Futbolowym talentem był obciążony genetycznie. Jego ojciec – Zygmunt występował w ekstraklasie w barwach Cracovii, Zawiszy Bydgoszcz i Stali Rzeszów, w piłkę na poziomie ligowym grali również dwaj bracia ojca. Dariusz swą karierę rozpoczynał w rodzinnym Rzeszowie. Wyróżniał się na tle rówieśników, szybko dostrzeżono, że ma smykałkę do gry, w drużynach juniorskich strzelał gole seriami. Należał do zawodników, których piłka szukała w polu karnym, potrafił się doskonale ustawić, świetnie grał głową i miał niezłą technikę użytkową. Zdolny szesnastolatek wystąpił na Spartakiadzie Młodzieży w Łodzi i został gwiazdą tej imprezy. Zawody obserwowali działacze Widzewa i kilka miesięcy później Marciniak był już piłkarzem tego klubu. Prezes Ludwik Sobolewski wyłożył za niego niemałą sumę dwóch milionów złotych.

Balanga goni balangę

 

Utalentowanego zawodnika kupiono przede wszystkim z myślą o przyszłości. Nie miał szans od razu wskoczyć do pierwszego składu. Widzew dysponował wówczas niezwykle mocną drużyną, w której za strzelanie bramek odpowiadali wówczas tacy piłkarze jak Włodzimierz Smolarek, Dariusz Dziekanowski, czy Wiesław Wraga. Marciniak przez półtora roku w pierwszym zespole Widzewia zagrał w zaledwie czterech meczach o punkty…

Swoje możliwości potwierdził w reprezentacji juniorów, z którą w czerwcu 1984 roku sięgnął po medal mistrzostw Europy rozgrywanych w ZSRR. Piłkarz Widzewa był o rok młodszy od swych kolegów, mimo to był wiodącą postacią tej ekipy (w składzie m.in. z Andrzejem Rudym, Romanem Koseckim i Jackiem Zioberem) i jej najlepszym strzelcem.


Oderwanie w młodym wieku od rodzinnego domu, brak większego zainteresowania ze strony klubu, dużo wolnego czasu i spora ilość gotówki miały negatywnie wpłynąć na tryb życia Marciniaka. Pojawiały się głosy, że nastolatek trafił do Łodzi już ze sporym zamiłowaniem do mocniejszych trunków, a kłopoty z alkoholem miał również jego ojciec. Słabości nowego nabytku Widzewa miał odkryć ówczesny lider drużyny Włodzimierz Smolarek. Problemy Marciniaka szybko przestały być tajemnicą, a kolejne męskie rozmowy z prezesem klubu nie przynosiły rezultatów.

W Widzewie nie mogli sobie dać rady z mocno już, i regularnie pijącym zawodnikiem. Postanowiono więc, że wychowa go wojsko. Zainteresowanie Marciniakiem początkowo wykazywała Legia, ale ostatecznie trafił on do Śląska Wrocław.


Przypadek Pękali

To był niby dobry pomysł na poskromienie charakteru niesfornego gracza, łódzcy działacze nie wzięli jednak pod uwagę, że we Wrocławiu również nie potrafili poradzić sobie z kilkoma piłkarzami tworzącymi tamtejszą imprezową paczkę. Spore i przewlekłe kłopoty wychowawcze sprawiali m.in. Mirosław Pękala, Janusz Szarek i Paweł Król.


Chwilę przed przyjściem Marciniaka Śląsk zrezygnował z usług Mirosława Pękali – piłkarza, który przeszedł podobną drogę. Zdolny junior (bił rekordy występów w reprezentacjach Polski w różnych kategoriach wiekowych), nigdy jednak (poza kilkoma epizodami) nie zdołał przebić się do dorosłej reprezentacji. Powodem były problemy z alkoholem. Klub próbował różnych metod wychowawczych – bez skutku; Pękala kontynuował imprezę nawet z wszytym esperalem. Mimo nakładanych kar zawodnik wracał na boisko, gdy okazywało się, że jego obecność jest drużynie potrzebna.

