Lewis Hamilton: wybranek Boga

Moto
Lewis Hamilton: wybranek Boga
fot. PAP/Photoshot
Lewis Hamilton - czyli piękny uśmiech

Jako nastolatek uwielbiał grać w linii pomocy. Lubił wchodzić wślizgiem w rywala, ale kiedy już odebrał piłkę, nie rozglądał się dookoła i nikomu nie podawał. Był wpatrzony w piłkę jak w obraz. Dziś Wyspiarze podziwiają go za kunszt i szaleństwo jakie prezentuje na torach.

Jest kierowcą wyścigowym, ale nie zatapia wzroku w analizie danych. Nie stroni od gitary, tatuaży, złotych łańcuszków i kamer. Rozgląda się dookoła, lubi oślepiający blask fleszy. Irytuje się szybko, lubi paradować z miną człowieka obrażonego na cały świat. Kiedy wpada w zły humor, lepiej zejść mu z drogi. Wolno stygnie.

 

Kłuje w oczy tradycjonalistów, bo twierdzi, że nie musi jeździć w zespole Ferrari. Lubi cywilne auta Ferrari, ale nie marzy o tym, aby ścigać się czerwonym bolidem. Gdy był brzdącem, namiętnie oglądał wyścigi z udziałem Ayrtona Senny, a skoro Brazylijczyk nigdy nie jeździł w teamie Ferrari i został legendą, to nic złego się nie stanie jeśli Lewis też nigdy nie przekroczy bram w Maranello.

 

Fenomenalny naturalny talent, którego nie wyhodowano by w najlepiej wyposażonym laboratorium. Chciałby być Supermanem i latać w kosmosie. Gdyby na pokładzie awionetki miał za pasażerów Rosberga oraz Alonso i dysponowałby dwoma spadochronami, jeden wziąłby dla siebie. A potem z lubością obejrzałby pojedynek Nico z Fernando o spadochron pozwalający przeżyć… Cały Lewis. Nie wierzy w łagodnych, wychuchanych mistrzów, ale siebie nie uznaje jeszcze za legendę. Jego idol Senna miał 3 tytuły mistrza świata, a Lewisowi brakuje jeszcze jednego skalpu, aby wstąpić do klubu nieśmiertelnych. Dopiero wtedy zatańczy z radości, po czym usiądzie w oparach dymu niczym Indianin, koniecznie w towarzystwie kamer.

 

Nie można przejść obok niego obojętnie. Hamilton szanuje Alonso, ale nie zamierzał kłaniać się w pas Hiszpanowi, gdy w 2007 roku Fernando przyszedł do McLarena w glorii mistrza świata. Nieokiełznany młodzieniec pokazał Alonso lwi pazur, ale ta sama buchająca energia odebrała Lewisowi zdolność trzeźwej oceny sytuacji. Kimi pogodził dwóch kierowców McLarena i zgarnął mistrzowski tytuł.

 

Lewis jest w czepku urodzony, bo w 2008 roku po porywającym finiszu i lamencie opon Timo Glocka, sięgnął po tytuł mistrza na Interlagos. Czekał 6 lat, aby znów wejść na tron i oszaleć z radości. Uwielbia udowadniać światu, że ma niezwykły dar i lekkość jazdy. Kiedyś bardzo przejmował się gdy paparazzi zrobili mu zdjęcie z tajemniczą nieznajomą. Dziś umie radzić sobie z popularnością. Pozuje do zdjęć z gwiazdami muzyki, politykami, artystami. Zaprzecza, że przed laty namiętnie słuchał MC Hammera, ale uwielbia klimat USA i gdyby tylko mógł zamieszkałby na stałe w Los Angeles. Warunek: nie mogłoby to zakłócić jego startów w F1.

