Romański o finale TBL: To trzeba zobaczyć!

Niektórzy już okrzyknęli ten finał najlepszym w XXI wieku. Poczekajmy, to były dopiero trzy mecze, tu się dopiero zaczyna dziać! - pisze komentator Polsatu Sport Adam Romański. W czwartek od 18.00 czwarty mecz finału Tauron Basket Ligi Stelmet Zielona Góra - PGE Turów Zgorzelec. Stan rywalizacji do czterech zwycięstw - 2:1 dla PGE Turowa.
Będąc koszykarskim fanatykiem łatwo jest popaść w euforię przy byle koszykarskiej okazji, ale przy tym finale coraz więcej pada opinii także spoza środowiska koszykarskiego, że są to mecze, które elektryzują. Niektórzy już okrzyknęli ten finał najlepszym w XXI wieku. Ja przewrotnie podkreślę, żeby jeszcze poczekać z tymi zachwytami. Ale tylko dlatego, że to były dopiero trzy mecze, tu się dopiero zaczyna dziać! Najciekawsze i najbardziej gorące momenty dopiero przed nami.
Taki wyjątkowy finał wymaga, żeby nie dostosowywać go do zwykłych rubryk w moich tekstach na polsatsport.pl. Zamiast tego dostosujemy rubryki do finału. Poniżej w punktach o tym co było i co może być w czwartkowe popołudnie.
Klincz trenerski
Świetne określenie naszego eksperta Grzegorza Chodkiewicza sprzed meczu 3 oddaje to, co dzieje się w obozach obu trenerów. Większość kart została już położona na stole, pomysły na zablokowanie rywali są już omówione i teraz wybór taktyki zaczyna odgrywać drugorzędną rolę. Trenerzy są sklinczowani, dlatego decyduje to, co potrafią i umieją wykonać największe gwiazdy. Świetnie to było widać w meczu 3 i dlatego następne trzy akapity będą o gwiazdach.
Łukasz Koszarek
Wszyscy podkreślają, że rozgrywający Stelmetu w końcu nie wytrzyma fizycznie, a on wytrzymuje wszystko i w końcówkach trafia najważniejsze rzuty. Tak było dwa lata temu w finale, kiedy grał w Treflu Sopot i w sytuacji wydawało się beznadziejnej razem z Filipem Dylewiczem wyciągnął zespół do stanu 3:3, a w siódmym meczu w ostatniej kwarcie jeszcze walczył o wygraną. Dlatego o jego kolejne świetne mecze jestem spokojny. W meczu 3 miał 12 asyst i trzeba podkreślić, że w finałach więcej miał w historii tylko… Łukasz Koszarek (16 w 2012 roku). Żaden z legendarnych rozgrywających ostatnich 15 lat, choćby Raimonds Miglinieks, takiego wyniku nigdy nie miał. I jeszcze te wywiady po meczu, w których Koszarek zawsze pokazuje klasę. Jak w rozmowie z Łukaszem Majchrzykiem z Polsatu Sport, kiedy pochwalił Aarona Cela za wyciągnięcie drużyny z "czarnej… [pauza] dziury".
Filip Dylewicz
Nie ma się go nawet co czepiać o to, że po meczu napadł słownie na sędziego. Emocje muszą być (więcej o tym niżej) i choć narzekania Dylewicza są czasami irytujące, to jak tu nie lubić 34-letniego skrzydłowego PGE Turowa za to, co robi w tym finale. Skupiony na ataku, trafiający z trudnych pozycji, zdobył w meczu 3 aż 26 punktów, windując swoją średnią w finale do 20,3 punktu, a swój status - do poziomu MVP! Wszystko to rok po tym, jak nie mógł się odnaleźć w koszmarnym ćwierćfinale w barwach Trefla Sopot. Filipie, witamy ponownie na szczytach!
Łukasz Wiśniewski
Pamiętam jak ten rzucający z Torunia na początku swojej kariery musiał szukać szansy w Harmattanie Gniewkowo, a potem - po dwóch sezonach w ekstraklasie - niechciany odbudowywał się w grającym w niższej lidze Zastalu Zielona Góra. Teraz ma 30 lat i jest gwiazdą finałów. Jego akcja na koniec trzeciej kwarty, kiedy zabrał piłkę Łukaszowi Koszarkowi i trafił za trzy, była po prostu godna nawet NBA. 24 punkty zdobyte w meczu 3 być może nie brzmią jakoś szczególnie imponująco, ale trzeba wiedzieć, że w ostatnich 15 latach finału z zawodników urodzonych w Polsce tylko Adam Wójcik i Filip Dylewicz potrafili zdobyć tyle lub więcej. To wiele mówi, podobnie jak klasa Wiśniewskiego, który nie odmówił wywiadu telewizyjnego po przegranym w takich emocjach meczu, cierpliwie czekał na swoją kolej i mówił jak prawdziwy sportowiec.
