Janisz: Fruwający dżentelmen

Wszyscy uwielbiali go oglądać. Ruszał z jednego narożnika, odbijał się i w powietrzu atakował rywala kolanem. Czasem zmieniał technikę i zamiast kolana walił kością piszczelową. W heroicznym okresie K-1 toczył walki ze wszystkimi najlepszymi kick-boxerami świata i większość wygrał.
Nazywa się Remy Bonjasky, pochodzi z Surinamu, reprezentuje Holandię i znany jest pod mianem „Fruwającego dżentelmena”. Gdyby nie kick-boxing i muay thai Holandia miałaby jeszcze więcej znakomitych piłkarzy i może zdobyłaby mistrzostwo świata. Remy Bonjasky jak wielu innych jego rówieśników grał w piłkę i jak wielu innych zmienił dyscyplinę po złamaniu nogi.
Mieszkał w Amsterdamie więc nie dziwota, że za namową kolegów postanowił spróbować sportów walki, a 20 lat temu numerem jeden był boks tajski. Klubów w tym mieście dostatek, ale Remy wybrał wspaniale. Mejiro Gym, założony przez Jana Plasa, słynął jako najtwardsza szkoła przetrwania, a jego wizytówką byli wówczas kończący kariery Rob Kaman i Andre Mannaart. Ten pierwszy, były junior Ajaxu, zdewastował swego czasu w Paryżu, ciężkimi kopnięciami nogi Marka Piotrowskiego, drugi walczył nawet w GP K-1 w Japonii, ale ponieważ z czołowymi zawodnikami świata częściej przegrywał niż wygrywał, postanowił zająć się pracą trenerską.
Porażka w Polsce
Trafił na talent najczystszej wody, na chłopaka rozciągniętego, gibkiego, nie bojącego się potu i cierpienia na treningach, ale nade wszystko niezwykle dobrze wychowanego i inteligentnego. To nie było powszechne wśród ludzi wyszukiwanych na ulicach, agresywnych i czasem nawet złych. Współpraca dała rewelacyjne efekty. Pierwszą zawodową walkę Remy stoczył w 1995 roku, a pokonał starszego z braci Overeem, Valentijna. Trzy lata później pojawił się się w Polsce i przegrał walkę muay thai z innym aspirującym do wielkiej kariery talentem – Aleksiejem Ignaszowem z Białorusi.
Ciągle się uczył, nie tylko w ringu, lecz również na uniwersytecie i może dlatego ten początek nie był olśniewający. Dostał się jednak do cyklu Grand Prix i światu pokazał się w Fukuoce w pojedynku z jednym z najlepszych ,Mirko CroCopem Filipovicem. Przegrał, podobnie jak rok później z gigantycznym Semmym Schiltem. I na dwa lata o porażkach zapomniał. 15 zwycięskich walk, 6 zakończonych przed czasem i dwa tytuły najbardziej prestiżowej organizacji K-1. W obu finałowych turniejach decydujące walki wygrywał z japońskim bohaterem Musashim, ta druga miała dwie dodatkowe rundy, bo japońscy sędziowie mimo przewagi Bonjaskiego, chcieli mieć swego mistrza. Nie mieli.
Jest już następca?
Ignaszowowi zrewanżował się Bonjasky po 10-u latach, CroCopowi po 12-u, zwyciężał Ernesto Hoosta, Mighty Mo, Hong Man Choia, Jerome LeBannera, Gokhana Saki, Alistera Overeema i Badra Hari w ostatnim zwycięskim finale GP, ale był wśród czołowych kick-boxerów świata człowiek, którego pojawienie się w ringu sprawiało, że Remy’emu wiązało nogi i serce. Holender Semmy Schilt, mierzący 213 centymetrów i ważący 135 kilogramów był dla Bonjaskiego koszmarem. Przegrał z nim trzy razy, dwa przed czasem. Po ostatniej porażce zniknął na niemal trzy lata.
Frustracja, zniechęcenie i nade wszystko paskudna kontuzja oka. Wrócił, ale niepotrzebnie. To już nie był ten sam „ Fruwający dżentelmen”. Stracił szybkość i dynamikę, została dobra obrona, ale samą defensywą trudno wygrywać. Po trzech porażkach postanowił zakończyć karierę. W Zagrzebiu, mateczniku CroCopa wygrał z nim na punkty. Werdykt został wygwizdany przez szowinistyczną chorwacką publiczność, Bonjasky uronił łzę, powiedział że na takie traktowanie nie zasłużyl i że już nigdy nie wejdzie do ringu jako zawodnik.
