Sebastian Staszewski: Długo trzeba było namawiać Pana na tą rozmowę…

 

Adrian Mierzejewski: Dokładnie dwa lata.

 

Skąd to wielkie milczenie?

 

Nie lubię wywiadów, choć cieszy mnie, kiedy ktoś o mnie pamięta i pisze, że strzeliłem gola czy zaliczyłem asystę. Czytałem jednak o sobie niestworzone rzeczy: że mam Bugatti, że zarabiam tyle i tyle. Często to były wyrwane z kontekstu cytaty, zdania. Nie podoba mi się to, że ty się starasz, przyjeżdżasz do Olsztyna, rozmawiamy kilka godzin a później jakiś chłopiec z Internetu kliknie dwa razy myszką, zrobi „kopiuj-wklej” i stworzy coś całkowicie innego na podstawie tej rozmowy. Dlatego wolałem się od tego odciąć. Jeśli kogoś to irytowało to mogę tylko przeprosić.

 

Teraz chce się Pan przypomnieć?

 

W pewien sposób. Na miesiąc wróciłem do Polski, a, że lubię rozmawiać po polsku, to postanowiłem skorzystać z okazji (śmiech). Nie chcę się jednak narzucać, wyskakiwać z każdej gazety. Jeden czy dwa wywiady nie zaszkodzą, ale nie mogę przesadzić. Wolę się przypominać grając dobrą piłkę.

 

Niedawno pojawił się Pan na Stadionie Narodowym i pierwszy raz od dawna obejrzał Pan mecz reprezentacji Polski na żywo…

 

Ostatni mecz kadry, który widziałem na żywo, graliśmy z Irlandią. To było w Poznaniu, listopad 2013. Dawne czasy… Później oczywiście oglądałem inne spotkania, choć tylko w telewizji. Teraz niby fajnie było zasiąść na Narodowym, ale dla mnie było to troszeczkę niekomfortowe… 

 

Bo wolałby Pan być na murawie?

 

Oczywiście, że tak. Wiem w jakiej jestem dyspozycji, w jakim wieku, i wiem, że w takim spotkaniu, jak z Gruzją, mógłby zagrać. A niestety nie zagrałem… Choć może stety? Chłopaki dają radę i beze mnie. Mam jednak w głowie znak zapytania i pytanie: „dlaczego mnie tam nie ma”?

 

No więc dlaczego?

 

To trudne pytanie, które nie powinno być skierowane do mnie. Reprezentacji idzie, trener Nawałka powołuje piłkarzy, którzy robią swoją robotę i pewnie nie chce niczego zmieniać.

 

A Pan przyjmuje to ot tak do wiadomości?

 

Na pewno się z tym nie pogodziłem. Zaczynam się co prawda przyzwyczajać; czasami nawet nie sprawdzam powołań, bo wiem, że mnie tam nie ma, ale ostatniego słowa nie powiedziałem. Nie poddałem się! Mam 29 lat i trochę grania przede mną. Wciąż czuję nadzieję, że kadra nie jest rozdziałem zamkniętym.

 

Zasugeruję Panu odpowiedź na pytanie: „dlaczego mnie tam nie ma?”. Podobno przed meczem z Irlandią razem z Grzegorzem Krychowiakiem nie wyszedł Pan na rozgrzewkę. To rozsierdziło Nawałkę. Krychowiak przeprosił selekcjonera, Pan – nie. I on jest w kadrze, a Pana nie ma. Tak było?

 

Wyszło małe nieporozumienie. To było pierwsze zgrupowanie pana Nawałki; ja pierwszy raz u niego usiadłem na ławce i nie znałem zasada. Okazało się, że nie zrozumieliśmy się z trenerem od przygotowania fizycznego. Myślę jednak, że tej sytuacji nie ma co rozpamiętywać i nie była to główna przyczyna braku moich powołań.

 

Wkurza Pana fakt, że nie gra Pan w reprezentacji akurat kiedy jest Pan w życiowej formie?

 

W tym sezonie strzeliłem jedenaście bramek i zaliczyłem jedenaście asyst. Zostałem wybrany najlepszym pomocnikiem ligi i jednym z trzech najlepszych piłkarzy. Mój klub zdobył mistrzostwo Arabii i grał w finale Pucharu. Ja regularnie byłem wybierany do jedenastki kolejki… Zebrało się tego trochę.