Dogrywka zawsze w najlepszych finałach
Dogrywka w meczu 3 tegorocznego finału była siódmą w historii finałów koszykarzy w Polsce. I zawsze to były wielkie, niezapomniane finały. W 1991 roku Dariusz Zelig rzucił rekordowe 45 punktów w meczu 3 z dogrywką (110:109) i Śląsk Wrocław po kilku latach zabrał tytuł Lechowi Poznań. W 1999 roku Śląsk długo przegrywał w meczu 5 z Nobilesem Anwilem Włocławek, ale wygrał po pamiętnych kontrowersyjnych sytuacjach i w ten sposób obronił kluczową dla mistrzostwa przewagę własnego boiska. Rok później wygrana Śląska we Włocławku w meczu 4 zakończyła się zamieszkami pod halą, sam wówczas oberwałem "z grzywki" w nos od jakiegoś fanatyka, gdyż chyba szedłem za blisko trenera wrocławian Mulego Katzurina. W 2003 roku to Anwil wygrał dogrywką mistrzostwo w meczu 6, a mogło jej nie być, gdyby Joe McNaull z Prokomu Trefla Sopot trafił łatwy rzut spod kosza na koniec czwartej kwarty. W 2007 roku pierwszy w historii mecz Turowa Zgorzelec w finale zakończył się dogrywką w Sopocie, która potem pozwoliła Prokomowi wygrać finał dość pewnie 4:1. W 2011 roku Turów z kolei wygrał po dogrywce mecz 5 w Gdyni z Asseco Prokomem, ale mimo prowadzenia 3:2 nie zdobył mistrzostwa… Teraz też historia koszykówki pisze się na naszych oczach.
Gdzie jest MVP?
Oczywiście MVP sezonu zasadniczego Tauron Basket Ligi, czyli J.P. Prince. W pierwszym meczu był świetny (30 punktów), ale to było dawno. W meczach 2 i 3 łącznie rzucił punktów 16, nie trafił ani razu spoza pola trzech sekund, niewiele przyniósł też w obronie. W całym sezonie w TBL Prince tylko raz nie zdobył 10 lub więcej punktów, a w finale Stelmet nie pozwolił mu na to już dwa razy. Spodziewam się w czwartek wielkiej odpowiedzi Prince'a na tę sytuację.
Stelmet w ataku to Stelmet na mistrzowskim poziomie.
Liczby nie kłamią. W zgorzeleckich meczach 1 i 2 zielonogórzanie mieli 40 procent skuteczności, a w meczu 3 u siebie - 50 procent. Tylko trafiając rzuty, w tym większość z dystansu, Stelmet jest w stanie wygrywać z PGE Turowem. Tylko wtedy niestraszne są im nawet seryjne trafienia za trzy w wykonaniu zgorzelczan (8 w trzeciej kwarcie we wtorek!) i fakt, że PGE Turów zdobył w meczu 3 najwięcej w tej serii punktów spod kosza (aż 42).
Energia od publiczności?
Kolejna świetna uwaga od eksperta Grzegorza Chodkiewicza dotyczyła tego, jak rzekomo publiczność ma pomóc Stelmetowi w wygrywaniu w finale, o czym mówili wszyscy przed meczem 3. Chodkiewicz podkreślał, że to najpierw zawodnicy muszą dać energię publiczności. I tak dokładnie było, Stelmet zaczął od 10:0, a w końcówce meczu, kiedy dawał z siebie wszystko na boisku, także kibice szaleli na trybunach. W czwartkowym meczu 4 będzie na pewno komplet 5000 widzów, więc znów będzie moc w Zielonej Górze.
Emocje muszą być!
Jeśli ktoś wymaga od walczących o mistrzostwo Polski dwóch klubów spokoju i wyważenia opinii, to nie wie, o co chodzi w sporcie na tym poziomie. Emocje muszą być! Nerwy są jak najbardziej zrozumiałe. Nawet nie mam wiele do zarzucenia tym kibicom i działaczom, którzy wdają się w słowne przepychanki (byle bez rękoczynów i obrażania). Jestem też przekonany, że dobrym ruchem było zejście koszykarzy ze Zgorzelca po meczu 3 z boiska bez pożegnania z rywalami i sędziami, bo przy takiej huśtawce emocji izolacja jest nawet wskazana. Na całusy przyjdzie czas po finale. Dlatego warto pochwalić trenera PGE Turowa Miodraga Rajkovicia, który w końcówce meczu wyglądał, jakby wzorem Tadeusza Rejtana miał zamiar rozerwać na sobie koszulę i rzucić się pod kosz, żeby zablokować rzuty wolne Koszarka, ale na konferencji prasowej był spokojny, nie miał do nikogo pretensji i tonował rozmowy o sędziowaniu. Świetnie! Na emocje jest czas podczas 40 minut gry. No - czasami 45.
