Marquitos trochę jednak w tej La Liga pograł. Mniej szczęścia miał Armand Ella Ken, 22-letni lewoskrzydłowy Sandecji Nowy Sącz. Jego przypadek to już nawet nie dramat. To horror... Wychowany w La Masii – trafił do niej przez fundację Samuela Eto'o. Miał 12 lat, w wieku 16 był już uznawany za największy talent Barcelony. - Będzie lepszy niż Thierry Henry. To mój prywatny typ na przyszłego najlepszego piłkarza świata – mówił w 2009 roku koordynator grup młodzieżowych FCB, Albert Capellas.



W juniorach dzielił atak z Mauro Icardim, dziś wielką gwiazdą Interu. Przyjaźnił się z Marko Bartrą, dziś etatowym stoperem Barcy. Żartował z Danim Alvesem, słuchał rad Erica Abidala, uchodził za następcę Thierry'ego Henry'ego, był nazywany synem Samulela Eto'o. Trzy razy nawet trenował z pierwszym zespołem, a Pep Guardiola wystawiał go w wewnętrznych gierkach „czterech na czterech”, podczas których zrozumiał fenomen duetu Xavi-Iniesta. Miał wszystko, za chwilę ruszał na podbój piłkarskiego świata... I nagle się obudził.

Przyczyna jego nagłego zjazdu: kontuzja. Tak przynajmniej twierdzi sam zainteresowany. Ponoć w rok po tym, jak Capellas ogłosił go przyszłym najlepszym piłkarzem świata, pojechał na zgrupowanie młodzieżowej kadry Kamerunu, gdzie zerwał więzadła w kolanie. Kolejne 12 miesięcy spędził w szpitalach – operacje, rehabilitacje, piłka jedynie w telewizji. To był okres pomiędzy 17. a 18. rokiem życia. Po powrocie zupełnie nie mógł się odnaleźć. Zrozumiał, że Barcelonę może już sobie odpuścić. W takiej sytuacji łatwo dać się omamić, zaufać nieodpowiednim ludziom. Pewien agent zaproponował mu wtedy regularną grę w najwyższej lidze Ukrainy. Klub może nie jakiś wielki, ale to w końcu tylko przystanek – za chwilę przecież oczaruje cały kraj, będą się o niego biły Szachtar z Dynamem...

I pojechał. Nigdy nie zadebiutował w La Liga, nigdy nie zagrał w Klasyku. To, co się stało później, przechodzi ludzkie pojęcie. Przez dwa lata w Karpatach Lwów wystąpił w czterech spotkaniach, przez pół roku w węgierskim Kaposvari – w dwóch. Horror. Totalnie irracjonalny przypadek. Najlepszy piłkarz La Masii, potencjalny następca Henry'ego znalazł się na piłkarski dnie. Nic nie tłumaczy aż tak spektakularnego zjazdu. Ani uraz, ani problemy z menedżerem. To nawet Marek Citko nie stracił po kontuzji tyle, co Armand Ella Ken.

Armand Ella Ken przed meczem Sandecji

Fot. Cyfrasport

Karpaty w końcu rozwiązały z nim kontrakt. Przez dwa miesiące pozostawał bez klubu. Wkrótce wygasła też umowa z menedżerem. W Nowym Sączu ktoś o nim usłyszał, ktoś obejrzał filmik. Podano mu rękę... Trenerzy Sandecji na każdym kroku podkreślali, że na treningach myśli szybciej niż koledzy, co ponoć zostało mu jeszcze z czasów La Masii. Ella udowodnił to już w swoim drugim meczu, kiedy strzelił GKS-owi Tychy dwie piękne bramki. Pierwszą płaskim uderzeniem zza pola karnego, drugą wolejem z 10 metrów. Dołożył jeszcze trafienie z Arką Gdynia – typowe wykończenie akcji – i... wypadł ze składu do końca sezonu 2014/15.

Znów zerwał więzadła w kolanie.

Pojechał na rekonstrukcję do sprawdzonej kliniki w Barcelonie, ale rehabilitację przechodził już w Nowym Sączu i krok po kroku wracał do pierwszego składu. Udało mu się to dopiero 7 listopada – w zremisowanym 0:0 meczu z Olimpią Grudziądz spędził na boisku 60 minut. Tydzień później rozegrał już pełne spotkanie, ale jego Sandecja przegrała z Rozwojem Katowice 0:2... Armand Ella Ken jest daleki od pełni formy, jednak w Nowym Sączu ani myślą o pożegnaniu. Liczą, że ich katalońska gwiazda w końcu odpali i – tak jak w przypadku Marquitosa – wkrótce ustawi się po nią pół Ekstraklasy. O ile oczywiście znów nie stanie się z nim coś zupełnie niewytłumaczalnego...