Jest jednak już trenerem i ma kogoś kto go przypomina. Danyo Ilunga, już utytułowany zawodnik może być dla Remy’ego tym kim on sam był dla Mannaarta. A poza tym daje sobie radę w życiu. Jest finansistą, pracuje w mediach, jest twarzą lini odzieżowej, tańczy na lodzie. Szkoda, że już nie w ringu.
Mieszkał w Amsterdamie więc nie dziwota, że za namową kolegów postanowił spróbować sportów walki, a 20 lat temu numerem jeden był boks tajski. Klubów w tym mieście dostatek, ale Remy wybrał wspaniale. Mejiro Gym, założony przez Jana Plasa, słynął jako najtwardsza szkoła przetrwania, a jego wizytówką byli wówczas kończący kariery Rob Kaman i Andre Mannaart. Ten pierwszy, były junior Ajaxu, zdewastował swego czasu w Paryżu, ciężkimi kopnięciami nogi Marka Piotrowskiego, drugi walczył nawet w GP K-1 w Japonii, ale ponieważ z czołowymi zawodnikami świata częściej przegrywał niż wygrywał, postanowił zająć się pracą trenerską.
Porażka w Polsce
Trafił na talent najczystszej wody, na chłopaka rozciągniętego, gibkiego, nie bojącego się potu i cierpienia na treningach, ale nade wszystko niezwykle dobrze wychowanego i inteligentnego. To nie było powszechne wśród ludzi wyszukiwanych na ulicach, agresywnych i czasem nawet złych. Współpraca dała rewelacyjne efekty. Pierwszą zawodową walkę Remy stoczył w 1995 roku, a pokonał starszego z braci Overeem, Valentijna. Trzy lata później pojawił się się w Polsce i przegrał walkę muay thai z innym aspirującym do wielkiej kariery talentem – Aleksiejem Ignaszowem z Białorusi.
Ciągle się uczył, nie tylko w ringu, lecz również na uniwersytecie i może dlatego ten początek nie był olśniewający. Dostał się jednak do cyklu Grand Prix i światu pokazał się w Fukuoce w pojedynku z jednym z najlepszych ,Mirko CroCopem Filipovicem. Przegrał, podobnie jak rok później z gigantycznym Semmym Schiltem. I na dwa lata o porażkach zapomniał. 15 zwycięskich walk, 6 zakończonych przed czasem i dwa tytuły najbardziej prestiżowej organizacji K-1. W obu finałowych turniejach decydujące walki wygrywał z japońskim bohaterem Musashim, ta druga miała dwie dodatkowe rundy, bo japońscy sędziowie mimo przewagi Bonjaskiego, chcieli mieć swego mistrza. Nie mieli.
Jest już następca?
Ignaszowowi zrewanżował się Bonjasky po 10-u latach, CroCopowi po 12-u, zwyciężał Ernesto Hoosta, Mighty Mo, Hong Man Choia, Jerome LeBannera, Gokhana Saki, Alistera Overeema i Badra Hari w ostatnim zwycięskim finale GP, ale był wśród czołowych kick-boxerów świata człowiek, którego pojawienie się w ringu sprawiało, że Remy’emu wiązało nogi i serce. Holender Semmy Schilt, mierzący 213 centymetrów i ważący 135 kilogramów był dla Bonjaskiego koszmarem. Przegrał z nim trzy razy, dwa przed czasem. Po ostatniej porażce zniknął na niemal trzy lata.
Frustracja, zniechęcenie i nade wszystko paskudna kontuzja oka. Wrócił, ale niepotrzebnie. To już nie był ten sam „ Fruwający dżentelmen”. Stracił szybkość i dynamikę, została dobra obrona, ale samą defensywą trudno wygrywać. Po trzech porażkach postanowił zakończyć karierę. W Zagrzebiu, mateczniku CroCopa wygrał z nim na punkty. Werdykt został wygwizdany przez szowinistyczną chorwacką publiczność, Bonjasky uronił łzę, powiedział że na takie traktowanie nie zasłużyl i że już nigdy nie wejdzie do ringu jako zawodnik.
Jest jednak już trenerem i ma kogoś kto go przypomina. Danyo Ilunga, już utytułowany zawodnik może być dla Remy’ego tym kim on sam był dla Mannaarta. A poza tym daje sobie radę w życiu. Jest finansistą, pracuje w mediach, jest twarzą lini odzieżowej, tańczy na lodzie. Szkoda, że już nie w ringu.
Komentarze