 

Gdyby inaczej potoczył się wyścig w Abu Dhabi w 2014 roku, to raczej nie pogratulowałby tytułu Rosbergowi, bo to przecież on, Lewis Hamilton, wyznacza nowe trendy. To on jest wybrankiem Boga, on łamie granice ludzkiego wyczynu, kreuje modę, chodzi z psami na spacer, zajada się pikantnymi daniami i obdarowuje najbliższych kosmetykami złowionymi w najdroższych hotelach. On lubi zjeść na wyścigi meksykańskie fajitas i będzie szczerzył zęby jeśli Jensonowi Buttonowi wypadnie z ust papryka. Dlaczego Button nie jest tak popularny jak Lewis? Przecież też był mistrzem świata. Czemu Vettel, ba nawet Rosberg, nie sprawiają, że panny mdleją na ich widok? A dlaczego pojawienie się Lewisa w nowej fryzurze i opętańczo nowoczesnych okularach przeciwsłonecznych wywołuje spazm i pisk nastolatek oraz westchnienie dam? Bo jest wyrazisty. Jest jakiś. Zły czy dobry, przystojny czy odrażający, ma mało wyszukany gust czy jest wirtuozem – nieważne. Grunt, że ogniskuje uwagę. Przedostał się do grona szarych ludzi, których niezmiennie szanuje za to, że poświęcają swój czas, odkładają pieniądze i pędzą przez pół świata, aby obejrzeć wyścig. A ci, którzy nie żyją na co dzień F1, rozpoznają go w okamgnieniu w ulicznym gwarze.

 

Bernie Ecclestone nie chce bezbarwnych i jednowymiarowych kierowców. Szanuje Vettela i Rosberga, ale za nimi nie podążają trzydzieści trzy wagony rozwrzeszczanych i oszalałych fanów. A Lewis jest ubóstwiany na Wyspach. Przez tych, którzy śpią na polu namiotowym w Silverstone i przez tych, którzy opływają w bogactwie. Bernie nie lubi biżuterii i złotych łańcuszków, a Lewis nie rozstaje się z nimi i lubi je rozplątywać. Czasami spokojnie i metodycznie jakby popadał w zadumę, a czasami wpada w furię i chce wydostać się z labiryntu w ułamku sekundy jakby jechał przez Maggotts na Silverstone. Jak na torze: albo perfekcyjny wyścig w Chinach albo rozbity bolid w sesji treningowej na Suzuka. Lewis lubi czuć wiatr we włosach, lubi stawać okoniem, a publiczność kocha go za to, że w sterylnym świecie wyścigów pojawił się ktoś o równie ciekawej i złożonej osobowości jak Juan Pablo Montoya.   

 

Andy Murray, mistrz Wimbledonu z 2013 roku, w samych superlatywach wyraża się o talencie Lewisa. Szkot wie, że telewizja nie do końca oddaje ryzyko jakie podejmuje Hamilton. Nikt nie wykona tak odważnego manewru na torze jak Lewis.   

 

Fascynuje go udowadnianie ludziom, że można pojechać taką linią, którą jeszcze nikt nie jechał i nie wypaść z toru. Kręci go dawna nitka toru w Spa, zachwycał się kunsztem Fangio. Cieszył się jak dziecko kiedy Chris Bomber Harris w porywającym stylu wygrał GP w Cardiff i mówił o tym reporterom, choć spece od PR wykrzywiali usta.  

 

A gdzieś pod tym wytatuowanym ciałem mieszka inny odcień Lewisa. Strach przed tym co nieznane. Jedyne czego Hamilton się boi to chwili bezsilności w obliczu tragedii. Lewis lubi narty i snowboard. To co stało się z Michaelem Schumacherem uświadomiło Brytyjczykowi, że życie jest diabelnie kruche i trzeba żyć chwilą, bo nie wiadomo czy jutro wstaniemy z łóżka. I za to poczucie wolności uwielbiają go fani na Wyspach. Bo w głębi duszy, każdy z nas chciałby coś wykrzyczeć, założyć kolczyk i zrobić dziwny tatuaż, ale konwenanse nas ograniczają. Dlatego, jakkolwiek płytkie może to się nam wydawać, Lewis pojechał z przyjaciółmi do Las Vegas, aby świętować 30 urodziny. Bo w mieście styropianowych atrakcji można krzyczeć do woli…

Tomasz Lorek, Polsat Sport

PolsatSport.pl w wersji na telefony z systemem Android i iOS!

Najnowsze informacje i wiadomości na bieżąco, gdziekolwiek jesteś.

Komentarze