Euforia w Zielonej Górze! Stelmet wyrwał mistrzostwo! Hosley MVP finałów!
To był mecz godny finału mistrzostw Polski. Nie brakowało iskier w walce pod koszem, nie brakowało rzutów z dystansu, nie brakowało efektownych bloków i lotów nad koszem. Stelmet lepiej wytrzymał wojnę nerwów, wygrał 75:69 i wyszarpał mistrzostwo Polski. Tytuł po roku przerwy wraca do Zielonej Góry.
Ostatnie spotkanie było jak całe finały: zacięte, dramatyczne i buzujące od emocji. I skończyło się tak, jak się chyba nikt nie spodziewał - zwycięstwem Stelmetu nad faworyzowanym zespołem PGE Turowa Zgorzelec.
To było już szóste spotkanie finału, koniec sezonu o krok, odpoczynku po piątym meczu było bardzo mało, a mimo to zawwodnicy obu drużyn zaczęli mecz z bardzo wielką energią. Do ostrej obrony wszyscy się już w tym finale zdążyli przyzwyczaić. W pierwszej kwarcie meczu w Zielonej Górze doszły jeszcze do tego kontrataki, od których zawodnicy biegali z ochotą. Najefektowniejszy był ten, do którego pobiegł Aaron Cel po niecelnym rzucie za trzy Filipa Dylewicza. Piłkę zebrał Łukasz Koszarek, rzucił na połowę Turowa, a Cel zakończył akcję energetycznym wsadem.
W ekipie gości ostro walczył Mardy Collins, który dwóch poprzednich spotkań nie mógł zaliczyć do udanych. Amerykanin ściągał na siebie uwagę obrońcwó, rozgrywał, podawał i rzucał. Tego brakowało w przegranych przez Turów meczachnumer trzy i cztery.
Początek drugiej kwarty to napór Turowa, który zaostrzył jeszcze obronę. Do tego doszło jeszcze kilka dobrych akcji w ataku. Na rzut za trzy punkty odważył się m.in. Tony Taylor, który wcześniej w kilku dobrych akcjach oddawał piłkę kolegom. Jakby tego było mało, kilka strat popełnił Łukasz Koszarek, a jedna z nich zakończyła się przechwytem Collinsa i efektownym kontratakiem. W ostatniej chwili sfaulowany został Tony Taylor.
Im dłużej trwała kwarta, tym mocniej do głosu dochodzili gospodarze. Obudził się Russell Robinson, który dwa razy trafił dwa razy za trzy punkty. Wydawało się, że pierwsza połowa zakończy się jednak prowadzseniem Turowa. Goście prowadzili 32:31 i mieli piłkę na około 20 sek. przed gwizdkiem. Michał Chyliński nie trafił jednak z dystasnu, z piłką pomknął Koszarek i równą z końcową syreną trafił za trzy punkty.
Po przerwie obie drużyny wyszły z ogromną ochotą do gry ofensywnej i na moment, jakby zapomniały o obronie. Trwał festiwal rzutów za trzy punkty, a popisywali się m.in. Hosley, Koszarek, Chyliński czy Dylewicz, który przerwał serię 12 niecelnych rzutów z dystansu w meczach finałowych. A kiedy strzelanina się trochę uspokoiła z niemal dziewięciu metrów trafił Nemanja Jaramaz.
Końcówka trzeciej kwarty to popis Hosleya, który rzucał z szalonych pozycji i nie dał nawet na moment spokoju Collinsowi. To głównie dzięki Amerykaninowi Stelmet wywalczył sobie nawet 10 punktów przewagi. W ostatniej akcji straty zmniejszył trochę znakomitym wejściem pod kosz Mardy Collins.
Im dłużej trwał ten mecz, tym pewniej czuł się Stelmet i tym mocniej trzęsły się ręce zawodnikom drużyny gości. Taka była dynamika tego finału. Wydawało się, że po pierwszym meczu w Zgorzelcu Turów jest na prostej drodze do obrony tytułu, ale Stelmet krok po kroku zbliżał się, a potem zaczął wysuwać na czoło w tej rywalizacji. Najpierw, w meczu numer dwa przegrał minimalnie, potem kiedy rywalizacja przeniosła się do Zielonej Góry odrobił straty, a w piątym spotkaniu odniósł decydujące, wyjazdowe zwycięstwo.
Wtedy to drużyna Saso Filipovskiego stała się faworytem, bo w swojej hali nie przegrywała i tę największą przewagę wykorzystała do końca. Nie byłoby tego tytułu, gdyby nie słoweński trener. Filipovski przyszedł do Zielonej Góry w środku sezonu, gdy drużyna była w rozsypce i podniósł ją aż na sam szczyt. To jego pomysły taktyczne, żelazna obrona, którą wpoił zawodnikom i dyscyplina, której wymagał okazały się decydujące w tym sezonie.
Nie byłoby też mistrzostwa Polski, gdyby nie fantastyczny Łukasz Koszarek, który pełnię możliwości pokazał właśnie w finałach, świetnie rozgrywał, regulował tempo gry, a gdy trzeba było, to też rzucał punkty. Nie byłoby też tytułu bez Quintona Hosleya, który został wybrany MVP finałów. To gwiazdor, który potrafi poświęcić się dla drużyny, który zbiera i przechwytuje piłki, a kiedy trzeba to także rzuca. A nie wszystkie jego doskonałe zagrania widać w statystykach, bo Hosley jest groźny nawet wtedy, kiedy nie robi niczego spektakularnego. W każdej chwili uprzykrza życie przeciwnikom, napiera na nich, wybija piłki, wytrąca z równowagi. Oni byli w pierwszej linii, ale Stelmet to przede wszystkim drużyna i tym wygrał mistrzostwo Polski.
Stelmet Zielona Góra - PGE Turów Zgorzelec 75:69 (17:16, 17:16, 27:21, 14:16)





Komentarze