Legia - Lech 1988: Jedyny taki finał bez zamieszek kibiców

Piłka nożna

To najbardziej zapomniany finał ze wszystkich potyczek Lecha i Legii. Chyba dlatego, że nie doszło przed, w trakcie ani po meczu do żadnych zamieszek.

Potencjał uderzeniowy był ogromny. Końcówka lat 80., wokół szaro i buro, atmosfera oczekiwania na przemiany, czas politycznego napięcia, skandowania antykomunistycznych haseł na stadionach. Do tego jeszcze mieszanka wybuchowa: kibice z Warszawy i Poznania, a stadion w Łodzi! O tym, jak taki scenariusz mógł się skończyć cała Polska przekonała się w 2011 roku, w Bydgoszczy.


Wtedy w Łodzi animozje kibiców gotowały się jak w kotle: Widzew nie lubił się z Lechem, Widzew nie lubił się z Legią, Legia nie lubiła się z Lechem. Na szczęście, jakimś cudem, do niczego nie doszło, kibice przyjechali i odjechali, a na boisku też było ciekawie.


Kto był faworytem tamtego spotkania? Po latach Jarosław Araszkiewicz (wtedy Lech) i Dariusz Dziekanowski (Legia) wskazują raczej tę drugą stronę i obaj znajdują racjonalne argumenty. Lechowi nie szło wtedy w lidze, walczył o spokojne utrzymanie się i uniknięcie baraży, ale kilka tygodni przed finałem pokonał u siebie Legię 2:0. Zespół z Warszawy był blisko podium (ostatecznie skończył na trzecim miejscu), ale do Łodzi przyjechał osłabiony.


Nie było Krzysztofa Gawary, Janka Karasia. Nie było Kazimierza Budy, nie było Darka Wdowczyka - wspomina Dziekanowski.


Były też podteksty w tym spotkaniu. Araszkiewicz jeszcze niedługo przedtem był zawodnikiem Legii, w której barwach musiał odsłużyć wojsko. I to właśnie ten zawodnik dał prowadzenie Lechowi.


Pamiętam, że otrzymałem piłkę na 20. metrze i swoim charakterystycznym uderzeniem pokonałem Zbyszka Robakiewicza. Po zdobytej bramce wykonałem chyba swój najszybszy bieg w karierze. Cieszymy się, że wygraliśmy wtedy z Legią, naszpikowaną gwiazdami - mówi Araszkiewicz.


Lech długo się z prowadzenia nie cieszył. Wyrównanie Legii dał Krzysztof Iwanicki, a potem doszło do serii rzutów karnych. I tam też zdarzyła się ciekawa historia. Ryszard Jankowski, który stał wtedy w bramce Lecha, obronił strzały Dariusza Kubickiego oraz Iwanickiego, a Dariusz Dziekanowski... do dziś jeszcze z niedowierzaniem kręci głową, jak mógł tak spudłować. Piłka przeleciała dobre 3-4 metry obok słupka, więc parabola lotu musiała być bardzo mocno zakrzywiona.


Ciąg dalszy to już impreza, którą dla piłkarzy zorganizował Mirosław Okoński. Przyjechał wtedy specjalnie z Hamburga na mecz i wynajął dla kolegów cały klub nocny w hotelu Polonez. Był dewizowcem, więc stać go było. Kiedy koledzy zaczęli go podrzucać, z kieszeni podobno wypadały mu zachodnioniemieckie marki. A sam puchar był podobno tak brudny w środku, że wypłukał go dopiero wlany do środka szampan.


Epilog do tamtego starcia Legii z Lechem dopisała słynna Barcelona. Lech wydawał się być bez szans w starciu z drużyną z Hiszpanii, prowadzoną przez Johana Cruyffa, a tymczasem dwa razy zremisował 1:1. O wszystkim rozstrzygnęły rzuty karne. Decydującą jedenastkę przestrzelił Damian Łukasik.

LECH: Jankowski - Kofnyt (50, Słowakiewicz), Skrobowski, Łukasik, Rzepka - Araszkiewicz, Romke, Jakołcewicz, Rybak (94, Skrzypczak) - Kruszczyński, Pachelski.


LEGIA: Robakiewicz - Kubicki, Janas (5, Jóźwiak), Gmur, Arceusz (91, Jagoda) - Pisz, Iwanicki, Kaczmarek - Łatka, Dziekanowski, Szeliga.

 

Wspomnienia Jarosława Araszkiewicza i Dariusza Dziekanowskiego w załączonym materiale wideo.

Łukasz Majchrzyk, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze