W obszernym wywiadzie dla papierowej edycji szwedzkiego dziennika "Expressen" norweska biegaczka narciarska wyjaśniła, że nie podoba się jej podbijanie bębenka w Norwegii i ustalenie już pewnego zwycięzcy, zanim w ogóle zawody się zaczęły.

 

Załamanie nerwowe Heidi Weng. Co dalej z Norweżką?

 

"Trochę mnie męczą rozważania kibiców i mediów pt. z jaką przewagą wygram, minuty czy może tylko 10 dziesięciu. Ponieważ to, że będę pierwsza zostało już podobno potwierdzone. Presja jest męcząca do tego stopnia, że już wiele razy radość ze zwycięstwa mieszała mi się z zadowoleniem z tego, że udało się spełnić kolejne oczekiwania, a przecież biegnę przede wszystkim dla siebie, a dopiero później dla innych" - powiedziała biegaczka.

 

Jak podkreśliła, poza nią startuje wiele innych dobrych zawodniczek.

 

"Nie można dzielić skóry na jeszcze żywym zwierzęciu, zwłaszcza że nie będę przecież startować sama. W sumie to jestem bardzo niepewna, jak będzie, ponieważ sezon właściwie dopiero się zaczął, a rywalki przecież z niego jeszcze nie zrezygnowały" - nadmieniła.

 

Wyznała, że najbardziej obawia się pierwszego etapu - sprintu techniką dowolna w Lanzerheide, ponieważ ta konkurencja nie jest jej specjalnością i raczej nigdy nie będzie.

 

"Ten etap zupełnie mi nie odpowiada i spodziewam się dużych trudności oraz strat. Drugi sprint w Obersdorfie, techniką klasyczną, będzie już dla mnie lżejszy, ponieważ odpowiada mi trasa, lecz niekoniecznie osiągnę dobry rezultat. TdS jest w tym roku tak skonstruowany, że nie będzie mi wcale łatwo. Pozostałe etapy mi odpowiadają, a na ostatni już teraz, jeszcze przed rozpoczęciem imprezy, po prostu nie mogę się doczekać. Uwielbiam ten morderczy podbieg pod Alpe Cermis i właściwie tylko na nim czuję się bezpiecznie" - podsumowała norweska rywalka Justyny Kowalczyk i zdecydowana liderka obecnego cyklu Pucharu Świata.