Adrian Janiuk: Po trzech ligowych porażkach najwyższy czas na przełamanie złej  passy w najbliższym meczu z Wisłą Kraków, z którą Jagiellonia zagra przed własną publicznością. Zapewne w ostatnich tygodniach z ust trenera Probierza padły mocne słowa.

 

Przemysław Frankowski: To oczywiste, że po tak fatalnej passie jaka nam się przydarzyła nie obyło się bez ostrych zdań w kwestii naszej gry. W ostatnich spotkaniach popełnialiśmy zbyt dużo błędów indywidualnych. Sam również nie mam czystego sumienia, bo w potyczce z Górnikiem Łęczna także mi przytrafił się głupi błąd. Zdajemy sobie sprawę, że w ostatnich meczach zawodzimy, ale musimy szukać także pozytywów w naszej grze. Stwarzamy sporo sytuacji podbramkowych, ale brakuje nam skuteczności. Fakt, że nie zdobywamy punktów jest dołujący, ale nie możemy zwiesić głów. W pierwszej kolejności musimy poprawić skuteczność i jeśli tak się stanie to o punkty będzie dużo łatwiej.

 

Trwa zła seria Jagiellonii Białystok

 

Za błąd w meczu z Górnikiem Łęczna zrehabilitował się Pan w najlepszy możliwy sposób.

 

Zdobycie bramki w takich meczach, w których nie uzyskaliśmy choćby punktu wcale nie cieszy. Szkoda, bo udało się w Łęcznej doprowadzić do stanu 2:2, ale decydujący cios należał do gospodarzy. Gol strzelony w Łęcznej był moim drugim trafieniem w lidze w tym sezonie, ale  zdecydowanie milej będę wspominał bramkę zdobytą przeciwko Lechowi Poznań. Wtedy byliśmy górą, a moje trafienie przesądziło o losach spotkania.

 

Wcześniejszy mecz z Lechią Gdańsk także był na swój sposób dziwny. Niewykorzystany rzut karny przez Konstantina Wasiljewa w końcówce pierwszej połowy przy stanie 0:0 podciął wam skrzydła. Zaryzykuję tezę, że gdyby Estończyk zamienił jedenastkę na gola to Pana drużyna nie przegrałaby tego spotkania. Może Jagiellonii brakuje po prostu szczęścia?

 

Możetrochę rzeczywiście tak jest, ale z drugiej strony szczęściu trzeba pomóc. Nie możemy szukać wymówek. Musimy poprawić organizację gry i zacząć przypominać drużynę z ubiegłego sezonu. Mam nadzieję, że nie jest to długotrwały kryzys tylko dołek, z którego szybko wyjdziemy. W piątek w starciu z Wisłą chcemy sprawić radość kibicom i sobie. Można powiedzieć, że potrzebujemy kompletu punktów jak powietrza.

 

Najlepiej czuje się Pan grając na boku pomocy? Gdy jako nastolatek wchodził Pan do pierwszej drużyny Lechii Gdańsk występował Pan jako ofensywy pomocnik, ale z biegiem czasu trener Michał Probierz przekwalifikował Pana na skrzydłowego.

 

Na początku mojej przygody z piłką grałem w środku pomocy. Występowałem na pozycji numer „8” lub „10” i nie robiło mi to większej różnicy. W seniorskiej piłce zaczynałem jako ofensywny pomocnik. Kiedy w drużynie Lechii pojawił się trener Probierz zaczął próbować mnie na boku pomocy. Grając na lewej czy to prawej stronie czuję się coraz pewniej. Moja szybkość i dynamika pozwala odnaleźć mi się na skrzydle. Zdaję sobie sprawę, że muszę swoje atuty jeszcze lepiej wykorzystywać i dawać więcej drużynie.

 

Co powinien Pan poprawić w swojej grze?

 

Przede wszystkim muszę ustabilizować formę. Chcę decydować o losach meczów mojej drużyny, a żeby tak się stało muszę być, że tak powiem bardziej konkretny. Mam tu na myśli częstsze wpisywanie się na listę strzelców i zaliczenie więcej asyst. Czasami brakuje mi wykończenia i spokoju pod bramką rywala. Bardzo dużo pracuję nad dryblingiem, bo wiem, że ten element również wymaga poprawy. O to mam do siebie najwięcej pretensji.

 

Nie wymienił Pan gry głową, ale wydaje się, że słusznie. Mimo, że nie należy Pan do najwyższych piłkarzy to akurat ten element gry dopracował Pan w ostatnim czasie.

 

Jakiś czas temu na treningu trener Probierz kazał wypisać nam swoje boiskowe wady i zalety. Wśród wad wpisałem grę głową. Kilka dni później w meczu z Lechem strzeliłem gola właśnie po uderzeniu głową. Po meczu razem z trenerem śmialiśmy się, że działam błyskawicznie, bo wadę zamieniłem szybko w zaletę.

