Pindera: Druga strona medalu

Nie każdy bokserski pojedynek przypomina starcie Floyda Mayweathera Jr z Mannym Pacquiao. Okazuje się, że są i takie, jak Andrzeja Wawrzyka z Patrykiem Kowollem.
Kilkanaście krzesełek, kilkadziesiąt osób stojących wokół ringu w Legia Fight Clubie. Przy tym niemiłosierny upał i trener Andrzej Gmitruk w roli konferansjera bez mikrofonu. Wśród oglądających znani zawodowi bokserzy: Mariusz Wach, Krzysztof Głowacki, Kamil Łaszczyk.
23 letni Patryk Kowoll z Tarnowskich Gór, rywal Wawrzyka, który w takich właśnie okolicznościach wracał do boksu po kilkunastomiesięcznej przerwie spowodowanej wypadkiem samochodowym , o tym że będzie bił się z pięściarzem Sferis KnockOut Promotion dowiedział się w niedzielę. Przyjął propozycję, bo gaża była lepsza niż za bardzo szybką porażkę w Hamburgu z Aleksandrem Dimitrenką 30 maja tego roku. Dodajmy, że tamten pojedynek odbył się w podobnych warunkach, jak ten w Warszawie.
Kowoll przyznał, że weekend miał mocno zabawowy, więc nie ma sensu mówić o przygotowaniach. Wawrzyk też przystąpił do tej specyficznej konfrontacji z marszu, po powrocie z Chorwacji, gdzie wypoczywał.
Po co więc to wszystko ? Ano po to, by 26 września móc przystąpić do bardzo dobrze płatnej walki w USA. Wawrzyk miałby tam zmierzyć się z mistrzem WBC wagi ciężkiej, Deontay’em Wilderem. Żart, szaleństwo, czy może ktoś kogoś wkręca?
Nie, to po prostu druga strona medalu zawodowego boksu odartego ze sportowych wartości. Biznes w czystej postaci. Szanse Wawrzyka w starciu z dwumetrowym bombardierem z Alabamy są bliskie zera. Wystarczy przypomnieć sobie zresztą jak wyglądał jego pojedynek z Aleksandrem Powietkinem w Moskwie dwa lata temu. Ale to jak na razie jego jedyna porażka, pozostałe 30 wygrał. A taki rekord można dobrze sprzedać.
Trzeba się tylko szybko decydować, bo okazja może się nie powtórzyć. Mistrz oczywiście dostanie dużo więcej i będzie miał poczucie bezpieczeństwa. Dla niego schody zaczną się dopiero, gdy przyjdzie walczyć z Powietkinem, który jest obowiązkowym pretendentem do pasa WBC, ale ta prawdziwa sportowa wojna dopiero w przyszłym roku. Oczywiście jeśli do niej dojdzie.
Patryk Kowoll też jest zadowolony. On nie ma złudzeń, mistrzem boksu nie będzie. Zaczynał w restauracji Adria w Rudzie Śląskiej cztery lata temu pojedynkiem z innym debiutantem Bartłomiejem Grafką. Przegrał na punkty.
Jest takim pięściarzem na telefon. Lepszym od siebie krzywdy nie zrobi, a przy okazji trochę zarobi. W walce z Wawrzykiem stracił oddech już po pierwszym starciu, a w drugim padł na matę i dał się wyliczyć. Nie przyjechał przecież do Warszawy, by wygrać.
Tacy jak on są przecież niezbędni w tym biznesie.

Komentarze