Zabawa trwała do 17 października 1984 roku. Ów feralny dzień Pękala wraz z kolegą klubowym Pawłem Królem spędzili we wrocławskim "Novotelu". Wypili kilka piw, ktoś "życzliwy" polał piłkarzom wódkę… Taki drink w połączeniu z esperalem stanowił mieszankę wybuchową. Pękala wsiadł za kółko i w takim stanie nie potrafił zapanować nad autem. Potrącił idącą chodnikiem kobietę i zbiegł z miejsca wypadku… Po kilku godzinach sam zgłosił się na milicję. Szybko okazało się, że nie był to pierwszy przypadek jazdy na podwójnym gazie w wykonaniu tego gwiazdora. Na szczęście dla Pękali poszkodowana szybko opuściła szpital, władze Śląska nie chciały już jednak z tym graczem współpracować. Kilka miesięcy później Pękala wylądował w Lechii Gdańsk, gdzie pomocną dłoń wyciągnął do niego trener Wojciech Łazarek.


Przypadek ten warto przypomnieć, ponieważ później te same błędy popełniono z Marciniakiem, a brak zdecydowanej postawy wobec jego wybryków przyniósł równie fatalny efekt.


Mocne postanowienia poprawy


Dariusz Marciniak przyszedł do Śląska na początku 1985 roku. Trener Henryk Apostel dysponował wówczas ciekawym składem, z niezwykle mocną drugą linią (Tarasiewicz – Prusik – Rudy – Mandziejewicz). Interesująca drużyna, która z różnych przyczyn osiągnęła w II połowie lat 80-tych zdecydowanie mniej, niż oczekiwano. Ryszard Tarasiewicz, wspominając po latach w wywiadzie o kolegach, którzy "na siedem treningów osiem razy przychodzili na bani" miał również na myśli zdolnego napastnika ściągniętego z Łodzi.

dm3
Marciniak miał problemy już z dotarciem na pierwsze zajęcia. Mimo to, szybko znalazł się w wyjściowej jedenastce wrocławian. Wreszcie mógł grać: pierwsza runda w Śląsku to 11 występów i 2 gole. W kolejnej przytrafił mu się mecz-marzenie: w spotkaniu przeciwko naszpikowanej reprezentantami Polski Legii zagrał kapitalnie, zdobył dwie bramki i Śląsk wygrał 3:0.

Szybko dały o sobie znać problemy zawodnika. Po hucznej imprezie w "Piwnicy Świdnickiej", w maju 1985 roku został odsunięty od składu przed meczem z Pogonią. Wkrótce stał się stałym bywalcem nocnych lokali, takich jak dyskoteka "Między Mostami". Tam mocne trunki i piosenki zespołu Modern Talking ubarwiały mu szarą rzeczywistość schyłkowego PRLu. Działacze grozili karami, ale często przymykali oko na jego kolejne wybryki. Brak klasowego napastnika sprawiał, że Marciniak grywał nawet na kacu. Zdarzały się również przypadki wyciągania piłkarza z imprez nad ranem w dniu meczu… Groźby pomagały jedynie na krótką metę. Ukarany kajał się na łamach prasy, zapewniał, że już zrozumiał swe błędy i rozpoczyna właśnie nowy etap swej kariery…

Owszem,  popełniłem grzechy młodości, były problemy ze mną, ale właśnie decyzja zmiany środowiska, klubu, była próbą znalezienia wyjścia z coraz poważniejszej sytuacji. Obecnie moje drogi coraz bardziej się prostują. We Wrocławiu zaraz na początku miałem też wpadki, ale teraz to już przeszłość. I nie mówię tego tylko ot, tak sobie. Po prostu chcę grać dobrze w piłkę. Wiem, ile mogę stracić przez głupie występki

(Dariusz Marciniak, Piłka Nożna 1985)

 

