Iwańczyk: Saganowski to nie ligowy kopacz. To ikona

Piłka nożna
Iwańczyk: Saganowski to nie ligowy kopacz. To ikona
Marek Saganowski już teraz zapracował na status piłkarza symbolu przełomu wieków /fot. cyfrasport.eu

Jego historia to przykład niespotykanej w polskiej piłce determinacji. Od początku kariery, kiedy jako ledwie odrośnięty od ziemi chłopaczek jeździł miejskim autobusem z nieciekawego Śródmieścia na stadion ŁKS, czy później, kiedy podnosił się po fatalnym wypadku motocyklowym, a teraz wrócił po skomplikowanej kontuzji kolana. Marka Saganowskiego nie da się nie cenić, to jedna z nielicznych teraz ligowych ikon.

Tomasz Frankowski już na emeryturze, Michał Żewłakow zamienił koszulkę na menedżerski garnitur, a Aleksandarowi Vukoviciowi zamarzyła się trenerska kariera. Wydawało się, że od oskalpowanej z piłkarzy-symboli ligi kibice odwracają się na rzecz nienamacalnych idoli np. z ligi hiszpańskiej. Sobotni wieczór przy Łazienkowskiej był dowodem na to, że zostali nam jeszcze gracze, na których przychodzi się na stadion.

Saganowski jest w tej wąskiej grupie wyjątkiem niewpisującym się w żadną definicję. Cenią go kibice w całej Polsce, a to przy naszych standardach przecież ewenement. Rzadko, właściwie w ogóle nie zdarza się, by jeden piłkarz był ikoną dwóch, niekoniecznie przyjaźnie nastawionych do siebie klubów. Lata temu jego nazwisko skandowała łódzka „Galera”, trybuna najwierniejszych fanów ŁKS, w sobotę od jego euforycznego powitania po ponad 200-dniowej spowodowanej kontuzją przerwie unosił się stadion przy Łazienkowskiej.

Był to powrót, dla którego scenariusza nie wymyśliłby nawet najbardziej kreatywny hollywoodzki scenarzysta. Na boisko z rezerwy wchodzi piłkarz wyczekiwany przez kibiców miesiącami. Trybuny skandują jego nazwisko, on pozdrawia je wymownym ruchem ręki i po kilkudziesięciu sekundach strzela gola, udowadniając, że pole karne to jego prawdziwy żywioł, a on sam jest napastnikiem-łowcą goli, jakiego Legia nie ma i długo mieć nie będzie. Legia wygrywa z Zawiszą 2:0, a jej zawodnik staje się bohaterem absolutnym.

Trzeba znać Saganowskiego choć trochę i znać kilka faktów z jego życia, by wiedzieć, jak wielkiego charakteru i honoru to sportowiec oraz człowiek. Przeszedłem kiedyś jego łódzkimi śladami, zaczynając od ul. Rewolucji w Śródmieściu, który nie cieszy się dobrą sławą. W sumie niewielu udaje się wyjść z tamtejszych kamienic na kogoś, kto stanie się wzorem dla innych. U Saganowskich wyszli wszyscy, wszyscy dzięki sportowi.

Nie było łatwo z wielu powodów. Trzeba było dużej niezłomności, by jeździć regularnie na treningi ze starszymi od siebie chłopakami. Trzeba było nauczyć się być ponad pokusy. Małoletni, świetnie zapowiadający się piłkarz, którego chciały wtedy wielkie zachodnie firmy, był finansowym kąskiem dla całego zastępu wszelkiej maści żerujących doradców z Antonim Ptakiem, byłym właścicielem ŁKS, na czele, który chciał opchnąć piłkarza dla zysku do byle zagranicznego klubu. Trzeba było zatem dużego rozsądku, by nie dać się zwieść któremuś z nich. Trzeba było też wielkiej odporności, by zstępująca na utalentowanego gracza sława, nie stała się zgubą, a motywacją do dalszej harówki.

Tak się składa, że pamiętam wszystkie ważne mecze Saganowskiego, większości z nich byłem świadkiem. Czy to debiutu w ekstraklasie, jego pierwszych goli dla ŁKS, późniejszych występów dla reprezentacji i powrotu na polskie boiska po latach występów dla zespołów z Portugalii, krótko Francji, Anglii i Grecji. Z pełną świadomością mogę więc powiedzieć, że to szczęściarz w całkiem sporej lawinie nieszczęść, jakie na niego spadały.

Abstrahując od kiepskich wyborów stricte sportowych, kiedy np. zdecydował się na przenosiny z ŁKS do Wisły Płock, przyszły napastnik reprezentacji Polski przeszedł też przez wiele życiowych zakrętów. Tym największym - choć sam piłkarz twierdzi, że to wcale nie najgorsze, co go spotkało - był wypadek motocyklowy. Umówmy się: Saganowski miał szczęście, że uszedł z życiem, widziałem go zresztą w szpitalnej izbie przyjęć szpitala im. Kopernika i miny lekarzy, którzy zaraz po zdarzeniu robili mu niezbędne badania. Jeden z nich, pracujący wówczas w ŁKS, powiedział mi, że o powrocie do sportu nie ma mowy, szczęściem z tej całej historii będzie to, jeśli uda się naprawić pogruchotaną nogę, by piłkarz w ogóle zaczął się sprawnie poruszać.

Saganowski wrócił. I to jeszcze silniejszy, czego dowodem były kolejne transfery oraz liczne powołania do reprezentacji, m.in. na mistrzostwa Europy. Kiedy wydawało się, że fortuna będzie napastnikowi Legii wreszcie sprzyjać, bo przecież jego kariera ma się ku końcowi, Jakub Tosik z Jagiellonii bez pardonu zaatakował jego nogę, dewastując mu staw kolanowy dokumentnie.

Miał nie wrócić, a na pewno nie do pierwszego zespołu drużyny, która ma awansować do Ligi Mistrzów. Uaktywnili się wówczas ci, którzy krytykowali ponowne sprowadzenie 35-letniego wtedy piłkarza na Łazienkowską. Znaleźli się i tacy, którzy nie czekając na powrót piłkarza do zdrowia, zaczęli zarzucać prezesowi klubu, że podpisanie kolejnego, dwuletniego kontraktu ze starzejącą się gwiazdą to działanie na szkodę, a nie wzmocnienie.

Tymczasem kolejny wypadek tylko potwierdził, że im bardziej los doświadczał Saganowskiego, z tym większą determinacją starał się wracać, zyskując wśród kibiców niespotykaną u nas sympatię. Szacunek wobec niego wzbudza także zachowanie, jakiego trudno uświadczyć wśród polskich piłkarzy. No bo który z naszych ligowców zdecydowałby się grać dla upadającego klubu za darmo? Saganowski grał dla ŁKS, bo to klub, w którym się wychował. Nie dochodził swoich roszczeń, nie poszedł do sądu, uznał, że jeśli podpisał kontrakt, powinien go wypełnić.

Saganowski, kiedykolwiek nie skończy kariery, już teraz zapracował na status piłkarza symbolu przełomu wieków. Jeszcze trzy gole i wejdzie do absolutnie ekskluzywnego, rezerwowanego dla legend wśród napastników „Klubu 100”. Już teraz jest jednym z tych, dzięki którym dzieciaki ganiające za piłką, chcą mieć koszulkę z numerem „9”.

Przemysław Iwańczyk, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze