Patrzę na tę sprawę dość spokojnie, nie przez pryzmat medialnego szumu, przeradzającego się momentami w informacyjno-negocjacyjny chaos. Patrzę na tę sprawę przez pryzmat Lewandowskiego. Lewandowskiego-piłkarza i Lewandowskiego-człowieka, postać absolutnie wyjątkową, w dziejach piłki na świecie być może liczoną w kilku geniuszy.

Benitez: Lewandowski? Nie będę tego komentował

 

W Zbigniewie Bońku, Józefie Młynarczyku i Jerzym Dudku mieliśmy trzech polskich zdobywców Pucharu Europy. Każdy na swój sposób przyczynił się do zdobycia przez Juventus, FC Porto i Liverpool tytułu najlepszego europejskiego klubu, bywał bohaterem swoich drużyn (nie ma chyba takiego, co nie pamięta finału ze Stambułu), ale też żaden z nich w aż tak dominujący sposób, zrzucając w cień inne gwiazdy, nie stawał się długotrwałym, niewyobrażalnie niezbędnym ogniwem jak Robert Lewandowski. Czy teraz w Bayernie, czy wcześniej w Borussii, czy później w Realu. Tak, zakładam, że prędzej czy później do tego transferu dojdzie, a obecny kapitan reprezentacji na długo i trwale wpisze się w historię Królewskich i piłki na świecie.

Polski futbol miewał piłkarzy wybitnie utalentowanych, miał ludzi, którzy zaszli na reprezentacyjne bądź klubowe szczyty ciężką pracą, ale nie miał piłkarza, który łączyłby obie te cechy poparte niezwykłą determinacją, niekończącą się ambicją i szczęściem, bez którego nie ma sportowego sukcesu.

Rozmawiałem ostatnio z hiszpańskim dziennikarzem Guillemem Balague, autorem biografii Leo Messiego, Cristiano Ronaldo czy Pepa Guardioli. Wyrysował mi algorytm, według którego można określić geniusz piłkarza. Wskazał na 10 proc. talentu, 90 proc. ciężkiej pracy, a dopiero nad tym niedefiniowane cechy, które nie pozwalają się zatrzymać. Cokolwiek to jest, Lewandowski to ma. Być może jako jedyny w polskiej piłce, na pewno jedyny za mojego futbolowo świadomego, liczonego już w kilku dekadach życia.

Mam wrażenie, że bycie pierwszym to dla Lewandowskiego fundament egzystencji. Nie mam zamiaru moralizować, oceniać, także Lewandowskiemu nie raz, nie dwa zdarzyły się sprawki czy postawy, których albo żałuje, albo nie przystoją gwieździe, albo sprawiały, że reszta widziała go oderwanego od rzeczywistości. Ale to i tak nic w porównaniu z piłkarską roztropnością, godnym pozazdroszczenia uporem, świadomością celów, które Lewandowski posiadł w stopniu najwyższym.

Jeśli idzie o te ostatnie, trafił swój na swego – także jego menedżer Cezary Kucharski ma dość podobne cechy. Właśnie dlatego, jeśli obaj rzeczywiście konsekwentnie i spójnie realizują swoje zamierzenia, widzę Lewandowskiego w Realu. Bo choć Bayern Monachium to gigant, a w skali Bundesligi nieposkromiony hegemon, to ani Lewandowskiemu, ani Kucharskiemu to nie wystarczy. Jeden chce stanąć na lata na piłkarskim Evereście, drugi chce pokazać, że na taką wyprawę nie można wybierać się bez niego.

Podejrzewam, że w transferze do Realu nie chodzi o kolejne miliony euro na koncie – brutto, netto, 10 mln w tę czy we w tę, intuicja podpowiada mi, że nie o to wspomnianemu duetowi chodzi, a do swojego celu nie będą przeć po trupach.

Lewandowski, jeśli już w Realu się znajdzie, nie będzie piłkarzem poślednim. Nie wystarczy mu biała koszulka Królewskich, najwyższe zarobki, on i tam będzie chciał być najlepszym. Tym samym rzecz idzie o wejście do historii, jakiej nie przeżył i długo nie przeżyje żaden polski piłkarz. Być może Lewandowski jest jedynym, któremu jest to dane.