludzi, a na Zawiszy tylko 7 tysięcy.
Dalej twierdzę, że ktoś, kto mówi nie idź na mecz, to nie jest kibic. Można protestować, ale wszyscy działamy w cywilizowanych warunkach. Takich argumentów należy posłuchać. To oznacza, że trzeba stanąć naprzeciwko siebie i to wypowiedzieć. Jeśli jestem zasłonięty kominiarką, szalikiem, to trudno mówić o dialogu. To jest w najlepszym wypadku szantaż. Myślę, że część naszych kibiców chciała zostać w domach i przekonać się, czy nasze mecze będą bezpieczne. Fakt, że przyszło aż sześć tysięcy osób, mimo tego że wmawiano im nieprawdę, dowodzi tego, że frekwencja była bardzo dobra. Ufam, że jeśli nawet frekwencja będzie przejściowo niższa, to każdy kto przyjdzie na miejsce pięciu nawołujących do konfliktu z klubem, będzie bezcenny.
Tylko, że kluby w Polsce od dawna mają problem z poszerzaniem bazy kibiców. Legia Warszawa, która przerabiała scenariusz podobny do krakowskiego w końcu się zdecydowała na kroki ugodowe względem środowiska kibicowskiego.
Z punktu widzenia naszej sytuacji ważniejsze jest, żeby przychodzili do nas ludzie na rozrywkę, bo ich interesuje piłka nożna. Zakładam, że przejściowo takich ludzi będzie mniej, ale to będzie oznaczało, że siedzimy na stadionie z prawdziwymi kibicami. Bronimy czegoś, w co wierzymy, pewnego dobra społecznego. Nie chcemy, żeby nas kojarzono z dogadywaniem się z przestępcami, albo osobami niezainteresowanymi futbolem. To nie jest środowisko, któremu warto poświęcać więcej uwagi niż to konieczne. Pewnie zajmie się nim kto inny i to profesjonalnie, o wiele lepiej ode mnie. Jeżeli w imię lepszej frekwencji będziemy godzili się na szantażowanie, to będzie nas czekała eskalacja żądań i grożenie, że jak im się coś nie spodoba, to rzucą racę albo spowodują, że klub będzie ukarany dyscyplinarnie, to tego problemu nigdy trwale nie rozwiążemy. My przestaliśmy się łudzić i postanowiliśmy doprowadzić, żeby tu było inaczej.
To dlatego, kiedy została zamknięta trybuna C, nie zdecydowaliście się na wpuszczenie kibiców stamtąd na inne sektory? To była okazja do pozbycia się niechcianych ludzi ze stadionu?
To był problem, który dotyczył ponad pięciu tysięcy osób. Kara zamknięcia trybuny, jeśli wiąże się z przesadzaniem ludzi w inne miejsce nie ma sensu, bo nie ma żadnej dolegliwości. Jeśli się ma wystarczająco duży obiekt, żeby ludzi z jednego miejsca, przenieść w inne. Kłopot jest w tym, że w regulaminie dyscyplinarnym kara jest niefortunnie sformułowana i dla ludzi niewinnych oznacza niedogodność. Myśmy się starali to wytłumaczyć i do większości ludzi to dotarło. Ma to być dla klubu i osób, które tam siedzą jasny komunikat: jeśli będę bierny, albo będę współuczestniczył, to mogą mnie spotkać konsekwencje. To, co robimy teraz, nie wynika z orzeczenia Komisji Ligi, ale z programu działań prewencyjnych, które uznaliśmy, że są konieczne.
Powiedział Pan też: mam nadzieję, że osoby, które dostały zakazy stadionowe zrobią Wiśle przyjemność i już więcej na stadionie się nie pojawią. To była tylko figura retoryczna, czy planowane są dożywotnie zakazy?
My nie daliśmy żadnych zakazów, bo nie mieliśmy takiej możliwości. Blokada wejścia na mecz z Zawiszą i kolejne spotkania dla osób wylegitymowanych podczas zajść z Ruchem to jest działanie stricte prewencyjne. W każdej chwili można mieć odblokowaną kartę i wejść na stadion, trzeba tylko spełnić pewne warunki. Jest także grupa osób, które wcześniej naruszały regulamin, albo dostaliśmy informację z Policji, że mogą to zrobić i te osoby również prewencyjnie zostały usunięte.
Wspomniał Pan o kilku tysiącach osób, które zasiadały na trybunie C, a były obojętne wobec rzucania rac. Chodzi o to, że pomagały w rozwijaniu wielkich flag, tzw. sektorówek?
Przede wszystkim to mam na myśli. Jeśli na sektorze za naszą zgodą jest rozwijana sektorówka, to ona może tam być. Ale jeśli rozwija się ją po to, żeby ukryć czyjąś tożsamość, to siłą rzeczy osoby obojętne biorą w tym udział. Gdyby ona nie została rozwinięta, to może łatwiej byłoby nam wyłapać jednostki, które rzucały race. Katalog możliwości, które ma klub nie jest zbyt duży. Staramy się wyselekcjonować grupę, która jest problemem. Według mnie jest to kilkadziesiąt osób. Ich nieobecność na stadionie utrudni im ich procedery i manipulowanie opinią publiczną.
Może warto byłoby nie zgadzać się na wnoszenie sektorówek na stadion Wisły?
My już po meczu z Ruchem podjęliśmy decyzję, że do końca sezonu będzie obowiązywał zakaz prezentowania flag wielkoformatowych, czyli tzw. sektorówek. Nie będzie też zorganizowanych żadnych opraw. Zawiesiliśmy wszelką współpracę z zarządem Stowarzyszenia, co nie oznacza, że członek SKWK, który chce przyjść na mecz i obejrzeć go, jest tutaj niemile widziany. Mamy tylko taki warunek, żeby to nie oznaczało, że cel jego wizyty będzie inny niż zainteresowanie meczem.
Komentarze