Pindera: Polska waga, polskie problemy

Kiedyś, w czasach Feliksa Stamma i boksu amatorskiego, była nią kategoria lekka. Teraz jedynego, zawodowego mistrza świata mamy w wadze junior ciężkiej (cruiser). Jest nim Krzysztof „Diablo” Włodarczyk, a za nim stoi całkiem liczna grupa polskich pięściarzy w tej właśnie kategorii.
Kazimierz Paździor, Józef Grudzień i Jan Szczepański zdobywali złote medale olimpijskie w wadze do 60 kg (lekka) w Rzymie (1960), Tokio (1964) i Monachium (1972). Grudzień wywalczył też olimpijskie srebro w Meksyku (1968), Aleksy Antkiewicz w Helsinkach (1952), a Kazimierz Adach brąz w Moskwie (1980). W żadnej innej wadze nie mieliśmy tylu olimpijskich sukcesów, choć medali, i to tych z najcenniejszego kruszcu nie brakowało też w innych kategoriach.
W zawodowym boksie z wagą junior ciężką może konkurować półciężka, ale tylko wtedy jeśli pas WBO zdobyty w 1994 roku przez Dariusza Michalczewskiego uznamy za polski. Walczył przecież pod niemiecką flagą, grano mu niemiecki hymn przed zwycięską walką w Hamburgu z Amerykaninem Leeonzerem Barberem, ale „Tygrys” dla mnie zawsze był Polakiem. Wiem co mówię, bo komentowałem tamten pojedynek, który TVP kupiła za śmieszne pieniądze dzięki Michalczewskiemu, który się o to postarał, a ja w tym pośredniczyłem.
Warto pamiętać, że ten sam „Tygrys” Michalczewski był też mistrzem wagi junior ciężkiej. Trzy miesiące po zdobyciu mistrzowskiego pasa WBO w wadze półciężkiej, znów w Hamburgu, zmierzył się z Argentyńczykiem Nestorem Hipolito Giovanninim w walce, której stawką był tytuł w wyższej kategorii i znokautował go w spektakularny sposób w dziesiątej rundzie.
Dopiero dwanaście lat później na warszawskim Torwarze do tego sukcesu nawiązał Krzysztof „Diablo” Włodarczyk wygrywając ze Steve’em Cunninghamem w starciu o wakujący pas IBF. Stracił go wprawdzie w rewanżowej walce, tym razem w katowickim Spodku w maju 2007 roku, ale pas ten wrócił do Polski za sprawą Tomasza Adamka w grudniu 2008 roku, który odebrał go Cunninghamowi na jego ziemi, w Newark, w New Jersey. Inna sprawa, że to już była po trosze również ziemia „Górala”, który tam zamieszkał wraz z rodziną.
Panowanie Adamka w wadze cruiser wprawdzie trwało krótko, ale zapisało się wyraziście. Nikt wcześniej i później z polskich pięściarzy nie miał również pasa The Ring.
Kiedy Adamek przeniósł się w poszukiwaniu większych pieniędzy do wagi ciężkiej, na tron kategorii junior ciężkiej w wersji WBC wrócił „Diablo” Włodarczyk, który najpierw zremisował z Włochem Giacobbe Fragomenim w Rzymie, by wreszcie pokonać go przed czasem i odebrać mu mistrzowski pas w Łodzi (2010). Od tego czasu Włodarczyk bronił tytułu sześć razy, ostatni znów z Fragomenim w Chicago, ale wcześniej w Rachimem Czakijewem w Moskwie w walce, która przeszła do historii z uwagi na swój dramatyzm.
Być może jedynego polskiego mistrza świata zobaczymy ponownie w ringu latem tego roku, i znów w USA. Jest szansa, że dojdzie do jego walki z B.J. Floresem, ostatnio bardziej znanym z komentowania walk w telewizji niż ringowych wojen. Ale i tak lepsze to niż nic. A tak wygląda przecież ostatnio sytuacja naszego czempiona. Niby jest mistrzem, ale nie walczy i nie zarabia.
Inni walczą, ale bez sukcesów. Mateusz Masternak najpierw stracił w październiku ubiegłego roku w Moskwie tytuł mistrza Europy w tej właśnie kategorii, następnie zmienił trenera (Andrzeja Gmitruka zastąpił Piotr Wilczewski), by w ostatnią sobotę nie wykorzystać życiowej szansy jaką była walka o pas interim WBA z Yourim Kalengą w Monte Carlo. Niestety pochodzący z Konga obywatel Francji okazał się zdecydowanie lepszy, a Masternak zrobił niewiele, by po ten wakujący tytuł śmielej sięgnąć.
Trzeba przyznać, że dziwni są ci nasi kandydaci na mistrzów wagi junior ciężkiej.