 

Liczy Pan, że bramkarza Wisły Kraków uda się w piątek pokonać strzałem głową?

 

Nie ważne, jak i nie ważne, kto to zrobi, oby tylko piłka po naszych strzałach wpadła do bramki wiślaków. Bardzo liczymy na przełamanie w starciu z Wisłą. Chcemy zrehabilitować się w oczach kibiców, bo wystarczająco dużo rozczarowań z naszej strony przeżyli w ostatnim czasie. 

 

W wieku 20 lat ma Pan blisko 80 meczów rozegranych w Ekstraklasie. Pod koniec sezonu jak wszystko będzie układało się po Pana myśli przekroczy Pan „setkę”. Może to będzie właściwy czas na spróbowanie swoich sił w mocniejszej lidze?

 

Rzeczywiście od mojego debiutu w Ekstraklasie minęły już ponad dwa lata. Bardzo szybko nazbierałem 78 meczów w lidze. O ile z liczby występów mogę być w miarę zadowolony w stosunku do wieku, to z dorobku strzeleckiego już niekoniecznie. Co do zmiany klubu to w ogóle o tym nie myślę. Uważam, że pracuję z najlepszym trenerem w Polsce i chcę jak najdłużej rozwijać się pod jego okiem. Ogromnie cieszę się, że w drugim klubie, w którym gram mogę współpracować z trenerem Probierzem. To naprawdę świetny fachowiec z odpowiednim podejściem do młodych zawodników.

 

Woli  Pan dobrze przygotować się pod okiem Michała Probierza do młodzieżowych mistrzostw Europy w 2017 roku, które odbędą się w Polsce?

 

Czeka nas wielka piłkarska impreza i chcę do tej pory rozegrać jak najwięcej spotkań w lidze. Do mistrzostw Europy do lat 21 zostało jeszcze sporo czasu, bo ponad półtora roku. Nie ma się, co podpalać, ale liczę, że dzięki dobrym i regularnym występom w barwach „Jagi” zapewnię sobie miejsce w zespole Marcina Dorny na ten ważny turniej.

 

Ponad miesiąc temu zadebiutował Pan w reprezentacji Polski U-21 w bezbramkowym meczu ze Szwecją. Jakie wrażenia po debiucie?

 

Mam jak najbardziej pozytywne odczucia z debiutu. Bezbramkowy wynik z mistrzami Europy w tej kategorii wiekowej należy uznać za dobry wynik. Wyszedłem w pierwszym składzie i rozegrałem prawie cały mecz. Czekam na kolejne spotkania w barwach drużyny narodowej.

 

 

Z powodu kontuzji ominęły Pana oba mecze towarzyskie, w których reprezentacja Polski U-21 rywalizowała z Izraelem i Rumunią. Domyślam się, że braku udział w tym drugim meczu szczególnie bolał?

 

To prawda, bo bardzo liczyłem, że wystąpię na stadionie w Białymstoku przeciwko reprezentacji Rumunii. Ogromnie żałuję, że w meczu z Lechią nabawiłem się urazu mięśnia dwugłowego. Właśnie ta kontuzja była przyczyną mojego przedwczesnego zejścia z boiska w meczu przeciwko mojej macierzystej drużynie. W trakcie przerwy lekarz klubowy stwierdził, że nie mogę ryzykować i dlatego nie pojawiłem się po przerwie na boisko w konfrontacji z Lechią. Na mecze z Izraelem i Rumunią nie byłem jeszcze gotowy. Wielka szkoda, że tak się to potoczyło. Chciałem zaprezentować się mojej, białostockiej publiczności. Tym bardziej, że na plakatach zapraszających kibiców na mecz widniało moje zdjęcie (śmiech). Podobnie jak fani drużyny narodowej obejrzałem kolegów z trybun.

 

Nosi Pan wymagające nazwisko dla kibiców Jagiellonii. Nazwisko Frankowski pomaga czy bardziej ciąży w Białymstoku?

 

W momencie, gdy decydowałem się na transfer do Jagiellonii zdawałem sobie sprawę, że Tomasz Frankowski jest legendą tego klubu. Mam zaszczyt grać z numerem 21 czyli numerem legendarnego snajpera białostockiej drużyny. Wiadomo, że porównań nie uniknę, ale jeśli chodzi o rolę na boisku moja jest zupełnie inna od tej, którą miał ulubieniec białostockich trybun. Ja jestem skrzydłowym, więc odpowiadam w pierwszej kolejności za dogrywanie piłki, a nie za wykończenie akcji. Z Tomaszem jesteśmy do siebie podobni pod względem wzrostu. Może ja jestem troszeczkę wyższy (śmiech). Nie znamy się zbyt dobrze. Spotkaliśmy się kilka razy, podaliśmy sobie dłonie na przywitanie. Zwykła wymiana uprzejmości, ale muszę przyznać, że legenda naszego klubu sprawia pozytywne wrażenie na pierwszy rzut oka.