 

Ale czy to Pana wkurza?

 

To złe słowo. Po prostu widzę się w tej kadrze. Reprezentacja gra co prawda inaczej niż dwa lata temu – bo z dwoma napastnikami - i trudno wrzucić siebie z miejsca do podstawowej jedenastki, ale posiadam umiejętności pretendujące mnie do występów w biało-czerwonej koszulce. Widzę się tam nawet jako alternatywę. Nigdzie nie mam zamiaru się wpychać, ale byłbym nieszczery, gdybym powiedział, że czuję się słabszy od chłopaków. Z drugiej strony wiem, że nie jest łatwo znaleźć się w tej reprezentacji, czego świetnym przykładem jest Kuba Błaszczykowski. Pojawiały się przecież głosy, że nawet on nie jest już potrzebny! To oczywiście głupota.

 

Przed meczami z Gruzją i Grecją dwukrotnie odwiedził Pan kadrowiczów w ich hotelach. Koledzy Pana rozpoznali? Stęsknili się?

 

Co prawda schudłem, ale aż tak bardzo się nie zmieniłem, choć niektórzy faktycznie mówią, że trudno mnie poznać. Chłopaki śledzą jednak ligę saudyjską, z większością z nich jestem na łączach. Często rozmawiam z Łukaszem Szukałą, Sławkiem Peszką. Wiedzą co u mnie, a więc na początku usłyszałem sporo gratulacji z okazji mistrzostwa. Dobrze się tam czułem. Atmosferka była.

 

Mimowolnym ambasadorem powołania Adriana Mierzejewskiego do kadry został wspomniany Szukała, Pana kolega z ligi saudyjskiej, który na zgrupowania przyjeżdża regularnie. Czuje Pan bezsilność, kiedy Łukasz dostaje powołania, a Pan – będąc mistrzem Arabii i wielką gwiazdą ligi - nie?

 

To, że gram w Arabii, nie ma chyba znaczenia. Kiedy byłem w Trabzonie, a za moment mieliśmy walczyć z Juventusem w Lidze Europejskiej, też nie dostałem powołania. A przykład Szukiego potwierdza chyba tę teorię, bo on zapraszany jest regularnie, tak samo zresztą jak piłkarze z Serie B, 2. Bundesligi czy z Chin. Trener po prostu widzi w drużynie innych.

 

Może powinien wrócić Pan do Europy? Brał Pan to pod uwagę?

 

Może i o tym myślałem, ale mam w pamięci to, że z kadry wyleciałem jako zawodnik Trabzonsporu. Poza tym widzę, że powoływani są kolejni piłkarze z Ekstraklasy, a ona naprawdę nie jest silniejsza niż liga saudyjska. Czołowe drużyny z Arabii walczyłyby u nas o mistrzostwo. A więc nie wierzę, że powrót do Europy z miejsca zmieniłby moją sytuację.

 

Dlaczego właściwie wyjechał Pan do Arabii Saudyjskiej? Po świetnym sezonie w Trabzonie mógł Pan liczyć na dobre oferty z dobrych lig…

 

Tylko teoretycznie. W pewnym momencie dowiedziałem się, że Trabzon ma problemy finansowe i musi sprzedać kilku zawodników. Byłem najlepszym asystentem w drużynie, w lidze zajęliśmy czwarte miejsce, więc żyłem sobie spokojnie, a tu nagle pojawia się informacja, że mogę odejść. Najpierw do Chin wyjechał nasz najlepszy strzelec Paulo Henrique, później Olcana Adina kupił Galatasaray i w końcu przyszedł czas na mnie. Dostałem telefon, że jest oferta z Arabii i, że Turcy ją akceptują. Co więc miałem zrobić?

 

Łatwo mi mówić, ale może poczekać?

 

Nie wiedziałem czy chce mnie nowy trener Vahid Halilhodžić, nie wiedziałem czy chce mnie Trabzonspor… Bez sensu było zostawianie na siłę. Poszedłem tam, gdzie mogłem. To była krótka piłka. Ofert z klubów europejskich nie miałem. Była tylko propozycja z innej saudyjskiej drużyny – Al-Ahli.

 

Pojawił się moment, kiedy pomyślał Pan, że wyjeżdżając do Arabii popełnił Pan błąd?