Niepokonany na zawodowych ringach Paweł Kołodziej (nr 1 organizacji WBA) najpierw nie godzi się na walkę z Ilungą Makabu, a teraz odmawia pojedynku z Olą Afolabim w nowojorskiej Madison Square Garden. Ma swoje racje, chce walczyć z mistrzem IBF Pablo Hernandezem (wcześniej walka ta nie doszła do skutku z powodu choroby mieszkającego w Niemczech Kubańczyka), ale wszystko wskazuje na to, że to jednak nierealne, bo Hernandez zmierzy się 16 sierpnia z Firatem Arslanem.
Co w tej sytuacji będzie dalej z Kołodziejem? Ma 33 lata, młodszy nie będzie, a czas biegnie szybko. Nie godząc się na walkę w MSG spadnie w rankingach i być może już nigdy nie dostanie szansy, by sięgnąć po pas mistrza świata. Mam nadzieję, że tak się nie stanie i los się jednak do niego choć raz uśmiechnie.
A przecież są jeszcze Krzysztof Głowacki i Łukasz Janik. „Główka” Głowacki, mocno bijący mańkut jest liderem rankingu WBO. Jeśli Marco Huck, mistrz tej organizacji przejdzie, o czym się głośno mówi, do wagi ciężkiej, to zawodnik Sferis KnockOut Promotions będzie walczył o wakujący pas. Na razie jednak wyjdzie do ringu w najbliższą sobotę w Rzeszowie, by sprawdzić formę w starciu z rutynowanym Belgiem Ismaiłem Abdulem, który w dobrej formie był dawno temu.
Na tej samej gali walkę wieczoru stoczy Janik. Kiedy pięć lat temu padał po ciosach Masternaka w łódzkiej Atlas Arenie wydawało się, że to prawdopodobnie koniec jego kariery. Ale pozbierał się i wrócił. Siedem miesięcy temu w MSG Theater w Nowym Jorku dzielnie stawał czoła Afolabiemu i choć przegrał wyrażnie (sędziowie punktowali jednak tylko 2:1 dla rywala), to pokazał, że udane powroty w boksie się zdarzają. Teraz marzy o rewanżu z Masternakiem (jestem jak najbardziej za takim pojedynkiem), ale najpierw musi pokonać pewnie Rico Hoye’a w Rzeszowie. Powinien dać sobie radę bez większych problemów z przeciętnym Amerykaninem, ale w tym fachu nie ma nic pewnego, więc poczekajmy. Jeśli w sobotni wieczór w hali na Podpromiu nie będzie trzęsienia ziemi, to zarówno Głowacki, jak i Janik dopiszą do swoich rekordów kolejne zwycięstwa. Zgoda, Hoye wygrywał z takimi asami jak Montell Griffin czy Richard Hall, ale to było dziesięć lat temu w niższej kategorii.
W zawodowym boksie z wagą junior ciężką może konkurować półciężka, ale tylko wtedy jeśli pas WBO zdobyty w 1994 roku przez Dariusza Michalczewskiego uznamy za polski. Walczył przecież pod niemiecką flagą, grano mu niemiecki hymn przed zwycięską walką w Hamburgu z Amerykaninem Leeonzerem Barberem, ale „Tygrys” dla mnie zawsze był Polakiem. Wiem co mówię, bo komentowałem tamten pojedynek, który TVP kupiła za śmieszne pieniądze dzięki Michalczewskiemu, który się o to postarał, a ja w tym pośredniczyłem.
Warto pamiętać, że ten sam „Tygrys” Michalczewski był też mistrzem wagi junior ciężkiej. Trzy miesiące po zdobyciu mistrzowskiego pasa WBO w wadze półciężkiej, znów w Hamburgu, zmierzył się z Argentyńczykiem Nestorem Hipolito Giovanninim w walce, której stawką był tytuł w wyższej kategorii i znokautował go w spektakularny sposób w dziesiątej rundzie.
Dopiero dwanaście lat później na warszawskim Torwarze do tego sukcesu nawiązał Krzysztof „Diablo” Włodarczyk wygrywając ze Steve’em Cunninghamem w starciu o wakujący pas IBF. Stracił go wprawdzie w rewanżowej walce, tym razem w katowickim Spodku w maju 2007 roku, ale pas ten wrócił do Polski za sprawą Tomasza Adamka w grudniu 2008 roku, który odebrał go Cunninghamowi na jego ziemi, w Newark, w New Jersey. Inna sprawa, że to już była po trosze również ziemia „Górala”, który tam zamieszkał wraz z rodziną.
Panowanie Adamka w wadze cruiser wprawdzie trwało krótko, ale zapisało się wyraziście. Nikt wcześniej i później z polskich pięściarzy nie miał również pasa The Ring.
Kiedy Adamek przeniósł się w poszukiwaniu większych pieniędzy do wagi ciężkiej, na tron kategorii junior ciężkiej w wersji WBC wrócił „Diablo” Włodarczyk, który najpierw zremisował z Włochem Giacobbe Fragomenim w Rzymie, by wreszcie pokonać go przed czasem i odebrać mu mistrzowski pas w Łodzi (2010). Od tego czasu Włodarczyk bronił tytułu sześć razy, ostatni znów z Fragomenim w Chicago, ale wcześniej w Rachimem Czakijewem w Moskwie w walce, która przeszła do historii z uwagi na swój dramatyzm.
Być może jedynego polskiego mistrza świata zobaczymy ponownie w ringu latem tego roku, i znów w USA. Jest szansa, że dojdzie do jego walki z B.J. Floresem, ostatnio bardziej znanym z komentowania walk w telewizji niż ringowych wojen. Ale i tak lepsze to niż nic. A tak wygląda przecież ostatnio sytuacja naszego czempiona. Niby jest mistrzem, ale nie walczy i nie zarabia.
Inni walczą, ale bez sukcesów. Mateusz Masternak najpierw stracił w październiku ubiegłego roku w Moskwie tytuł mistrza Europy w tej właśnie kategorii, następnie zmienił trenera (Andrzeja Gmitruka zastąpił Piotr Wilczewski), by w ostatnią sobotę nie wykorzystać życiowej szansy jaką była walka o pas interim WBA z Yourim Kalengą w Monte Carlo. Niestety pochodzący z Konga obywatel Francji okazał się zdecydowanie lepszy, a Masternak zrobił niewiele, by po ten wakujący tytuł śmielej sięgnąć.
Trzeba przyznać, że dziwni są ci nasi kandydaci na mistrzów wagi junior ciężkiej.
Niepokonany na zawodowych ringach Paweł Kołodziej (nr 1 organizacji WBA) najpierw nie godzi się na walkę z Ilungą Makabu, a teraz odmawia pojedynku z Olą Afolabim w nowojorskiej Madison Square Garden. Ma swoje racje, chce walczyć z mistrzem IBF Pablo Hernandezem (wcześniej walka ta nie doszła do skutku z powodu choroby mieszkającego w Niemczech Kubańczyka), ale wszystko wskazuje na to, że to jednak nierealne, bo Hernandez zmierzy się 16 sierpnia z Firatem Arslanem.
Co w tej sytuacji będzie dalej z Kołodziejem? Ma 33 lata, młodszy nie będzie, a czas biegnie szybko. Nie godząc się na walkę w MSG spadnie w rankingach i być może już nigdy nie dostanie szansy, by sięgnąć po pas mistrza świata. Mam nadzieję, że tak się nie stanie i los się jednak do niego choć raz uśmiechnie.
A przecież są jeszcze Krzysztof Głowacki i Łukasz Janik. „Główka” Głowacki, mocno bijący mańkut jest liderem rankingu WBO. Jeśli Marco Huck, mistrz tej organizacji przejdzie, o czym się głośno mówi, do wagi ciężkiej, to zawodnik Sferis KnockOut Promotions będzie walczył o wakujący pas. Na razie jednak wyjdzie do ringu w najbliższą sobotę w Rzeszowie, by sprawdzić formę w starciu z rutynowanym Belgiem Ismaiłem Abdulem, który w dobrej formie był dawno temu.
Na tej samej gali walkę wieczoru stoczy Janik. Kiedy pięć lat temu padał po ciosach Masternaka w łódzkiej Atlas Arenie wydawało się, że to prawdopodobnie koniec jego kariery. Ale pozbierał się i wrócił. Siedem miesięcy temu w MSG Theater w Nowym Jorku dzielnie stawał czoła Afolabiemu i choć przegrał wyrażnie (sędziowie punktowali jednak tylko 2:1 dla rywala), to pokazał, że udane powroty w boksie się zdarzają. Teraz marzy o rewanżu z Masternakiem (jestem jak najbardziej za takim pojedynkiem), ale najpierw musi pokonać pewnie Rico Hoye’a w Rzeszowie. Powinien dać sobie radę bez większych problemów z przeciętnym Amerykaninem, ale w tym fachu nie ma nic pewnego, więc poczekajmy. Jeśli w sobotni wieczór w hali na Podpromiu nie będzie trzęsienia ziemi, to zarówno Głowacki, jak i Janik dopiszą do swoich rekordów kolejne zwycięstwa. Zgoda, Hoye wygrywał z takimi asami jak Montell Griffin czy Richard Hall, ale to było dziesięć lat temu w niższej kategorii.
Komentarze