Po krótkim okresie dobrej gry Marciniak znów szedł w tango. Takie cykle kibice obserwowali przez kolejne lata. Na początku sezonu 1986/87 działacze stracili cierpliwość do młodego gwiazdora. Początek był całkiem niezły (2 gole w 5 meczach), ale już przed czwartą kolejką pojawiły się problemy. Oficjalnie awizowano uraz zawodnika, Marciniak wybiegł w końcu na boisko w meczu przeciwko Legii, ale dociekliwi żurnaliści szybko odkryli, że chodziło o kontuzję alkoholową. Po kolejnym wybryku, na początku września Marciniaka wyrzucono z drużyny i odesłano do jednostki. Mundur, kamasze, pobudki o szóstej rano, sprzątanie rejonu  i inne uroki wojskowego życia szybko się piłkarzowi znudziły. W grudniu 1986 roku wysłał pismo do prezesa Śląska z prośbą o przywrócenie do drużyny. Za sympatycznym kolegą znów wstawili się inni gracze. Marciniak po raz kolejny dostał ostatnią szansę.

 

Zrozumiałem, że nie ma co igrać z losem, bo można źle skończyć. Postanowiłem wziąć się do solidnej pracy. Tyle pięknych wyjazdów mnie ominęło, kadra ucieka coraz dalej... Naprawdę, zawaliłem sobie sprawy na pewien czas, teraz muszę to wszystko naprawić

(Dariusz Marciniak, Przegląd Sportowy 1987)

 

Wiosną 1987 roku udowadniał, że warto było na niego postawić. Zdobywał bramki na krajowym podwórku, ze Śląskiem sięgnął po Puchar i Superpuchar Polski (dwa gole w wygranym 2:0 finale z Górnikiem Zabrze). Przypomnieli sobie o nim również reprezentacyjni trenerzy. Najpierw U-21: w Starogardzie Gdańskim napastnik Śląska popisał się hat-trickiem w meczu eliminacji MME przeciwko Cypryjczykom (3:0). Niby nic wielkiego, ale dzień później żaden z biało-czerwonych nie trafił do cypryjskiej bramki w meczu dorosłych reprezentacji.

 

Selekcjoner Wojciech Łazarek szukał świeżości w ataku drużyny narodowej: w czterech pierwszych meczach eliminacji Euro-88 biało-czerwoni nie zdobyli ani jednej bramki z gry! Tę niemoc przełamał właśnie Marciniak w swym debiucie w wyjazdowej grze przeciwko Węgrom. Przejął piłkę po strzale Dariusza Wdowczyka, efektownie zakręcił obrońcami i otworzył wynik. Polacy przegrali 3:5, ale piłkarz Śląska był najjaśniejszym punktem zespołu. Fachowcy bili brawo: walka o każdą piłkę, ciąg na bramkę i znakomita współpraca z partnerami imponowała wszystkim. Po takim wstępie otrzymał powołania na kolejne mecze kadry przeciwko NRD i Rumunii.

Po tych życiowych wpadkach miałem tygodnie załamania i myślałem sobie, że mogę być już tylko ligowym przeciętniakiem, o którym kiedyś powiedzą: "jako junior dobrze się zapowiadał, ale nie dał sobie rady ze sobą. Pewnego dnia postanowiłem odwrócić kartę i zerwać z dotychczasowym trybem życia. Za dużo mam teraz do stracenia. W mistrzostwach Europy już nie zagram, ale warto zrobić wszystko, by wystąpić we Włoszech. Mundial jest tylko raz na cztery lata. We Wrocławiu nie mogę nawet chodzić w pobliżu nocnych lokali. Życzliwych bowiem nie brakuje, a potem trudno wytłumaczyć, że miałem ochotę tylko na lody...