 

Już po pierwszym dniu w klubie byłem mile zaskoczony – i poziomem piłkarskim, i organizacyjnym. Nawet na treningach zasuwamy ciężej niż w Turcji. W lidze ogląda nas po 60 tysięcy kibiców. Dziś swojej decyzji bym nie zmienił.

 

Czuje się Pan w Arabii supergwiazdą?

 

Czuję się doceniany. Do mistrzostwa Al-Nassr dołożyłem dużą cegiełkę. Uczestniczyłem przy ponad dwudziestu bramkach. Cały czas ktoś mi gratuluje, ktoś nagradza. Zabrakło mi trochę, żebym został najlepszym piłkarzem ligi, ale jestem w trójce. Po to właśnie tam pojechałem.

 

Liga saudyjska zaskoczyłaby poziomem polskich kibiców?

 

To nie jest liga wakacyjna dla dziadków i amatorów. Wystarczy spojrzeć na przykład Daniego Quintany. Do Al-Ahli przychodził jako gwiazda Ekstraklasy, strzelec dwudziestu bramek, a w Arabii zdobył tylko jednego gola i teraz wyjechał do Azerbejdżanu. Naprawdę myślałem, że będzie tu liderem, nawet go rekomendowałem, a wyszła wielka klapa. Inne przykłady: Didier Ya Konan przyjechał z Hannoveru, gdzie sobie radził, a w Al-Ittihad – słabiutko. Podobnie teraz Georgios Samaras w Al-Hilal. Za chwilę ma wrócić do Anglii. A Arabii nie ma więc słabych rozgrywek. Wręcz przeciwnie – z trójki Katar, Emiraty, Arabia Saudyjska to my jesteśmy najmocniejsi. Ja muszę się przyznać do tego, że sam byłem zaskoczony. Myślałem, że przeskok między Turcją a Arabią będzie wielki, a tak w ogóle nie było.

 

Polacy – Pan i Łukasz Szukała – dajecie sobie tam radę. Może czas, aby Arabowie zaczęli mocniej penetrować rynek polski?

 

Rzuciłem parę nazwisk, ale to nie takie proste. Oni wolą brać piłkarzy z Brazylii, Urugwaju, Ekwadoru. Szukamy jednak skrzydłowych, więc może uda się kogoś sprowadzić. Dwóch, trzech kolegów już poleciłem. Może nie jest tak, że Arabów męczę o nich godzinami, ale cały czas przypominam, że warto odezwać się do kogoś z naszych. Fajnie byłoby stworzyć tu polską kolonię.

 

Pan zostaje w Al-Nassr?

 

Kontrakt mam jeszcze na dwa lata, więc raczej tak. Czasami zdarza się, że zawodnicy z Arabii wyjeżdżają, ale częściej niż do Europy jeżdżą do Kataru albo ZEA. Ja na razie zachowuję spokój. Poza tym telefon milczy. Chciałbym się teraz skupić na dobrej grze w Azjatyckiej Lidze Mistrzów. Do klubu dołączy niedługo dwóch nowych obcokrajowców i mam nadzieję, że będą poważnymi wzmocnieniami. Jest tu jeszcze kilka pucharów, które mogę wygrać!

 

Ile kosztowałby Pana ewentualny transfer do innego klubu?

 

Oj, dużo. Al-Nassr zapłaciło za mnie tylko trzy miliony euro, ale nie sądzę, aby sprzedali mnie taniej niż siedem, osiem milionów.

 

Wyobraża Pan sobie, że w Arabii będzie grał do zakończenia kariery?

 

Jestem bardzo zadowolony z pobytu w Rijadzie. Gdyby Arabowie chcieli przedłużyć umowę to mogę tu siedzieć i przez pięć lat. Nie chodzi nawet o finanse, ale o całokształt – życie jest tu wygodne. Sportowo też wiedzie nam się dobrze, a może być jeszcze lepiej. A więc mogę zostać w Arabii na lata.

 

Po zakończeniu gry w piłkę będzie miał Pan więc duży problem…

 

Jaki?

 

Jak zorganizować sobie wolny czas, bo pracować Pan nie będzie musiał!

 

Coś się wymyśli. Ciągnie mnie do trenerki i może to jakiś pomysł na życie? Na razie chcę grać jak najdłużej poza Polską, później wrócę do kraju pograć jeszcze z rok, i z żoną zaczniemy się zastanawiać. Teraz żyję chwilą.