W 1999 roku w japońskiej miejscowości Maebashi Piotr Haczek, Jacek Bocian, Piotr Rysiukiewicz i Robert Maćkowiak uzyskali 3.03,01 i dotychczas właśnie ten czas był halowym rekordem Europy.

 

„Straciliśmy go teraz na rzecz Belgów, mimo że pobiegliśmy o 0,04 s szybciej od rekordu kraju. Dla nas to kosmiczny wynik, a i tak nie dał złota. Trochę smutno” – skomentował biegnący na ostatniej zmianie Krzewina (WKS Śląsk Wrocław).

 

Polacy bardzo długo utrzymywali się na prowadzeniu. Bardzo dobrze sztafetę zaczął, specjalizujący się na co dzień w biegu na 200 m, Zalewski (AZS UWM Olsztyn).

 

„Miałem zadanie od trenera, by pierwsze 200 m pójść na maksa, zejść jako pierwszy, by kolejny zawodnik mógł ustawić się od razu na pierwszym torze. Myślę, że trener powinien być ze mnie zadowolony” – ocenił mistrz Polski.

 

On sam uważa, że udało mu się uzyskać na swojej zmianie lepszy czas, niż w biegu indywidualnym. Właśnie po nim czuł jeszcze rozczarowanie i żal. Miał bowiem nadzieję także tutaj na medal.

 

„Podium w biegu rozstawnym jest małą rekompensatą. Byłem bardzo zdeterminowany. Trochę było we mnie nerwów i złości. Na początku miałem lekki żal do tego dystansu, ale już teraz można powiedzieć, że się polubiliśmy” - skomentował.

 

Dwa medale z Pragi przywiezie Omelko, który dzień wcześniej wywalczył brąz indywidualnie.

 

„Karol zrobił bardzo dobrą robotę. Na medal właśnie. Mi też nie brakowało motywacji, wiedziałem, że muszę przewagę jeszcze powiększać, trzymać dystans i za wszelką cenę oddać pałeczkę na pierwszym miejscu” – przyznał podopieczny Marka Rożeja.

 

I tak też zrobił. Odpowiedzialny za sztafetę trener Józef Lisowski ustawił zawodników tak, by jak najbardziej wyprowadzić rywali z równowagi.

 

„Chcieliśmy wpłynąć na przeciwników i pokazać, jak jesteśmy mocni i dzięki temu mieli stracić wolę walki” – wyznał taktykę Omelko.

 

Czwarty bieg w ciągu trzech dni miał także Krawczuk (WKS Śląsk Wrocław). Indywidualnie był czwarty.

 

„Zastanawiałem się, czy mi jeszcze starczy sił. Mam zajechane nogi, ale to nie one biegły, a serce. Chłopaki zrobili gigantyczną przewagę, ale wiedzieliśmy, że na ostatnich dwóch zmianach u Belgów biegną bliźniacy Jonathan i Kevin Borlee. Miałem za zadanie utrzymać przewagę, ale się nie udało. Czułem, że rywal się zbliża” – przyznał.

 

Trener Lisowski wiedział, że aby wygrać, Polacy po trzech zmianach muszą mieć dużą przewagę. Na ostatniej zmianie wystawił bowiem obolałego Krzewinę. Zawodnik WKS Śląsku Wrocław w środę będzie miał operację kręgosłupa, odczuwa ból nawet przy chodzeniu, czy siedzeniu, ale chciał bardzo znaleźć się w biało-czerwonej ekipie.

 

„W ostatnich miesiącach ból jest moim najlepszym przyjacielem, ale mam nadzieję, że w końcu się skończy. W środę w Olsztynie mam operację i już powinno być lepiej. Rozum, zdrowie – wszystko mówiło, że nie powinienem startować, serce i charakter, ale też koledzy sprawili, że zdecydowałem się na rywalizację. Walczyłem jednak bardziej z bólem niż z Belgami. Na rozgrzewce miałem łzy w oczach jak robiłem kolejne przebieżki” – tłumaczył.

 

Najbardziej żal mu straconego rekordu Europy. „I za to chciałbym przeprosić naszych starszych kolegów. Jest trochę smutno” – przyznał.

 

Krzewina, który ma nadzieję, zdążyć na drugą część sezonu letniego, uważa, że polska sztafeta 4x400 m będzie coraz mocniejsza. „Zbliżają się złote lata polskiej sztafety” – ocenił.

 

Polacy w halowych mistrzostwach Europy w Pradze wywalczyli siedem medali – jeden złoty, dwa srebrne i cztery brązowe.