(Dariusz Marciniak, Sportowiec 1987)

 

Sielanka jak zwykle nie trwała długo. 4 października 1987 Marciniak wracał z meczu ligowego z ŁKS. Prowadzony przez niego Fiat 125p zatrzymał się na słupie ogłoszeniowym przy ul. Grabiszyńskiej. Pisano o plamie oleju rozlanej na drodze, choć pojawiły się głosy, że piłkarz nie znajdował się w stanie odpowiednim, by siadać za kierownicą… Po wypadku trafił do szpitala ze wstrząsem mózgu i obrażeniami klatki piersiowej. Później wykryto w płucach płyny ropne, co znacznie skomplikowało leczenie i sprawiło, że zawodnik musiał kolejne tygodnie spędzić w szpitalu.


dm5Selekcjoner Łazarek dał mu jeszcze szansę w reprezentacji, ale dwa spotkania podczas tournée po Izraelu zakończyły jego przygodę z drużyną narodową. Później jeszcze tylko raz – w 1990 roku dostał powołanie od Andrzeja Strejlaua i zagrał w meczu z Eintrachtem Frankfurt podczas Igrzysk Solidarności (1:3, Marciniak nie wykorzystał karnego). Przestano już uważać go za największą nadzieję polskiego futbolu, coraz częściej wspominano o niespełnionym talencie.

Wiosną 1988 roku Śląsk wystawił Marciniaka na listę transferową. "Czy ściągnie pan swego byłego podopiecznego do Lecha Poznań?" – pytał dziennikarz Henryka Apostela. "Widzi pan te siwe włosy? To przez niego" – odparł  trener. Piłkarz ostatecznie zasilił II ligowe Zagłębie Lubin – klub, który po spadku z ekstraklasy planował szybki powrót do elity. W Lubinie Marciniak znów wylądował w szpitalu. U 22. latka  stwierdzono silne odwapnienie kości  spowodowane nadużywaniem alkoholu.


Trener Stanisław Świerk nie eksploatował go nadmiernie w rozgrywkach II ligi; w Lubinie twierdzono, że szykują Marciniaka na ekstraklasę. Mimo zmiany otoczenia zawodnik nie przestawał marnotrawić swego piłkarskiego potencjału. Znów balował, przez co stosunki między nim, a resztą kolektywu nie zawsze układały się dobrze. Powtarzał się schemat z Wrocławia: piłkarza pilnowano jak dziecko, działacze odwozili go do domu i wracali po niego ranem, często stwierdzając, że nawet mimo takiej eskorty ich podopieczny przebalował całą noc. Po jednej z imprez znaleziono go kompletnie pijanego w rozbitym samochodzie na szosie pod Polkowicami. Piłkarza próbowano leczyć anticolem, ale on i ten lek zapijał alkoholem. Wreszcie działacze sięgnęli po środek ostateczny. Ożeniono Marciniaka z klubową sekretarką. Pomogło. Jak zwykle na krótko…


Równia pochyła


Mimo kłopotów Zagłębie z Marciniakiem w składzie zdołało jednak coś tam ugrać na krajowym podwórku. Tuż po powrocie do ekstraklasy klub zdobył wicemistrzostwo (1990), a następnie mistrzostwo Polski (1991). Te sukcesy ułatwiły piłkarzowi wyjazd na zachód. Grał w klubach Belgii (Sint-Truidense VV, SC Charleroi i RJ Wavre) i Francji (FC Gueugnon), ale bez większych sukcesów. Do Polski wrócił niespodziewanie w 1995 roku. Początkowo chciał się zaczepić w Zagłębiu Lubin, ale klub nie palił się do podjęcia współpracy z synem marnotrawnym. Próbował jeszcze w Warcie Poznań i Rakowie Częstochowa, wreszcie znalazł zatrudnienie w GKS Bełchatów. Miał pomóc klubowi w utrzymaniu się w ekstraklasie; początek jak zwykle był udany (po dwa trafienia w lidze i Pucharze Polski), ale po nieudanym (również z winy arbitra) meczu przeciwko GKS Katowice (1:3) w piłkarzu znów coś pękło. Poszedł w miasto, a na kolejnym treningu pojawił się z twarzą poharataną na skutek bliskiego spotkania z płytą chodnikową.