Zapraszamy do Polsatu Sport News i Polsatu Sport Extra HD na sportową ucztę w czwartek od godziny 18.00. Nie zawiedziecie się!
Taki wyjątkowy finał wymaga, żeby nie dostosowywać go do zwykłych rubryk w moich tekstach na polsatsport.pl. Zamiast tego dostosujemy rubryki do finału. Poniżej w punktach o tym co było i co może być w czwartkowe popołudnie.
Klincz trenerski
Świetne określenie naszego eksperta Grzegorza Chodkiewicza sprzed meczu 3 oddaje to, co dzieje się w obozach obu trenerów. Większość kart została już położona na stole, pomysły na zablokowanie rywali są już omówione i teraz wybór taktyki zaczyna odgrywać drugorzędną rolę. Trenerzy są sklinczowani, dlatego decyduje to, co potrafią i umieją wykonać największe gwiazdy. Świetnie to było widać w meczu 3 i dlatego następne trzy akapity będą o gwiazdach.
Łukasz Koszarek
Wszyscy podkreślają, że rozgrywający Stelmetu w końcu nie wytrzyma fizycznie, a on wytrzymuje wszystko i w końcówkach trafia najważniejsze rzuty. Tak było dwa lata temu w finale, kiedy grał w Treflu Sopot i w sytuacji wydawało się beznadziejnej razem z Filipem Dylewiczem wyciągnął zespół do stanu 3:3, a w siódmym meczu w ostatniej kwarcie jeszcze walczył o wygraną. Dlatego o jego kolejne świetne mecze jestem spokojny. W meczu 3 miał 12 asyst i trzeba podkreślić, że w finałach więcej miał w historii tylko… Łukasz Koszarek (16 w 2012 roku). Żaden z legendarnych rozgrywających ostatnich 15 lat, choćby Raimonds Miglinieks, takiego wyniku nigdy nie miał. I jeszcze te wywiady po meczu, w których Koszarek zawsze pokazuje klasę. Jak w rozmowie z Łukaszem Majchrzykiem z Polsatu Sport, kiedy pochwalił Aarona Cela za wyciągnięcie drużyny z "czarnej… [pauza] dziury".
Filip Dylewicz
Nie ma się go nawet co czepiać o to, że po meczu napadł słownie na sędziego. Emocje muszą być (więcej o tym niżej) i choć narzekania Dylewicza są czasami irytujące, to jak tu nie lubić 34-letniego skrzydłowego PGE Turowa za to, co robi w tym finale. Skupiony na ataku, trafiający z trudnych pozycji, zdobył w meczu 3 aż 26 punktów, windując swoją średnią w finale do 20,3 punktu, a swój status - do poziomu MVP! Wszystko to rok po tym, jak nie mógł się odnaleźć w koszmarnym ćwierćfinale w barwach Trefla Sopot. Filipie, witamy ponownie na szczytach!
Łukasz Wiśniewski
Pamiętam jak ten rzucający z Torunia na początku swojej kariery musiał szukać szansy w Harmattanie Gniewkowo, a potem - po dwóch sezonach w ekstraklasie - niechciany odbudowywał się w grającym w niższej lidze Zastalu Zielona Góra. Teraz ma 30 lat i jest gwiazdą finałów. Jego akcja na koniec trzeciej kwarty, kiedy zabrał piłkę Łukaszowi Koszarkowi i trafił za trzy, była po prostu godna nawet NBA. 24 punkty zdobyte w meczu 3 być może nie brzmią jakoś szczególnie imponująco, ale trzeba wiedzieć, że w ostatnich 15 latach finału z zawodników urodzonych w Polsce tylko Adam Wójcik i Filip Dylewicz potrafili zdobyć tyle lub więcej. To wiele mówi, podobnie jak klasa Wiśniewskiego, który nie odmówił wywiadu telewizyjnego po przegranym w takich emocjach meczu, cierpliwie czekał na swoją kolej i mówił jak prawdziwy sportowiec.
