Przemysław Iwańczyk: Jak z tobą rozmawiać? Czy wciąż jak ze sportsmenką, czy też autorką książki „Szkoła życia”, którą napisałaś i niedawno ukazała się na rynku?


Maja Włoszczowska: W dalszym ciągu jestem aktywną sportsmenką. To, że wydałam książkę, absolutnie nie zwiastuje końca kariery, jestem w wieku rozkwitu, jeśli chodzi o dyscypliny wytrzymałościowe, a taką jest niewątpliwie kolarstwo górskie. Ciągle jestem aktywnym sportowcem, który utrzymuje nieprzerwanie równy poziom, więc to nie jest żaden schyłek ani gorszy moment. Przy okazji zostałam autorką książki; książki, której inspiracją był wypadek przed igrzyskami w Londynie, a nawet bardziej sam powrót po tym wypadku. Stwierdziłam, że to historia, którą warto opisać, a właściwie najpierw stwierdził to Julian Obrocki, który mnie do tego namówił.


Napisanie książki przez sportowca – niezależnie od tego, ile osiąga w swoim fachu – jest swego rodzaju cezurą. Albo są to wspomnienia dotyczące kariery zmierzającej ku końcowi, albo to jakieś szczególne wydarzenie, z reguły pozytywne. W twoim wypadku inspiracją był wypadek, czyli nic, co dobrze się kojarzy. Wyciągnęłaś z tej lekcji wnioski, które pozwoliły ci się odbić tak sportowo i psychologicznie?


Oczywiście sam wypadek jest przeżyciem negatywnym. Natomiast to, co się stało po nim, czyli fakt, że ludzie po takim urazie mają problem z powrotem do chodzenia, normalnego funkcjonowania, a mnie udało się wrócić nie tylko do czynnego uprawiania sportu, ale i na najwyższy światowy poziom, to moim zdaniem jest największe osiągnięcie, jakiego udało mi się dokonać w mojej karierze sportowej.. W związku z tym sukces, o którym zdecydowanie warto pisać. Nie jest wielką sztuką uzyskać dobry wynik, kiedy wszystko dobrze się układa, jest pięknie, jesteśmy zdrowi, zdobywamy pieniądze od sponsorów, krok po kroku mamy kolejne wyniki, wszystko jest cacy, a na koniec sięgamy po medal wielkiej imprezy. Sukcesem jest nie poddać się przeciwnościom losu i z uporem pracować. Nie poddać się, nie stracić motywacji, co potem nagradzane jest takimi wynikami, jakie miałam w 2013 r., czyli cały rok po kontuzji. Był on najlepszym w całej mojej karierze. Te sukcesy warto było opisać w książce, bo wcześniej miałam co roku propozycje z różnych wydawnictw, ale cały czas czułam, że jeszcze za mało zrobiłam, jeszcze jestem za młoda, aby cokolwiek pisać. Zupełnie nie czułam się na siłach, wystarczająco dojrzała, aby cokolwiek przekazywać fanom, innym ludziom, czytelnikom. Wypadek kosztował mnie mnóstwo pracy, wiele silnej woli. Mm nadzieję, że to, jak udało mi się wrócić po wypadku, będzie motywacją oraz inspiracją dla innych, którzy sięgną po „Szkołę życia”. Mam nadzieję, że ona doda im motywacji i energii do pokonywania przeciwności losu.


To chyba normalne, że sportowcom trudno utrzymać się non stop na krzywej wznoszącej. Musi w pewnym momencie spaść, cokolwiek to oznacza, żeby móc się odbić.


Nie da się być cały czas na wznoszącej, po prostu się nie da. Jestem też po matematyce finansowej i ze statystycznego punktu widzenia, przez kilkanaście lat kariery nie ma takiej możliwości, aby wszystko szło świetnie. Po pierwsze, wszyscy jesteśmy ludźmi, każdy ma tylko jeden organizm, różne rzeczy dookoła się dzieją, żaden sportowiec nie funkcjonuje w wyizolowanym świecie, gdzie nie jest wolny od zarazków, kontuzji, problemów emocjonalnych, bo każdy z nas ma też swoje życie prywatne. A to wszystko, co dzieje się dookoła też wpływa na naszą formę. Ten inspirujący wypadek to było czyste zdarzenie losowe, przez lata uprawiania dyscypliny semi-ekstremalnej mógł się wydarzyć albo nawet musiał. Oprócz tego opisuję różne sytuacje z życia, które na mnie wpływały, jak na przykład śmierć Marka Galińskiego. To wydarzenie, po którym trudno było mi się podnieść.


Nie chcę używać sportowej kalki, ale wywiad z Justyną Kowalczyk i jej opowieść o samotności sportowca skłania do refleksji. Na ile samotność sportowca, którego widzimy w stroju „służbowym”, zdobywającego medale, ale napotykającego też na niepowodzenia, jest ci bliska? Co się dzieje później? Ty też doświadczasz tych dwóch światów, z których ten jeden jest kibicom zupełnie obcy, a dla ciebie bolesny i dotkliwy, czy też w twoim przypadku wszystko tak sprawnie się toczy, że sukces sportowy jest i osobistym jednocześnie?


Na pewno życie sportowca jest ciężkie pod tym względem - im lepiej prowadzimy się na początku kariery, tym później jest łatwiej. Mówię i o aspekcie psychologicznym, i o zorganizowaniu sobie życia. Bardzo różnie można uprawiać sport na zawodowym poziomie. Przez wiele lat ja też żyłam w takiej puszce, nie miałam kontaktu ze światem, cały czas byliśmy zamknięci w swoim hermetycznym środowisku, z nikim nie rozmawialiśmy, przez co człowiek czuje się potem trochę samotny. Zupełnie inaczej funkcjonowałam przez ostanie dwa lata, kiedy zaczęłam jeździć w drużynie zagranicznej, gdzie nie mieliśmy wyłącznie zgrupowań drużyny. Jechała na jedno zgrupowanie kadry, na drugie drużyny klubowej, na trzecie organizowałam się sama z innymi zawodnikami, czwarte spędzałam w domu. Owszem, nie są to być może najlepsze warunki, ale z drugiej strony, psychicznie daje to więcej, bo zmieniasz środowisko, masz kontakt z ludźmi, będąc z rodziną masz szansę na odrobinę życia prywatnego. Ważne jest w przypadku sportowca rozpoczynającego karierę, żeby ktoś nad nim czuwał, zwracał mu uwagę, nie pozwolił odciąć zupełnie od reszty świata i czasem, nawet kosztem lepszych warunków przygotowań, dał odrobinę innego życia, żeby nie zwariować.
Można w sposób całkowicie profesjonalny, będąc 265 dni w roku na zgrupowaniu, zrobić wyniki, ale nie da się tak funkcjonować przez 20 lat. Gorsze momenty w swoim życiu też przeżyłam, właśnie przez to, że czułam się samotna. Jak wszystko jest fajnie, wygrywamy, ludzie dzwonią, dopytują, aż nagle przychodzi moment, kiedy jesteś sam, nie masz przyjaciół, wszyscy się gdzieś porozjeżdżali, nikt się tobą nie interesuje, bo akurat nie wygrywasz i nagle jesteś w zupełnie innym świecie. Trzeba być na to przygotowanym. Im wcześniej postaramy się ułożyć sobie życie trochę inaczej, tym lepiej.


Spotkałaś się z presją – albo wyimaginowaną, albo rzeczywistą – jaka towarzyszyła ci w związku z sukcesami i dalszymi oczekiwaniami, czy też jest ci to zupełnie obce?


O tym także piszę w książce, często czułam, że jestem pod ogromną presją. Tydzień przed startem na igrzyskach w Atenach byłam wręcz sparaliżowana, ryczałam od rana do wieczora, ryczałam i zastanawiałam się, co będzie, jeśli nie zdobędę medalu. W jednym z wiodących tygodników pojawił się artykuł o polskich faworytach do medali, w którym porównywana byłam do Norweżki Gunn-Rity Dahle. Ona wtedy wygrywała wszystkie wyścigi, a ja przed igrzyskami tylko raz byłam się na podium mistrzostw Europy. Raz! A mimo to byłam porównywana z nią jako równoprawna faworytka do medalu, gdzie wówczas zupełnie nie czułam się na siłach, aby walczyć o podium. Bardzo w to wierzyłam, ale nie było podstaw, żeby twierdzić, że jestem faworytką. Byłam spanikowana, potem nie zdobyłam medalu, byłam szósta, i jakoś nic się nie wydarzyło, nikt mi głowy nie odciął, wszystko było ok, a ja nadal byłam młodą i perspektywiczną zawodniczką, która będzie walczyła na kolejnych igrzyskach.
Często presja, którą odczuwamy, jest wytworem naszej wyobraźni. W porządku, ludzie mają oczekiwania i zawsze będą je mieli, ale tak naprawdę nic się przecież nie stanie, jeśli zawiedziemy. Gdzieś może usłyszymy kilka słów krytyki, ale de facto za jakiś czas nikt o tym nie będzie pamiętał, za jakiś czas będą kolejne zawody, kolejne igrzyska. Jeżeli jest się w porządku wobec samego siebie, jeśli przepracowało się okres przygotowań jak należy, prowadziło się, jak należy prowadzić się sportowcowi, zrobiło się wszystko, co się dało, aby zdobyć medal na ważnej imprezie, i niestety nie wyszło, można z głową podniesioną do góry wyjść i powiedzieć: „przykro mi, zrobiłem wszystko, co mogłem”.