Jestem człowiekiem, który wiele spraw w sobie dusi, nie uzewnętrznia. W ten sposób rodzą się pewne napięcia. Po meczu z GKS byłem bardzo zdenerwowany, nie umiałem się uspokoić i stało się tak, jak się stało. To jest za mną, zapewniam. Przyjechałem, żeby spokojnie grać w piłkę

(Dariusz Marciniak, Przegląd Sportowy 1995)

 

Na obcych stadionach kibice szydzili z dawnej gwiazdy. "Idziesz wszyć sobie esperal, czy od razu na wódę" – usłyszał schodząc z boiska podczas meczu w Poznaniu.  W Bełchatowie podziękowano mu po zakończeniu rundy. Później było coraz gorzej. Coraz niższe ligi, coraz bardziej przeciętne drużyny, bardzo częste zmiany barw klubowych… "Jestem wart milion dolarów. Jak skończę 30 lat – będę kosztował 30 tysięcy - mówił proroczo pod koniec lat 80-tych w jednym z wywiadów.

Jeszcze raz uśmiechnęło się do niego szczęście. W 1997 roku, gdy grał w niemieckim KSV Hessen Kassel (III liga) zainteresowanie piłkarzem wykazywał występujący w Lidze Mistrzów Rosenborg Trondheim. Marciniak nie podjął jednak wyzwania, być może uznał, że nie wytrzyma reżimu profesjonalnego klubu.


Powrócił do Polski i podobno w wieku 35 lat dojrzał do tego, by zrozumieć swoje błędy. Chciał szkolić młodzież. Jesienią 2002 roku zatrudnił się w III ligowej Skawince Skawina, w w styczniu 2003 roku trafił do IV ligowego KKS Kalisz, gdzie zaproponowano mu rolę grającego trenera. Na boisku pojawił się tylko w jednym spotkaniu, w pozostałych pełnił rolę drugiego szkoleniowca. Zmarł nagle – kilka godzin po zwycięskim meczu swojej drużyny, w nocy z 26 na 27 kwietnia 2003 roku na zawał serca, który był następstwem choroby alkoholowej.

 

Talent nieobjawiony

Po śmierci Marciniaka pojawiły się dyskusje, czy piłkarz faktycznie był takim zjawiskiem, na jakie go kreowano. Statystyki temu przeczą: 126 występów w ekstraklasie i 30 bramek, do tego pięć gier w pierwszej reprezentacji i jeden gol – to nie są imponujące osiągnięcia dla środkowego napastnika. Wytykano mu kilka boiskowych wad: słabą szybkość, nie najlepszą kondycję… A jednak eksperci, nawet ci niechętni piłkarzowi z powodu jego licznych alkoholowych wybryków, mówiąc o Marciniaku słowo talent odmieniali we wszystkich przypadkach. Może właśnie skromny dorobek w zestawieniu z ogromnymi oczekiwaniami pokazuje, jak bardzo piłkarz zaprzepaścił swoją szansę. W dorosłej piłce jedynie w kilku spotkaniach pokazał nieprzeciętne umiejętności.

Legendy głoszą, że gdy grał w Śląsku obserwowali go wysłannicy Realu Madryt i Bayernu Monachium. Ile w tym prawdy? Faktem jest, że trudno byłoby dwudziestoletniemu piłkarzowi, reprezentującemu na dodatek barwy wojskowego klubu, w realiach PRLu lat 80-tych wyjechać na zachód. Obowiązywała wówczas bariera wieku: 28 lat; Dziekanowskiego puszczono do Celticu gdy miał 27, Furtok pojechał do HSV jako 26. latek. Nieco starsi od Marciniaka: Leśniak i Rudy by grać w Bundeslidze w 1988 roku zdecydowali się na ucieczkę...

Niezbyt trafione jest chyba nazywanie Marciniaka polskim George Bestem. Best, mimo nałogów wiele jednak w piłce osiągnął, stał się postacią popkultury. O Dariuszu Marciniaku dziś niewielu już pamięta. Na nielicznych, pokrytych kurzem filmach odnajdujemy ślady jego piłkarskich popisów. Piłkarz z blond czupryną ogrywający całą defensywę Legii, efektowny gol w Budapeszcie… Smutne, że szybko znalazł naśladowców, którzy dołączyli i nadal dołączają do korowodu zmarnowanych talentów polskiego futbolu.