Dogrywka zawsze w najlepszych finałach
Dogrywka w meczu 3 tegorocznego finału była siódmą w historii finałów koszykarzy w Polsce. I zawsze to były wielkie, niezapomniane finały. W 1991 roku Dariusz Zelig rzucił rekordowe 45 punktów w meczu 3 z dogrywką (110:109) i Śląsk Wrocław po kilku latach zabrał tytuł Lechowi Poznań. W 1999 roku Śląsk długo przegrywał w meczu 5 z Nobilesem Anwilem Włocławek, ale wygrał po pamiętnych kontrowersyjnych sytuacjach i w ten sposób obronił kluczową dla mistrzostwa przewagę własnego boiska. Rok później wygrana Śląska we Włocławku w meczu 4 zakończyła się zamieszkami pod halą, sam wówczas oberwałem "z grzywki" w nos od jakiegoś fanatyka, gdyż chyba szedłem za blisko trenera wrocławian Mulego Katzurina. W 2003 roku to Anwil wygrał dogrywką mistrzostwo w meczu 6, a mogło jej nie być, gdyby Joe McNaull z Prokomu Trefla Sopot trafił łatwy rzut spod kosza na koniec czwartej kwarty. W 2007 roku pierwszy w historii mecz Turowa Zgorzelec w finale zakończył się dogrywką w Sopocie, która potem pozwoliła Prokomowi wygrać finał dość pewnie 4:1. W 2011 roku Turów z kolei wygrał po dogrywce mecz 5 w Gdyni z Asseco Prokomem, ale mimo prowadzenia 3:2 nie zdobył mistrzostwa… Teraz też historia koszykówki pisze się na naszych oczach.
Gdzie jest MVP?
Oczywiście MVP sezonu zasadniczego Tauron Basket Ligi, czyli J.P. Prince. W pierwszym meczu był świetny (30 punktów), ale to było dawno. W meczach 2 i 3 łącznie rzucił punktów 16, nie trafił ani razu spoza pola trzech sekund, niewiele przyniósł też w obronie. W całym sezonie w TBL Prince tylko raz nie zdobył 10 lub więcej punktów, a w finale Stelmet nie pozwolił mu na to już dwa razy. Spodziewam się w czwartek wielkiej odpowiedzi Prince'a na tę sytuację.
Stelmet w ataku to Stelmet na mistrzowskim poziomie.
Liczby nie kłamią. W zgorzeleckich meczach 1 i 2 zielonogórzanie mieli 40 procent skuteczności, a w meczu 3 u siebie - 50 procent. Tylko trafiając rzuty, w tym większość z dystansu, Stelmet jest w stanie wygrywać z PGE Turowem. Tylko wtedy niestraszne są im nawet seryjne trafienia za trzy w wykonaniu zgorzelczan (8 w trzeciej kwarcie we wtorek!) i fakt, że PGE Turów zdobył w meczu 3 najwięcej w tej serii punktów spod kosza (aż 42).
Energia od publiczności?
Kolejna świetna uwaga od eksperta Grzegorza Chodkiewicza dotyczyła tego, jak rzekomo publiczność ma pomóc Stelmetowi w wygrywaniu w finale, o czym mówili wszyscy przed meczem 3. Chodkiewicz podkreślał, że to najpierw zawodnicy muszą dać energię publiczności. I tak dokładnie było, Stelmet zaczął od 10:0, a w końcówce meczu, kiedy dawał z siebie wszystko na boisku, także kibice szaleli na trybunach. W czwartkowym meczu 4 będzie na pewno komplet 5000 widzów, więc znów będzie moc w Zielonej Górze.
Emocje muszą być!
Jeśli ktoś wymaga od walczących o mistrzostwo Polski dwóch klubów spokoju i wyważenia opinii, to nie wie, o co chodzi w sporcie na tym poziomie. Emocje muszą być! Nerwy są jak najbardziej zrozumiałe. Nawet nie mam wiele do zarzucenia tym kibicom i działaczom, którzy wdają się w słowne przepychanki (byle bez rękoczynów i obrażania). Jestem też przekonany, że dobrym ruchem było zejście koszykarzy ze Zgorzelca po meczu 3 z boiska bez pożegnania z rywalami i sędziami, bo przy takiej huśtawce emocji izolacja jest nawet wskazana. Na całusy przyjdzie czas po finale. Dlatego warto pochwalić trenera PGE Turowa Miodraga Rajkovicia, który w końcówce meczu wyglądał, jakby wzorem Tadeusza Rejtana miał zamiar rozerwać na sobie koszulę i rzucić się pod kosz, żeby zablokować rzuty wolne Koszarka, ale na konferencji prasowej był spokojny, nie miał do nikogo pretensji i tonował rozmowy o sędziowaniu. Świetnie! Na emocje jest czas podczas 40 minut gry. No - czasami 45.
Zapraszamy do Polsatu Sport News i Polsatu Sport Extra HD na sportową ucztę w czwartek od godziny 18.00. Nie zawiedziecie się!
Komentarze