Co masz zamiar jeszcze osiągnąć w sporcie?


Wygrać igrzyska, wygrać mistrzostwa świata. Raz miałam tęczową koszulkę i bardzo przyjemnie mi się ją nosiło, więc chętnie przeżyłabym to jeszcze raz. Zdecydowanie moim marzeniem jest złoto w Rio de Janeiro. Wypadek odebrał mi szansę na walkę o to trofeum w Londynie i stał się motywacją, aby za kolejne cztery lata powalczyć o medal, powalczyć o to złoto przede wszystkim dla Marka Galińskiego, który kolejnych igrzysk nie przeżyje już z nami.


Jak znaleźć w sobie motywację, kiedy medale zdobywa się niemal bez przerwy?


Ogólnie największym sukcesem nie jest jednokrotne zdobycie mistrzostwa świata, a bycie na szczycie przez kilka sezonów. Dla mnie największym sukcesem jest to, że od 11 lat rokrocznie jestem na podium ważnych imprez. Czasem zdarzało się, że miałam jakiś defekt, gdzieś tam się rozwaliłam i wtedy tych medali nie przywoziłam. Gdyby nie te pechowe incydenty, co roku z imprez rangi mistrzowskiej wracałabym z medalami, i to jest dla mnie wielkie osiągnięcie.


Co jest największą trudnością? To, że konkurencja rośnie, czy to że trzeba się znów motywować, co – jak wiadomo – łatwe w sporcie nie jest. Trzeba znów iść tą samą drogą od A do Z.


A kto powiedział, że to musi być ta sama droga? Wiele rzeczy można zmieniać. Zresztą Marek Galiński powtarzał mi, że muszę zmienić trenera, bo nic nowego już mnie nie nauczy, bo w treningu też trzeba bodźce zmieniać, organizm przyzwyczaja się do nich. Powtarzałam mu wciąż, że nie muszę zmieniać trenera, bo on wystarczająco dużo zmienia i te zmiany mi wystarczą. Wielką motywacją była dla mnie zmiana drużyny i jeżdżenie dla holenderskiej ekipy Giant, gdzie poznałam fantastycznych ludzi, i gdzie przez ostatnie dwa lata moje życie wyglądało zupełnie inaczej. Cały czas robiłam to samo, podchodziłam profesjonalnie do sportu, a jednak te dwa lata były różne od pozostałych, więc wcale nie trzeba robić tego tak samo, a poza tym dopóki się ma z tego frajdę, a cały czas ją mam, dopóty ta katorżnicza praca nie sprawia aż takiego wysiłku.


A co po sporcie, masz już zaplanowaną tę drogę?


Rzeczywiście, myślę o tym, lepiej jest myśleć i otwierać sobie furtki aniżeli obudzić się z ręką w nocniku, nie wiadomo, w jakiej chwili, bo moja kontuzja sprzed igrzysk w Londnie pokazuje, że kariera sportowca może skończyć się z dnia na dzień i trzeba być na to bardziej psychicznie przygotowanym. Czym się będę zajmowała zarobkowo, zdecyduję, kiedy tę karierę skończę, bo na to wpływa wiele różnych czynników, chociażby to, gdzie bym chciała mieszkać, z kim bym chciała spędzić resztę życia. Kobieta zmienną jest - dzisiaj podoba mi się bardziej dziennikarstwo, a później może bardziej będzie mi się podobało współprowadzenie rodzinnej firmy Quest, produkującej stroje kolarskie. Bardziej warunkuję to tym, co będę miała ochotę robić. Bo zakładam, że tak jak w sporcie sprawdziło mi się funkcjonowanie na zasadzie: zamij się swoją pasją, jak ci to będzie dobrze wychodziło, zostaniesz mistrzem, i ktoś będzie ci za to płacił, tak i teraz będzie. Mam nadzieję, że po kolarstwie znajdę kolejną pasję, która – prędziej czy później – da mi pieniądze, a jeśli ich nie da, to przynajmniej da mi radość z jej uprawiania.